O miłości.

Ckliwie będzie, słodko i uroczo, także, jak ktoś nie lubi, ewakuować się. Będzie też filozoficznie, ale naszło mnie jakoś tak, w środku samotnej nocy, z dłonią wplątaną w gęste kłaki Gaszki, na przemyślenia. O miłości, o moich psach, o tym, jak trudno i łatwo bywało. I jak niczego, nigdy nie zmieniłabym. Zaczynamy?
Trzeba przyznać, że pierwszy pies, a szczególnie ten "wprowadzający" nas w psie sporty, jest zwyczajnie wyjątkowy. Nie, żeby inne nie były, o tym będzie później. Dla mnie jednak, tą pierwszą jest Gaszka. Mogę bez wahania powiedzieć, że wygrałam ją jak los na loterii, idealny pierwszy mudi. Nie, nie jest łatwa. Jest dominująca, twarda, przy czym braki w socjalizacji odbijały się na naszej karierze od początku. Jest częścią mnie, głęboko zsynchronizowaną. Czyli, jak ja zasuwam, ona włącza ten piękny ruch i robi fajne prędkości. Ja się stresuję? Ona też i zwalnia i robi błędy. Jednak, uczy się niesamowicie łatwo, myśli zamiast zasuwać na kretyna, zawsze stara się zrobić wszystko, żebym była zadowolona i nigdy mnie nie zawiodła. Stara się, tak bardzo jak tylko może. Milion razy naprawiałam na niej swoje błędy i uchodziło mi to na sucho, bo moja mądra suka w mig łapała, co teraz zmieniamy. Nie wiem, ile razy uratowała nasz przebieg na zawodach, nie liczę już. Jak łatwo przepracować z nią wszystko i chociaż nie ma drive'a jak dla przykładu Ru, rozwijała się przy mnie, dla mnie. Nasz rozwój zgrywał się idealnie i choć są psy szybsze i bardziej samonapędzające się, uważam, że jak na jej poziom i historię, jest niesamowita. Popełniłam mnóstwo błędów, wszystkie udało się wypracować. Zaczęłyśmy ostatnio zbieganą kładkę, dla zabawy, mówiłam, jakby co, to się cofniemy do 2o2o, nie szkodzi. Wiecie co? Moja najmądrzejsza Gaszka łapie i to. W lot! Mając siedem lat i cztery lata biegania agility za sobą. Jasne, wiem, pewnie mnóstwo psów tak umie, ale zwyczajnie podziwiam to, jak ona się stara.
Nigdy nie byłam właścicielem idealnym, uczyłam się na niej, nie udawało nam się, nie jest mi obca frustracja. Jednak, Gaszka nigdy nie rezygnowała. Zwalniała, była uważniejsza, ale nie opuszczała mnie. W życiu codziennym, mogę ułożyć ją na swojej poduszce obok głowy, sama szuka tam miejsca i tak sypia. Całą noc, tuż obok mnie, mogę ją przytulać jak pluszaka. Zwykłam mawiać, strażniczka moich snów. W trudniejsze dni, gdy kłóciłam się z kimś przez telefon, albo zwyczajnie leżałam przygnębiona, podchodziła do łóżka. Na każde moje "na miejsce", odchodziła i za pięć minut była obok mnie znów, spojrzeniem pytając, czy aby na pewno ma iść "na miejsce". Wiedziała, że jej potrzebuję. Jej cichej, cierpliwej obecności, kołyszącego się ogona i słodkiego uśmiechu. W samotne noce, oglądając kolejną komedię romantyczną czy bajkę disneya, rzadko płaczę. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę, stroi jakieś głupie miny. Tak, jest też terminatorem psów na zawodach i muszę mieć oczy dookoła głowy, bo strzela zębami jak automat, w głębokim przekonaniu, że hala, hopki i w ogóle wszystko należy się JEJ. Lubi odwalać zagrywki pt. "ja będę teraz dominowała!" ale...
