Podsumowanie 2016!

W tym roku mało miałam czasu na pisanie na blogu, zaraz się dowiecie wszyscy dlaczego i co tam się działo w poszczególnych miesiącach. :)
W styczniu dowiadywałam się, jak to jest mieć trzy mudiki, odpowiedź jest taka... Tak samo jak i dwa. Dołączyła do nas córka Gaszki, Granda, niestety tymczasowo, na okres krycia i miotu, ale tak czy inaczej świetnie było ją u siebie mieć. Nowością wciąż był mój nowy obiektyw, tamron f2.8 70-200, otrzymany od lubego na rocznicę. Korzystając z cudnych scenerii, śniegu i czasu wolnego, między nauką do pierwszej sesji, rozpoczynałam swoją bardzo "poważną" fotografię. :)
W lutym przechodziłam załamania nerwowe pod hasłem "nie zdam" oraz "idę do pracy, wywalą mnie z tych studiów" i wściekle wchłaniałam wiedzę. Sesję udało się zdać, gdzieś pomiędzy spacerami, zdjęciami i godzinami nauki. Gdzieś w okolicy lutego Gaszka pechowo nadepnęła na szkło i paskudnie rozcięła opuszkę. Wyłączyło to nas na ponad miesiąc z treningów i startów, co w moim przypadku robi sporą różnicę. Boliłapka zagoiła się bez większych kłopotów, na szczęście.
W marcu wróciliśmy do treningów i startów, widać było jak bardzo problematyczna była dla nas przerwa, strefki kulały, mój handling to samo. Granda tymczasem powoli wyglądała na taką, co będzie miała cieczkę. Bez większych sukcesów z Gaszką, bodajże z trzecim miejscem w kwalifikacji łącznej na Wielkiej Patrynickiej (kwalifikacje do MŚ), po Silesian Open zakończyłam sezon startów, właśnie ze względu na młodszą czarną. Musieliśmy być gotowi w każdej chwili na ekspresową podróż do Budapesztu, na spotkanie z wybrankiem. ;)

Kwiecień mijał nerwowo, cieczka Grandy przesuwała się, hormony uważały co chciały i już miałam porzucić marzenie o miocie, gdy nareszcie, około 21 kwietnia pojawiły się wyczekiwane wyniki progesteronu! 30 kwietnia bylismy już w Budapeszcie, a maj rozpoczął się pod znakiem kochanków... ;) Majówkę spędziliśmy więc na Węgrzech, w hodowli Irhaberki. Poznałam całą ich ekipę oraz dwa mioty, które aktualnie przebywały w hodowli, R oraz P. Szczególnie zauroczyła mnie panna z miotu R, niestety albo i dobrze, już zarezerwowana.
Czerwiec i reszta maja minęły mi na kolejnej sesji i oczekiwaniu na miot G. Nasza hodowla ma tradycję, iż mioty nazywane są literą imienia ich patrona. Tak, jak patronem miotu V był Brave'n'Passionate Victory Szelhamos "Victor", tak patronem miotu G została Kiralytanyai Garshii, moja Gaszka. :) Mocno planowałam, że zostanie z nami dama z tego miotu. Jednakże, stało się inaczej.
Na świat trzeciego lipca przyszła czwórka... chłopców. Pierwszy urodził się Grom, największy z szczeniąt, następnie Gawron, jednolicie czarny, najbardziej podobny do babci Gasiu, trzeci Gwiaździsty, a ostatni Gwardzista. Tęsknie wypatrywałam, czy Granda nie powtórzy historii Gaszki i czegoś na usg nie ukryła, ale nie. Same chłopaki. Szczerze? Byłam odrobinę smutna, przede wszystkim jednak szczęśliwa, że wszyscy są zdrowi i nie potrzebowaliśmy pomocy weterynarza.
Lipiec minął mi na praktykach i rozmyślaniach, byłam ewidentnie zakochana w dwóch z chłopców. niesamowicie do siebie podobnych. Gwardzista i Gwiaździsty, z czasem okazało się, że ten pierwszy to charakterowa kopia Gaszki (jak nie kochać?), a drugi to istne cudo, zdecydowanie wybitne zwierzątko. Myślałam. Obserwowałam szczenięta i kandydatów na właścicieli, korzystałam z naszego wspólnego, jedynego takiego czasu hodowcy z miotem. W wieku pięciu tygodni wszyscy z miotu G mieli już opłacone zaliczki. Moi faworyci również.
Sierpień był pod znakiem ostatnich tygodni razem, a potem pożegnań i nowych początków. Na początku tego miesiąca, Karol klasycznie wybrał się na festiwal Brutal Assault, niestety sam, ja miałam "macierzyński". Jak się domyślacie, żaden z szczylków z miotu G nie został z nami. Grom otrzymał imię Carbon i zamieszkał w okolicach Warszawy, Gawron został Brujo i mieszka w dalekiej Kolumbii, Gwiaździsty vel Szello, choć długo chciałam go zatrzymać, żyje w Portugalii, najszybciej jednak, bo w wieku ośmiu tygodni wyjechał Gwardzista. Niedaleko, na szczęście, ma na imię Set i mieszka w Czechach. Zobaczymy się za dwa tygodnie na zawodach w Brnie, oczywiście, młody w charakterze obserwatora. ;) Dwa dni przed Setem wyjechała Granda, wróciła do swojej właścicielki w Poznaniu. Dobrze było ją poznać i naprawdę świetnie się z nią żyło, aż trochę zazdroszczę Elizie.
Wrzesień... Znowu praktyki, jeszcze kilka z szczeniąt było z nami, a ja zaczynałam sezon startów w agility. W ten sposób pojechałam na treningowe zawody u Flow (same DISy), oraz na Top Agility Dog and Team (DISy poza jednym biegiem, drużynowy, niestety reszcie drużyny nie wyszło, indywidualnie byłyśmy z czarne drugie) z trzema szczylkami mudi. Da się. Przeżyliśmy. Chłopcy obskoczyli sporą dawkę socjalizacji, na Flow Cup obserwowali wszystko z kojca, trochę się bawili i zapoznawali z obcymi pieskami, ludźmi etc, na TADT pozwoliłam sobie zostawić je pod opieką Jagody, właścicielki Stefka. Jeździliśmy trasy po 350km, z dwoma dorosłymi mudi i trójką małych piranii, z całym miotem jeździliśmy około 80km. Takie tam, przygotowanie do podróży do domków. Z TADT wróciliśmy już z dwoma chłopcami, Carbona odebrała właścicielka. :)
Ostatnie dziesięć dni września były najpiękniejszymi dniami ubiegłego roku. Umęczeni wychowywaniem miotu, socjalizacją, nauką zabaw, mądrości okołodomowych i innych takich ważnych dla szczylków spraw, zabraliśmy swoje dwa szczekacze i wyjechaliśmy w Bory Dolnośląskie. Przez dziesięć dni po sześć, siedem godzin ja i Karol wędrowaliśmy przez lasy i wrzosowiska, nie spotykając nikogo, zbierając grzyby i dyskutując o całym świecie, wpatrzeni w Gaszkę i Ru drepczące tym swoim giętkim, pełnym zadowolenia krokiem, na ich szalone zabawy i gonitwy. Oczywiście, przywiozłam caaaałą masę zdjęć. :D
W październiku kontynuowałam treningi i starty, rozpoczęliśmy czeskim OPSION, wcale szczęśliwie, zbierając w openach dwa trzecie miejsca z kwalifikacją do finału. Niestety, w finale byłam sierotą i popsułam Gaszce wejście do slalomu, a szkoda, bo cały bieg wyglądał naprawdę nieźle. W Zdobinie tydzień później pozbierałyśmy DISy, bywa. Niestety, około 15 października Gaszka wybiła sobie palec, w przedniej łapie. Na rtg nie pokazało się nic poważniejszego, po nastawieniu palec trochę jednak bolał, wyłączyło to nas na miesiąc z aktywności. Czarne mogła chodzić na smyczy, także zdecydowałam się na towarzyską wizytę w Częstochowie. Z szczęśliwszych spraw, na końcu września oficjalnie Ru otrzymał zgodę weterynarza prowadzącego na treningi agility, które rozpoczął w październiku!
Dzięki pomocy fizjoterapeuty i sporej dawce cierpliwości, udało się nam wykurować boliłapkę Gaszki do Mistrzostw Polski w listopadzie. Poza DISami, byłyśmy drugie w egzaminie MA2, co dało nam awans do MA3! :D Dwa i pół roku od pierwszego startu w kategorii MA0, także jak na pierwszego agilitowego psa, wcale nieźle. Planuję jednak wykorzystać dwa pozostałe "miejsca" na czyste egzaminy w A2 i dopiero przejść klasę wyżej. Dla pewności. Tydzień później pojechaliśmy na seminarium do Liberca, był to pierwszy aktywny wyjazd na którym biegałam z dwoma psami. Ru był zaskakująco grzeczny i myślący. :)

W grudniu wystartowaliśmy w jednodniowych zawodach egzaminowych OPSION 051, z dwóch biegów jeden z pierwszym miejscem, drugi DIS. Ru pojechał z nami zobaczyć jak to jest na hali agilitowej, robił wesołe ciki i nikogo nie obszczekał. Sukces. :) Tydzień później wystartowaliśmy w zawodach jumpingowych w Ratenicach, mimo, iż byłam koszmarnie chora. Wynik? Dwa DISy i jeden czysty bieg z trzecim miejscem, niestety z mocno średnim czasem. Ósmego grudnia w hodowli Take One urodziła się piątka wnuków Gaszki, trzy dziewczyny i dwóch chłopców, mamą została czekoladowa torpeda Mustantassun April "Skitso", a tatą nasz Stefan. :)
Resztę miesiąca spędziliśmy intensywnie trenując i jak to my, dużo pałętając się po lasach i polach. Święta spędziliśmy klasycznie z rodziną, a sylwestra świętowaliśmy z najbliższymi, czyli ja, Karol, burki i koty w mieszkaniu we Wrocławiu. ;) Na kolejny rok planuję pewną znaczną zmianę, poza tym, życzę sobie niezmiennie dążyć do wyznaczonych celów, śmiało marzyć, bardziej siebie słuchać, mniej negatywnych osób w otoczeniu i dużo zdrowia, dla bliskich i burków.
Czego życzę i Wam! :)