Mimo wszystko, zawsze zastanawiałam się, w tym naszym 'związku', kto tu się kim opiekuje? Życie z nią przychodzi mi tak naturalnie, lata mijają, ona ma swoje gorsze strony, a ja ją uwielbiam nadal tak samo. No i niech sobie gadają te szalone teorie dominacji, ale ja nigdy nie byłam dla niej właścicielem. Jesteśmy... partnerkami? Znamy się, wspieramy, współgramy. Tak, Gaszka ma słabsze strony. Ja też. Wszystkie moje kolejne psy zawdzięczają jej niemal wszystko, czego mnie nauczyła, cierpliwie, z miłością i pasją. Od samego początku, nawet jako trzynastolatka, byłam dla niej całym światem, tym jedynym przewodnikiem i tak dalej. Nadal tak jest, a ona dla mnie zawsze będzie tym jedynym pierwszym psem. :)
Kto mnie zna, wie, że z Ru nasze życie nie było usłane różami. Już miesiąc po tym, jak do mnie trafił, ja mając niecałe piętnaście lat, musiałam o niego walczyć i podejmować ciężkie decyzje. Po tym wszystkim, został nam bagaż, w postaci braku jakiejkolwiek socjalizacji, zdolności opanowania emocji i podstaw pracy. Z tym wszystkim mierzyliśmy się sami. On, roczny samiec z niesamowicie mocnym drivem i chorym sercem i ja, zdecydowanie niedoświadczony przewodnik. W porównaniu do niego, problemy Gaszki były niczym. Tak, wprowadzał mnie na szczyty frustracji, płakałam, żałowałam, chciałam cofać czas. On nie rozumiał, był zagubiony i... Było ciężko. Bardzo. Nasza miłość, to uczucie zdobyte przez niesamowite trudy i walkę o siebie wzajem. Nie wiem, czy to cecha rasy, ale Ru też nie chciał się poddać. Walczył, najpierw z trucizną, potem z chorobą, dla mnie, dla Gaszki. Ci dwoje od początku byli jak rodzeństwo, uwielbiali się. Czy to też dało Mru siłę potrzebną do pokonania przeciwności? Pewnie tak. Wielokrotnie planowałam, że czekoladowy zostanie na wsi z moją matką, lecz zawsze, gdy przychodziło co do czego, nie umiałam. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie bez niego. Ru jest emocjonalną bombą atomową, jego uczucia potrafią powodować, że dygocze, ale głównie uchodzą w postaci szczekania i kłapania ryjem. Po stosunkowo spokojnej Gaszce, nie rozumiałam tego. Ostatecznie, po diagnozach kardiologów, Ru został psem czysto spacerkowym. Z powodu lęku przed ludźmi i innych skrajnych emocji, które w nim wywoływali obcy, jakiś czas chodził głównie na smyczy, albo lince. Unikałam miejsc publicznych, chociaż z czasem okoliczności zmuszały mnie do zabierania go w takie miejsca. Nie oczekiwałam już nic, przecież kardiolodzy postawili sprawę jasno. Niski poziom emocji. Łagodne wysiłki.
Spacerowaliśmy, niezobowiązująco rzucałam mu piłkę tylko, żeby aportował. Kolejne diagnozy wskazywały na powolną stabilizację. Jego zachowanie też stopniowo, z czasem, bardzo powoli, miało się lepiej. Porzuciłam wszelkie ambicje związane z Ru, uznałam, bywa. Będzie taką naszą uroczą maskotką, przecież on jest szczęśliwy. Szczęśliwszy niż wtedy, gdy w naszej relacji królowała frustracja i niezrozumienie. Cieszyłam się, że jest ze mną. Właśnie wtedy, kawałek po kawałku, było... Lepiej. Coraz lepiej. Ponad moje oczekiwania. Ostatniego lata powiedziałam sobie, nie chcę robić z tego psa kaleki. Niech szaleje, póki da radę. Biegaliśmy, bawiliśmy się, robiłam jakieś drobne głupoty, ale już nie pilnowałam aż tak czasu, emocji i natężenia aktywności Ru. Będzie, co będzie.
Poprzedniego lata, Ru otrzymał ku mojemu głębokiemu zdumieniu, zielone światło na pełną formę aktywości. Ryzyko minęło. Dwudziestokilometrowe biegi, pięciogodzinne spacery, pogonie za piłką i wariactwa z innymi psami, pomogły tylko rozładować emocje. Przypadkowo, przestałam na niego kłaść presję, a jego głównym przewodnikiem, odkąd zaczęliśmy mieszkać razem był Karol. Dla niego, emocje Ru były powodem do śmiechu, a pies to przecież pies, nie kaleka, tak? To była droga do Lucjana. Z Karolem, ten sam pies, który panicznie bał się obcych zaczął w miejscach publicznych chodzić bez smyczy. Odwoływał się. Panował nad sobą. Przestał bać się byle czego i reagować histerycznie. Zrelaksował się. Teraz Ru niedługo skończy sześć lat, nie mamy z nim żadnych problemów. Zaczął biegać agility jesienią, najpierw ze mną, potem, od zimy, z Karolem. Idzie im świetnie, Ru potrafi mimo emocji, coraz lepiej myśleć na torze. Można bez obaw puścić go bez smyczy, a w lesie jest grzeczniejszy od Gaszki. Tak, ten pies, którego ja uznałam za kretyna i porzuciłam nadzieje.
Bardzo się zmieniłam pod wpływem relacji z Ru i żaden pies z swoimi głupimi minami, dziwnymi zachowaniami mnie tak nie rozśmieszał. Zrozumiałam, o co naprawdę chodzi w posiadaniu psa, w budowaniu z nim relacji i co tak naprawdę jest ważne. Czekoladowy ma całe grono własnych fanów i wcale ich rozumiem, to przezabawny, słodki, kochany, świetny pies. Dla Karola, Ru jest idealny i z łatwością przychodzi tym dwoje zrozumienie. Czy to moja porażka? Nie obchodzi mnie to, bo widzę, że to sprawia, że Ru jest szczęśliwy. Jestem z niego dumna, z nich obojga, z siebie, z nas. Staliśmy się rodziną, moi 'chłopcy' otworzyli mi oczy na wiele ważnych spraw. Tak, było ciężko, na szczęście, to było dawno i daliśmy sobie radę. Nie, nie żałuję. Uwielbiam tego dziwnego, śmiesznego złotookiego psa, jest naprawdę cudownym zwierzęciem. Cieszę się, że go mamy.
Bardzo się bałam wziąć szczeniaka, nie lubię zmian, nie wiedziałam na co się decyduję, nie pamiętałam już, jak to jest. Czy dobrze wybiorę? Poradzę sobie? Niczego nie popsuję tym razem? Byli ludzie, którzy mówili mi, weźmiesz szczeniaka i nie będziesz z niego zadowolona, twoje starsze psy na tym ucierpią, będziesz miała mniej czasu... Byli też tacy, którzy mówili dasz radę, to już czas, nie rób z tego wielkiego wydarzenia. Gaszka ma siedem lat, a Ru biega z Karolem. Na co czekasz? Ostatecznie, Karol był tym, który zapewnił mnie, razem sobie poradzimy, to moja decyzja i jeśli chcę, czuję, że to już czas, to będzie dobrze.  No i... Jest dobrze. Zanim trafiłam na Gemie, były trzy mioty z których chciałam mieć szczeniaka. Nie żałuję jednak, że to właśnie Gem jest ze mną. Niedawno minął miesiąc odkąd z nami jest, nawet startowałam już w zawodach z Gaszką, mając ją ze sobą. Ciężko nie mówić mi o niej w superlatywach, hodowcy odwalili kawał świetnej roboty dobierając mi ją. Długo rozmawialiśmy, czego potrzebuję, jakiej suki szukam. Dostałam taką i nawet więcej i teraz tylko trzymam kciuki, żeby ze zdrowiem małej wszystko grało. Inne atuty ma.
Bałam się też, że ciężko mi będzie przywiązać się i zaakceptować kogoś nowego w naszej sforze, pod tym względem podobnie ze mną jak z moimi psami. Jednak, Gem sprawiła, że pokochaliśmy ją wszyscy w tydzień. Trafiła w serca psie, ludzkie i kocie i stała się nieodłączną częścią rodziny. Łatwo mi było w dostosowaniu się do życia z szczylkiem głównie dlatego, że mam Karola i małą piranię wychowujemy razem, zmieniając się przy zostawaniu z nią w domu, opieką nad nią na zawodach etc. Mimo wszystko nauka zostawania samej w domu, z czym były problemy, przeszła pomyślnie. Tak, wciąż trzeba młodą czarować gryzaczkami i magiczną muzyką, ale koncertów rozpaczy nie ma. Nawet jak wychodzimy na uczelnię na dłużej. ;) Znając mudiki, Gem jeszcze rogi pokaże, chociaż pewnie dla kogoś normalnego, kto nie wychował dwóch miotów mudików, gryzienie do krwi po rękach, mordowanie zabawek i dzikie wymagania jeśli chodzi o ruch, oraz wysokie decybele są już problemem. Dla mnie nie, jestem gotowa na dalsze wyzwania i jestem pewna, że damy sobie razem radę. Wystarczył mi tydzień, żeby poczuć na pewno, że ta mała czarna pirania jest moja. Nieodwołalnie i bezsprzecznie. Póki co, niech rozwija się tak, jak do tej pory, bo jest zwyczajnie nadzwyczajna. :D Nie będę słodzić, bo to nudne, ale wygląda na to, że marzenia się spełniają. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz