Jak nie oszaleć?

Następny bardzo filozoficzny i mądry post na blogu blondynki wariatki z trzema psami. :D Brzmi zachęcająco! Pisałam już o tym, jak wzajemnie się trujemy, żremy i obrabiamy sobie tyły w tym naszym pięknym psim światku. Teraz chciałabym opowiedzieć wam, jak w tym nie oszaleć i nie dać się zwariować, a nie powiem, ja się dałam. Ale, grunt, że znalazłam drogę powrotną!
1. Zajmij się sobą i swoim psem. Serio, nie interesuj się, czy osoba X miała lepszy czy gorszy trening, daj spokój z wyśmiewaniem tamtej, bo tamto i przede wszystkim, sam/a przestań być jadowitym wężem. Daj spokój. Jasne, rozumiem, każdy lubi plotkować, ale ogranicz to. Nie żyj tym. Zajmij się swoim psem, stwórz plan treningowy, zastanów się nad jego problemami i jak je przepracować, jak możesz jeszcze poprawić życie swojego kochanego czworonoga. Bo w tym wszystkim, liczy się właśnie twój pies! Daj spokój kłótniom i idź na dodatkowy długi spacer albo naucz nowej sztuczki. Nie klikaj w telefon zapowietrzony/a z powodu kolejnej gównoburzy na spacerze czy treningu, tylko skup się na tej chwili. Ja mam ban na telefon na spacerze, odbieram tylko ważne telefony. To czas dla mnie i moich burków i tak być powinno.
2. Olej to. Serio, olej ploty, syczenie i tak dalej. Sama wiem, jak trudno jest pozbyć się myśli "co oni powiedzą", "nie udało mi się, na pewno X już o tym plotkuje", "to będą miały tematy do wyśmiewania się ze mnie... ehhh". Jednak, do spokoju i postępu nie tędy droga. Rozmawiałam swego czasu z bliską przyjaciółką, która zapytała mnie "co oni powiedzą?!", na co odpowiedziałam, "za pięć lat, co będzie ważne, dawne ploty, czy twoje szczęście?". Zapytaj sam/a siebie, co będzie wtedy ważne? Podejmuj decyzje na podstawie logicznych argumentów i konsultacji z autorytetem, nie na podstawie plot i pomówień. Ja miałam nie mieć Gem, bo nie poradzę sobie ze szczeniakiem, bo za wcześnie, bo Gaszka będzie gorzej biegać. Posłuchałam siebie i swoich autorytetów i mam niesamowite szczenię, a Gaszka biega lepiej i lepiej. Wnioski nasuwają się same. ;)
3. Ciesz się! Ty i twój trener wiecie, jaki jest twój pies, jakie postępy zrobił i plotkarze, którzy opowiadają jaki jest beznadziejny/niezmotywowany/agresywny etc w sumie, to muszą mieć przykre i nudne życie, skoro się tobą interesują. ;) Nie daj sobie myśleć, że twój czworonóg ma przypiętą jakąś łatkę i tak będzie zawsze. Nie będzie. Pracuj nad nim, nie poddawaj się i pokaż wszystkim, że chociaż i były problemy, to zaakceptujesz je i zwalczysz. Efekty świadczą o tobie, nie przeszłość. Każdy, dosłownie każdy miał kiedyś nieidealnego psa, o każdym kiedyś plotkowali. Ciesz się ze swojego psa, z jego postępów, a co kto o was gada, to nie twoja sprawa. O nas też są ploty, tyle, że ja nie trzymam psów w piwnicy i na każdych zawodach można podejść i nas poznać, na własne oczy przekonać się, jacy jesteśmy. Gadać będą zawsze, twoja sprawa, co sobą pokażesz naprawdę. Ciesz się sukcesami i skup się na postępie.
4. Bądź otwarty. Nie bój się pytać bardziej doświadczonych o pomoc z problemem, bądź otwarty na nowe sposoby pracy z psem, szukaj tej metody, która podziała na twojego psa. Nie eliminuj innych ludzi ze względu na złe opinie o nich. W większości, są błędne. Znam mnóstwo osób, które z opinii miały być jakieś, a są dokładnie przeciwieństwem (pozytywnie!). Przekonaj się sam/a o tym, jaka jest inna osoba, zamiast ufać zazdrosnym plotkarzom. Sam zobacz danego psa, zamiast decydować, bo gadali, że jest jakiś. Wyrabiaj własną opinię, bo te negatywne często są podszyte zazdrością i kłamstwem. Bawiliście się kiedyś w głuchy telefon? Na tej samej zasadzie działają plotki. Przykład z życia? Suka mojej przyjaciółki, też mudik, ma niewzorcową maść, która eliminuje ją z hodowli. Ostatnio na zawodach dowiedziałam się, że to Gem jest niehodowlana z jakiegoś powodu, ktoś coś słyszał... Hmm, właściwie, to chyba komuś poplątały się pieski. ;) Mogę sobie oznajmić, Gemie teoretycznie, spokojnie mogłaby w odpowiednim wieku, z badaniami i wystawami, być kryta. :D
5. Rozejrzyj się wokół siebie. Nie wierz we wszystko, no bo tamta tak mówiła, to chyba musi być prawda. Mamy to do siebie, wszyscy, że powtarzamy w kółko jakąś informację, nawet jeśli nie jest ani pozytywna, ani wartościowa, ani nie dotyczy ona nas osobiście, a często nie jest nawet prawdą. Zastanów się, jakie dla ciebie znaczenie ma dana informacja. Żadne? To po co się tym zajmujesz? Jakieś konkretne? Zweryfikuj ją. Najlepiej u osoby, o której jest mowa. Jasne, może być i tak, że owa osoba będzie również kłamać, ale to tylko przysłuży się weryfikacji wiadomości, a może być tak, że przedstawi dowody, świadczące, że informacja jest błędna. Wolisz wierzyć innym, czy dowiedzieć się prawdy?
6. Otaczaj się pozytywnymi osobami. Takimi, które zamiast wyśmiewać, chcą pomagać, zamiast słuchać plotek, chcą szukać źródła problemu. Obserwuj samego/ą siebie i zastanawiaj się, jak się zmieniasz. Czy oglądając czyjś przebieg na zawodach, myślisz o tym, jaki był beznadziejny, czy szukasz pozytywów? Czy umiesz cieszyć się także czyimś sukcesem, czy tylko swoim? Potrafisz przyznać, że ktoś jest lepszy, czy tłumaczysz to tym, że miał lepsze warunki albo psa? Jest tu i teraz i masz to, co teraz. Przede wszystkim, musisz stawać się lepszy od samego/ej siebie, dopiero wtedy nadejdzie sukces. No i ciesz się samym procesem, w końcu, spędzasz czas dobrze bawiąc się ze swoim psem i przyjaciółmi. O to w tym wszystkim chodzi. ;) A plotkarze? Rób swoje, a kto chce, niech marnuje czas na syczenie.

Jezioro Bohinj

Za nami jedna z większych, o ile nie największa do tej pory wyprawa moja i burków (Karol bywał na większych, szczęściarz!), EO 2017. Jednak, o samym EO pisałam na profilu na fb, także, odsyłam, a tutaj chciałabym się skupić na naszych trzech dniach szczęścia na Słowenii.
Zatrzymaliśmy się tuż nad jeziorem Bohinj, jednym z miejsc, które chciałam odwiedzić od dawna, uwielbiam połączenie gór i wody. Woda jest niesamowicie czysta, przejrzysta i lazurowa, cudowna do podwodnych ujęć jak kto lubi, u nas ujęć jakoś mało, byliśmy zajęci pływaniem w deszczu, spacerami i tak dalej. Zatrzymaliśmy się na kempingu Zlatorog. Lipiec to środek sezonu, więc było trochę tłoczno, ale kemping jest doskonale zorganizowany, można wynająć łódki (my skusiliśmy się na kajak :D), miejsca na namioty są wśród drzew, także nawet w upały jest miło, prysznice są chyba najlepsze jakie widziałam na kempingach (tęskniłam za nimi we Włoszech :P), a jezioro krok dalej. Ceny trochę jak na naszą kieszeń były spore, ale przygotowaliśmy się na wydatki wcześniej, przy czym, za taki całokształt tj lokalizację, prysznice, ciepłą wodę nawet do mycia naczyń i miłe podejście do psów (dowolna ilość burków bez opłat), może być. ;)
Ludzi w sezonie jest naprawdę sporo, dzień po naszym przyjeździe kemping był pełen. Mieliśmy trochę szczęścia. ;) Mimo to, jakoś piętnaście minut marszu od plaży tuż obok kempingu, spokojnie znajdowaliśmy nawet po kilka dzikich plaż, na których pieski mogły hasać ile tylko się podoba. Zdarzało się nam mieć burki luzem, gdy byliśmy pewni, że nic nie wywiną "mądrego". Z tym nie ma problemu, widziałam też inne psy pod kontrolą właściciela bez smyczy, przy okazji, doskonale wychowane. Ani razu nie doświadczyliśmy podbiegaczy, mimo, że innych czterołapów było naprawdę dużo!
Po psach oczywiście należy sprzątać, kosze są na terenie całego kempingu, przy czym my mieliśmy też własną siatkę śmieciową, którą wynosiliśmy potem do kontenerów. Bardzo istotny jest fakt, że plaże nad jeziorem Bohinj są kamieniste, co w przypadku bardziej szalonego pieska może zaskutkować otartymi łapkami. My mieliśmy dla szczekaczy buty, ja sama nie byłam w stanie chodzić szybciej po dzikich plażach bez klapek. Boli. ;P Stąd wnioskuję, że rozpędzony piesek w stanie mózgu typu Ru tudzież Gem, mógłby się dorobić opuszek obdartych do mięsa.
Bohinj to fotograficzny raj, jest niesamowicie malowniczo, można stworzyć naprawdę pokaźną ilość zarówno fotek nad wodą, jak i w okolicy. Pogoda bywa kapryśna, jak to w górach, stąd ja miałam ze sobą wodoodporne pokrowce na sprzęt. Trafiliśmy w okres szaleńczych ulew, co właściwie nikomu nie przeszkadzało, Ru i Gem bardzo kochają deszcz, Gaszce wszystko jedno jeśli może pływać, a ja i Karol nie jesteśmy z cukru. ;) Jednak, na wyprawy fotograficzne wybierałabym się z pokrowcami. No i nie kajakiem, oczywiście. :D My do pewnej wyjątkowo malowniczej dzikiej plaży najpierw popłynęliśmy tylko z Gem i mając jedynie kamerkę, jednak, na szczęście dotarcie tam lądem, dookoła zajęło jedynie 25 minut. Nic trudnego, a efekty warte zachodu.
Sam kemping jest cudownie nienachalny, wkomponowany miło w lasek tuż obok jeziora, z starymi, uroczymi ławeczkami, inne budynki znajdują się kawałek dalej, nie zaburzając uroku lasku nad brzegiem. Ta fotka powyżej jest strzelona właśnie na kempingu, trzy kroki od miejsc na namioty. Klimat całości mimo masy turystów, zachowany był znakomicie. :D
To co również mnie bardzo cieszy, to fakt, że psy mogą pływać w jeziorze do woli. Mogą szczekać na plaży, skakać do wody, leżeć leniwie obok namiotu, jeśli tylko nikomu nie wadzą. Żaden problem, jeśli twój czterołap jest wychowany i nikomu nie będzie przeszkadzał swoim zachowaniem, droga wolna do pełni atrakcji. Bez problemu zapakowałam Gem na kajak, z pełną akceptacją i uśmiechem pani z wypożyczalni. Stąd, można się domyśleć dlaczego mamy tak mało filmików... Mieliśmy tylko trzy dni na zwiedzanie, pływanie, wędrowanie i zachwycanie się tym miejscem. Musimy tam kiedyś wrócić, to pewne!
Niedaleko od kempingu znajduje się wodospad Savica, niesamowicie piękny i otwarty na zwiedzanie. Ilość stopni do niego prowadzącą jednak odpuściłabym papisiom, jest na serio dosyć daleko, stopnie są kamienne i wiecie, szacunek dla rozwijających się szczenięcych stawów. ;) Psy są oczywiście mile widziane i tam, do samego wodospadu dojścia nie ma, jest zbyt niebezpieczne. Można go zobaczyć z całkiem bliska przez bramkę, po drodze zaliczając jeszcze kilka punktów widokowych. Dorosłego psa spokojnie bym na taką wyprawę zabrała, szczeniaczka jednak nie.
Podsumowując, jezioro Bohinj to doskonałe miejsce na wakacje z psami, z zaznaczeniem jednak panowania nad swoim czterołapem i sprzątania, co mam nadzieję, że dla psiarzy jest oczywiste. ;) My na pewno tam wrócimy, a ja pozostawiam was z krótkim filmikiem z naszego tegorocznego wyjazdu. Nie jest tego dużo, bo jak wspomniałam, nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale, zawsze to coś.

Kreacja właściciela idealnego - czyli jak trujemy siebie nawzajem.

Dzisiaj, chciałabym złamać pewną niepisaną zasadę. Chciałabym opowiedzieć o tym, drodzy psiarze, jak się wzajem trujemy. Jak na siebie syczymy, warczymy i obrabiamy sobie tyły. Nie udawajmy, każdy wie o czym mówię, każdy tego doświadczył. Nie, to nie tak, że chcę się żalić, ale chciałabym opowiedzieć o tym, jak kreujemy się pod presją otoczenia na właścicieli idealnych. Jasne, są wyjątki, ale zawsze jest "bo ten pies, to miał problemy bo...". Tłumaczymy się. Jakbyśmy mieli być idealni, wiedzieć wszystko od razu i nigdy nie popełnić błędu. Cofnijmy się takie przynajmniej sześć lat. Do czasów, kiedy Gaszka miała rok, a ja jakieś piętnaście lat. I popełniałam błędy.
Będzie temat do syczenia hejterom. ;) Wiecie, miałam problemy z Gaszką, poważne. Gaszka pasała wszystko, co się ruszało, Była moim pierwszym psem, a ja nie radziłam sobie z jej instynktem pasterskim, nie mogłam jej puścić luzem w parku, przy czym, mieszkałam na wsi i nie znałam nikogo, kto by mi z tym pomógł. Wchodziłam na wyżyny frustracji, nie za bardzo umiałam z nią pracować. Tak, miała problemy z motywacją, nie znałam nawet podstaw pracy z psem. Powoli, sama, uczyłam się na niej. Pytałam na forach, w internecie. Czemu mój młody piesek w 30 stopniach upału nie chce gonić frisbee?
Pomogły mi artykuły w powstającym wtedy Dog&Sport. Pomogły długie rozmowy z właścicielami innych mudi, seminaria frisbee, nauka podstaw. Teraz, Gaszka jest psem, którego w pełni kontroluję. Nikogo nie oszczekuje. Nie podbiega, nie zaczepia. Pracuje chętnie, na wysokiej motywacji i poziomie. Ale wciąż jest za mną cień przeszłości. Bo co z tego, że przepracowałam problemy, jak one były? Ta i ta, od tego mudika co oszczekiwał ludzi? Ta głupia dziewczynka, co pisała na forum, czemu jej piesek cośtam? Lol, ale kretynka. Kiedyś nawet, w jakiejś dyskusji, kiedy drugiej stronie zabrakło argumentów, wygrzebała z odmętów internetu właśnie temat na forum, w którym pisałam o problemach Gaszki z motywacją. Ha ha ha, ale jesteś śmieszna, miałaś problem, widzisz? Tak. Miałam. Nie jestem idealna. Nikt nie jest.
Nie, nie żalę się. Chcę wam uświadomić, jacy potrafimy być wobec siebie okrutni. Jacy bezduszni. Nie chodzi tylko o mnie. Ile nasłuchałam się rozmów typu, ej, a wiesz, że X to oddała tego psa, bo miała z nim problem? Pewnie chciała kolejnego, a z tym sobie nie poradziła. Co za debilka, nie powinna mieć psów. To, że pies jest teraz w dobrych rękach i szczęśliwy z nowym właścicielem, o co ta "debilka" zadbała, podejmując dojrzałą decyzję, to nie ważne. Ważne jest, popluć jadem. Widziałaś tego? Jego pies uciekł z toru na zawodach. Co za wstyd! Mój by nigdy! Nie podejdziemy pogadać z osobą, która ma problem. Pomóc. Wolimy potępić. Tak, ja też tak robiłam niedawno, tyle, że może, dorosłam, może się zorientowałam... Nie wiem. Któregoś dnia uznałam, koniec.
Nie wierzę w kreację idealnego właściciela, jaką tworzymy w internecie. Nie wierzę, że nikt nigdy nie miał problemów z jakimś psem. Żyjemy pod presją i wrzucamy tylko ładne przebiegi, mówimy tylko o dobrych chwilach i tłumaczymy się, że ten pies, to miał to, a właściwie, to... Nie. Tak, miałam problemy z moimi psami. Tak, pracowałam nad nimi, poradziłam sobie, ale nie będę im zaprzeczać. Dlaczego tworzymy taką presję? Dlaczego jak ktoś się zdradzi z problemami, to musi się liczyć z obrabianiem tyłów? To nie tylko światek psich sportów, to także hodowla. Dlaczego hodowcy ukrywają złe wyniki? Bo taka jest presja.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli hodowca nie miał żadnego nieidealnego szczenięcia, to albo hoduje krótko, albo kłamie. Nie znamy genetyki tak dobrze i tak głęboko, żeby zapobiec wszystkiemu. Mnie też dorwało, mam na koncie szczenięta z problemami, także zdrowotnymi. Kryłam psy zdrowe, robiłam co mogłam, trudno. Wiecie jaka jest reakcja otoczenia? Może dobrze, że się wycofałaś. W końcu, nie udało ci się. Powstały plotki, teorie spiskowe i diabli wiedzą co jeszcze. Przeszłam wiele okropnych rozmów, usłyszałam wiele złego. Czy nie łatwiej jest ukryć wynik i udawać, nic się nie stało? Łatwiej. Tylko ja jestem głupią idealistką, wierzę w szczerość wśród hodowców, która ma prowadzić do lepszej hodowli, dzięki większej ilości informacji. Chyba dlatego się wycofałam, moje ideały zderzyły się z rzeczywistością. Jeśli przyznasz się do błędu - jesteś złym hodowcą. Nie dlatego nawet, że taki popełniłeś.
Dlatego namawiam osoby, które szukają mudi, do kontaktu ze mną, bądź innymi doświadczonymi hodowcami. Wiecie, ile jest ukrytych wyników? Historii, o których pewni ludzie nie chcą, żebyście usłyszeli? Bo jak usłyszycie, to nie kupicie szczeniaczka od nich. Tylko te osoby, które trochę siedzą w rasie je znają, bo zdążyły usłyszeć pokątnie, zrobić zrzut ekranu, zanim wściekły hodowca zmusił właściciela do usunięcia opublikowanego, niewygodnego wyniku. Żeby to znać, trzeba kilka lat słuchać. Znać odpowiednie osoby, popytać. Wysłuchać opowieści właścicieli szantażowanych, byle tylko nie splamić dobrego imienia hodowli. Zabiorę ci psa, jeśli to opublikujesz! To nie żarty, to rzeczywistość. Za to na stronie, pieski są zdrowe, nie mają problemów z charakterem i w ogóle, to kupuj! Kupuj!
Nie róbmy sobie tego. Hodowcy, właściciele. Zaakceptujmy się, pomagajmy sobie, zamiast syczeć. Wiem, każdy potrzebuje się dowartościować, obrabiając komuś tyły. Tacy jesteśmy, ale czy naprawdę tak musi być? Czy musimy dozgonnie pamiętać czyjeś błędy, tworzyć presję, zamiast udostępniać sobie rozwiązania problemów? Ukrywać problemy, niewygodne wyniki, pluć sobie w twarz? Ja z tym kończę. Nie jestem ani idealnym właścicielem, ani hodowcą. Nie da się tak, nawet mimo starań, nie przewidzimy wszystkiego. Popełniamy błędy. Różnica jest tylko między tymi, którzy im zaprzeczają i je ukrywają, a tymi, którzy przyznają im byt i uczą się na nich. ;)

O miłości.

Ckliwie będzie, słodko i uroczo, także, jak ktoś nie lubi, ewakuować się. Będzie też filozoficznie, ale naszło mnie jakoś tak, w środku samotnej nocy, z dłonią wplątaną w gęste kłaki Gaszki, na przemyślenia. O miłości, o moich psach, o tym, jak trudno i łatwo bywało. I jak niczego, nigdy nie zmieniłabym. Zaczynamy?
Trzeba przyznać, że pierwszy pies, a szczególnie ten "wprowadzający" nas w psie sporty, jest zwyczajnie wyjątkowy. Nie, żeby inne nie były, o tym będzie później. Dla mnie jednak, tą pierwszą jest Gaszka. Mogę bez wahania powiedzieć, że wygrałam ją jak los na loterii, idealny pierwszy mudi. Nie, nie jest łatwa. Jest dominująca, twarda, przy czym braki w socjalizacji odbijały się na naszej karierze od początku. Jest częścią mnie, głęboko zsynchronizowaną. Czyli, jak ja zasuwam, ona włącza ten piękny ruch i robi fajne prędkości. Ja się stresuję? Ona też i zwalnia i robi błędy. Jednak, uczy się niesamowicie łatwo, myśli zamiast zasuwać na kretyna, zawsze stara się zrobić wszystko, żebym była zadowolona i nigdy mnie nie zawiodła. Stara się, tak bardzo jak tylko może. Milion razy naprawiałam na niej swoje błędy i uchodziło mi to na sucho, bo moja mądra suka w mig łapała, co teraz zmieniamy. Nie wiem, ile razy uratowała nasz przebieg na zawodach, nie liczę już. Jak łatwo przepracować z nią wszystko i chociaż nie ma drive'a jak dla przykładu Ru, rozwijała się przy mnie, dla mnie. Nasz rozwój zgrywał się idealnie i choć są psy szybsze i bardziej samonapędzające się, uważam, że jak na jej poziom i historię, jest niesamowita. Popełniłam mnóstwo błędów, wszystkie udało się wypracować. Zaczęłyśmy ostatnio zbieganą kładkę, dla zabawy, mówiłam, jakby co, to się cofniemy do 2o2o, nie szkodzi. Wiecie co? Moja najmądrzejsza Gaszka łapie i to. W lot! Mając siedem lat i cztery lata biegania agility za sobą. Jasne, wiem, pewnie mnóstwo psów tak umie, ale zwyczajnie podziwiam to, jak ona się stara.
Nigdy nie byłam właścicielem idealnym, uczyłam się na niej, nie udawało nam się, nie jest mi obca frustracja. Jednak, Gaszka nigdy nie rezygnowała. Zwalniała, była uważniejsza, ale nie opuszczała mnie. W życiu codziennym, mogę ułożyć ją na swojej poduszce obok głowy, sama szuka tam miejsca i tak sypia. Całą noc, tuż obok mnie, mogę ją przytulać jak pluszaka. Zwykłam mawiać, strażniczka moich snów. W trudniejsze dni, gdy kłóciłam się z kimś przez telefon, albo zwyczajnie leżałam przygnębiona, podchodziła do łóżka. Na każde moje "na miejsce", odchodziła i za pięć minut była obok mnie znów, spojrzeniem pytając, czy aby na pewno ma iść "na miejsce". Wiedziała, że jej potrzebuję. Jej cichej, cierpliwej obecności, kołyszącego się ogona i słodkiego uśmiechu. W samotne noce, oglądając kolejną komedię romantyczną czy bajkę disneya, rzadko płaczę. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę, stroi jakieś głupie miny. Tak, jest też terminatorem psów na zawodach i muszę mieć oczy dookoła głowy, bo strzela zębami jak automat, w głębokim przekonaniu, że hala, hopki i w ogóle wszystko należy się JEJ. Lubi odwalać zagrywki pt. "ja będę teraz dominowała!" ale...
Mimo wszystko, zawsze zastanawiałam się, w tym naszym 'związku', kto tu się kim opiekuje? Życie z nią przychodzi mi tak naturalnie, lata mijają, ona ma swoje gorsze strony, a ja ją uwielbiam nadal tak samo. No i niech sobie gadają te szalone teorie dominacji, ale ja nigdy nie byłam dla niej właścicielem. Jesteśmy... partnerkami? Znamy się, wspieramy, współgramy. Tak, Gaszka ma słabsze strony. Ja też. Wszystkie moje kolejne psy zawdzięczają jej niemal wszystko, czego mnie nauczyła, cierpliwie, z miłością i pasją. Od samego początku, nawet jako trzynastolatka, byłam dla niej całym światem, tym jedynym przewodnikiem i tak dalej. Nadal tak jest, a ona dla mnie zawsze będzie tym jedynym pierwszym psem. :)
Kto mnie zna, wie, że z Ru nasze życie nie było usłane różami. Już miesiąc po tym, jak do mnie trafił, ja mając niecałe piętnaście lat, musiałam o niego walczyć i podejmować ciężkie decyzje. Po tym wszystkim, został nam bagaż, w postaci braku jakiejkolwiek socjalizacji, zdolności opanowania emocji i podstaw pracy. Z tym wszystkim mierzyliśmy się sami. On, roczny samiec z niesamowicie mocnym drivem i chorym sercem i ja, zdecydowanie niedoświadczony przewodnik. W porównaniu do niego, problemy Gaszki były niczym. Tak, wprowadzał mnie na szczyty frustracji, płakałam, żałowałam, chciałam cofać czas. On nie rozumiał, był zagubiony i... Było ciężko. Bardzo. Nasza miłość, to uczucie zdobyte przez niesamowite trudy i walkę o siebie wzajem. Nie wiem, czy to cecha rasy, ale Ru też nie chciał się poddać. Walczył, najpierw z trucizną, potem z chorobą, dla mnie, dla Gaszki. Ci dwoje od początku byli jak rodzeństwo, uwielbiali się. Czy to też dało Mru siłę potrzebną do pokonania przeciwności? Pewnie tak. Wielokrotnie planowałam, że czekoladowy zostanie na wsi z moją matką, lecz zawsze, gdy przychodziło co do czego, nie umiałam. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie bez niego. Ru jest emocjonalną bombą atomową, jego uczucia potrafią powodować, że dygocze, ale głównie uchodzą w postaci szczekania i kłapania ryjem. Po stosunkowo spokojnej Gaszce, nie rozumiałam tego. Ostatecznie, po diagnozach kardiologów, Ru został psem czysto spacerkowym. Z powodu lęku przed ludźmi i innych skrajnych emocji, które w nim wywoływali obcy, jakiś czas chodził głównie na smyczy, albo lince. Unikałam miejsc publicznych, chociaż z czasem okoliczności zmuszały mnie do zabierania go w takie miejsca. Nie oczekiwałam już nic, przecież kardiolodzy postawili sprawę jasno. Niski poziom emocji. Łagodne wysiłki.
Spacerowaliśmy, niezobowiązująco rzucałam mu piłkę tylko, żeby aportował. Kolejne diagnozy wskazywały na powolną stabilizację. Jego zachowanie też stopniowo, z czasem, bardzo powoli, miało się lepiej. Porzuciłam wszelkie ambicje związane z Ru, uznałam, bywa. Będzie taką naszą uroczą maskotką, przecież on jest szczęśliwy. Szczęśliwszy niż wtedy, gdy w naszej relacji królowała frustracja i niezrozumienie. Cieszyłam się, że jest ze mną. Właśnie wtedy, kawałek po kawałku, było... Lepiej. Coraz lepiej. Ponad moje oczekiwania. Ostatniego lata powiedziałam sobie, nie chcę robić z tego psa kaleki. Niech szaleje, póki da radę. Biegaliśmy, bawiliśmy się, robiłam jakieś drobne głupoty, ale już nie pilnowałam aż tak czasu, emocji i natężenia aktywności Ru. Będzie, co będzie.
Poprzedniego lata, Ru otrzymał ku mojemu głębokiemu zdumieniu, zielone światło na pełną formę aktywości. Ryzyko minęło. Dwudziestokilometrowe biegi, pięciogodzinne spacery, pogonie za piłką i wariactwa z innymi psami, pomogły tylko rozładować emocje. Przypadkowo, przestałam na niego kłaść presję, a jego głównym przewodnikiem, odkąd zaczęliśmy mieszkać razem był Karol. Dla niego, emocje Ru były powodem do śmiechu, a pies to przecież pies, nie kaleka, tak? To była droga do Lucjana. Z Karolem, ten sam pies, który panicznie bał się obcych zaczął w miejscach publicznych chodzić bez smyczy. Odwoływał się. Panował nad sobą. Przestał bać się byle czego i reagować histerycznie. Zrelaksował się. Teraz Ru niedługo skończy sześć lat, nie mamy z nim żadnych problemów. Zaczął biegać agility jesienią, najpierw ze mną, potem, od zimy, z Karolem. Idzie im świetnie, Ru potrafi mimo emocji, coraz lepiej myśleć na torze. Można bez obaw puścić go bez smyczy, a w lesie jest grzeczniejszy od Gaszki. Tak, ten pies, którego ja uznałam za kretyna i porzuciłam nadzieje.
Bardzo się zmieniłam pod wpływem relacji z Ru i żaden pies z swoimi głupimi minami, dziwnymi zachowaniami mnie tak nie rozśmieszał. Zrozumiałam, o co naprawdę chodzi w posiadaniu psa, w budowaniu z nim relacji i co tak naprawdę jest ważne. Czekoladowy ma całe grono własnych fanów i wcale ich rozumiem, to przezabawny, słodki, kochany, świetny pies. Dla Karola, Ru jest idealny i z łatwością przychodzi tym dwoje zrozumienie. Czy to moja porażka? Nie obchodzi mnie to, bo widzę, że to sprawia, że Ru jest szczęśliwy. Jestem z niego dumna, z nich obojga, z siebie, z nas. Staliśmy się rodziną, moi 'chłopcy' otworzyli mi oczy na wiele ważnych spraw. Tak, było ciężko, na szczęście, to było dawno i daliśmy sobie radę. Nie, nie żałuję. Uwielbiam tego dziwnego, śmiesznego złotookiego psa, jest naprawdę cudownym zwierzęciem. Cieszę się, że go mamy.
Bardzo się bałam wziąć szczeniaka, nie lubię zmian, nie wiedziałam na co się decyduję, nie pamiętałam już, jak to jest. Czy dobrze wybiorę? Poradzę sobie? Niczego nie popsuję tym razem? Byli ludzie, którzy mówili mi, weźmiesz szczeniaka i nie będziesz z niego zadowolona, twoje starsze psy na tym ucierpią, będziesz miała mniej czasu... Byli też tacy, którzy mówili dasz radę, to już czas, nie rób z tego wielkiego wydarzenia. Gaszka ma siedem lat, a Ru biega z Karolem. Na co czekasz? Ostatecznie, Karol był tym, który zapewnił mnie, razem sobie poradzimy, to moja decyzja i jeśli chcę, czuję, że to już czas, to będzie dobrze.  No i... Jest dobrze. Zanim trafiłam na Gemie, były trzy mioty z których chciałam mieć szczeniaka. Nie żałuję jednak, że to właśnie Gem jest ze mną. Niedawno minął miesiąc odkąd z nami jest, nawet startowałam już w zawodach z Gaszką, mając ją ze sobą. Ciężko nie mówić mi o niej w superlatywach, hodowcy odwalili kawał świetnej roboty dobierając mi ją. Długo rozmawialiśmy, czego potrzebuję, jakiej suki szukam. Dostałam taką i nawet więcej i teraz tylko trzymam kciuki, żeby ze zdrowiem małej wszystko grało. Inne atuty ma.
Bałam się też, że ciężko mi będzie przywiązać się i zaakceptować kogoś nowego w naszej sforze, pod tym względem podobnie ze mną jak z moimi psami. Jednak, Gem sprawiła, że pokochaliśmy ją wszyscy w tydzień. Trafiła w serca psie, ludzkie i kocie i stała się nieodłączną częścią rodziny. Łatwo mi było w dostosowaniu się do życia z szczylkiem głównie dlatego, że mam Karola i małą piranię wychowujemy razem, zmieniając się przy zostawaniu z nią w domu, opieką nad nią na zawodach etc. Mimo wszystko nauka zostawania samej w domu, z czym były problemy, przeszła pomyślnie. Tak, wciąż trzeba młodą czarować gryzaczkami i magiczną muzyką, ale koncertów rozpaczy nie ma. Nawet jak wychodzimy na uczelnię na dłużej. ;) Znając mudiki, Gem jeszcze rogi pokaże, chociaż pewnie dla kogoś normalnego, kto nie wychował dwóch miotów mudików, gryzienie do krwi po rękach, mordowanie zabawek i dzikie wymagania jeśli chodzi o ruch, oraz wysokie decybele są już problemem. Dla mnie nie, jestem gotowa na dalsze wyzwania i jestem pewna, że damy sobie razem radę. Wystarczył mi tydzień, żeby poczuć na pewno, że ta mała czarna pirania jest moja. Nieodwołalnie i bezsprzecznie. Póki co, niech rozwija się tak, jak do tej pory, bo jest zwyczajnie nadzwyczajna. :D Nie będę słodzić, bo to nudne, ale wygląda na to, że marzenia się spełniają. :)

Wszystko w rodzinie.

Post ciekawostkowy, niedawno dołączyła do nas mała czarna kulka, o której głośniej tutaj będzie, jak trochę się lepiej poznamy. Tak czy inaczej, czy wiedzieliście, że między wszystkimi naszymi psami są powiązania rodzinne? :) Większe lub mniejsze, ale jednak Ru i Gaszka są ze sobą spokrewnieni w pewnym stopniu, tak samo jak i Gem z nimi. Chociaż ona bardziej z Gaszką. ;) Na temat kto to Gem i skąd się wzięła zapraszam do podstrony 'wartowniki'.
Gaszka, rodowodowo Kiralytanyai Garshii, urodzona 23.12.09, pochodzi z skojarzenia Teglashegyi Fatyol z samcem Kiralytanyai Monda. Skupiamy się na jej ojcu, Mondzie. Monda pochodzi ze skojarzenia Pasztoralom Gabika z Kiralytanyai Dongo. Pogmatwane? Już rozjaśniam: Rodówód. Matka Gaszki była suką merle, naturalnie bez ogona, a ojciec czarny z ogonem.
Ru, czyli Kiralytanyai Merau data narodzin 21.06.11, z rodziców Pasztoralom Gabika oraz Pasztor-Virtus Kormos Kazar. Już złapaliście? Nie? Klik! (Rodowód akurat jego siostry.) I do porównania, Ru jest właściwie pół-wujkiem Gaszki. Zdziwieni? Faktycznie, mało są podobni. ;) Jest dużo bardziej pobudliwy, ma drobniejszy kościec, mniej myśli (o ile myśli :D) i nawet wyglądem jakoś im tak daleko od siebie... Jego mama również jest merle, tak jak u Gaszki, tyle, że Csopet (czyli Gabika) ma długi ogon, tata Ru jest czarny z ogonem.
Kiralytanyai Invincible, domowo Gem, przyszła na świat 05.01.17, czarna z białymi znaczeniami. Jej rodzice to Kiralytanyai Zuzmo i Doriental Feher. Rodowodu nie pokażę, bo jeszcze nie ma jej w bazie, ale można poszukać jej rodziców. W tym przypadku, skupimy się na Zuzmo, jej tacie. Zuzmo to samiec merle, bez ogona, z krycia Beszedes a Mudim Lelkes Legeny oraz... Teglashegyi Fatyol. :D Czyli tata Gem jest półbratem Gaszki. (Akurat nie polecam sprawdzania go w bazie, bo są jakieś zawirowania i jego rodowód jest błędny. :P) Tak czy inaczej, to kim jest mama szczeniaczka? Biała panienka z ogonem i przepiękną głową (oraz drobiną nadwagi po miocie, heh), pochodząca z linii dla mnie dosyć świeżych. Znam jej ojca (dziadka Gemie) i zawsze obserwowałam go z zachwytem, oraz żalem, że jednak nie jest najmłodszy. Los sprawił mi prezent i trafiła mi się Gem. Czy wygląda na podobną do "cioci" Gaszki? Nie mam pojęcia, jedyne co mogę połączyć w nich dwóch, to świetny "on-off" i wrodzony aport.
Na koniec trochę fotek. Pan powyżej to tata Gem, Kiralytanyai Zuzmo.

Mama Gem, Doriental Feher, domowo Julcsi. Mówiłam, że ma piękną głowę, prawda? :D

Teglashegyi Fatyol, będąca jednocześnie babcią Gem i mamą Gaszki. Moja wielka mudikowa miłość, piękna i z cudownym charakterem, po prostu musiałam mieć z jej linii psa. ;)

Kiralytanyai Monda, półbrat Ru ( w sumie podobnie głupia twarz... ) i tata Gaszki. Według hodowców, to w niego bardziej wdała się Gaszka. Moim zdaniem, jest czymś pomiędzy nim, a Fatyol

(Troszkę paskudne zdjęcie, ale cóż.) Pasztoralom Gabika "Csopet", babcia Gaszki i mama Ru. Była drugą moją wielką miłością wśród psów z Kiralytanyai, w czasach gdy brałam Gaszkę. Stąd, połączenie jej syna z Fatyol... Wow. No i w sumie Gaszka jest wcale fajna. ;D Wiem po kim Ru ma ten pompon zamiast ogona. ;P

(Kolejne słabe zdjęcie.) Pasztor-Virtus Kormos Kazar, domowo Bogi, chyba w nim najwięcej widzę tego jego szalonego synka. :) Słyszałam, że równie inteligentny co Ru, heh. Kazar jest synem powalająco pięknej Pasztor-Virtus Eszes, oraz naprawdę świetnego Terulj-Fordulj Aprod.

Na koniec cukierki na fanów czekomudi, wiem, wiem, że tu tacy są, to posycę wam oczy. Tak po podręczeniu węgierskimi przydomkami. :D Pani po lewej to wspomniana, przepiękna Eszes. w sumie poza kolorem to nie wiem, czy Ru cokolwiek ma z nią wspólnego...  ;) Tak z ciekawostek, czekoladowe mudi mają zwykle oczy raczej jasne, np złote. Wg wzorca mudi powinien mieć oczy jak najciemniejsze, także pewnie domyśliliście się, że takie cudo jak Eszes jest naprawdę wyjątkiem nie tylko ze względu na fajny odcień brązu. Brązowy dziedziczy się bardzo prosto, nic dziwnego, że z rodziców merle i czarnego, wyskoczył nam brązowy pies Lucjan. Pies brązowy to bb, więc jeśli rodzice są Bb i Bb to mamy 1/4 szans na taki kolor i sporo na nosicieli. W miocie Ru miał jeszcze brązowego brata. Skąd takie dygresje? Ot tak, sobie. Ja osobiście poza znajomością genetyki na poziomie "basic", raczej nie przejmuję się kolorami w hodowli. Zwracam uwagę na charakter i zdrowie, a kolory to tylko tyle, żeby zapobiec kryciom merle x merle. Tak czy inaczej, pewnie niejeden jest ciekaw, skąd się takie ładne pieski biorą. ;D
Bardzo stara, brzydka fotka. Czy to Ru?! Nie, to przykład jak genetyka płata figle. Ten pan to Csodabogar Erdos, wołany Bingo, jego prapradziadek. Nawet ma takie głupie, jaśniejsze portki! ;) Co w rodzinie, to nie zginie, hm?

Oooch co to za piękne zwierzątko, brązowy merlaczek? :D Kolejna ciekawostka. Ta legendarna wręcz dama, Mazli, łączy rodowody wszystkich moich psów. Jest babcią Ru, prababcią Gaszki i praprababcią Gem. Osobiście, jeden z moich faworytów i to nie ze względu na kolor. Była wyjątkowym psem pracującym i mimo braku ogona, jej budowa jest przepiękna!

A ją znacie? Kiralytanyai Egy Boci mieszka w Polsce, u mojej przyjaciółki i domowo nazywa się Wichura. Jej kolor to dowód na to, że genetyka pamięta lepiej, niż wzorce. Kiedyś, u początku istnienia rasy, trzy maści mudi były wzorcowe: czarny, biały i... black and white. Owszem! Do tego doszła czekolada, ale w 2000 roku wzorzec się zmienił i białe znaczenia mogą być tylko ograniczone do plamki na klatce piersiowej i palcach łap. Tak czy inaczej, geny się ułożyły i stąd Wichura. ;) Jej dziadkiem jest brat Gaszki, a dziadkiem z drugiej półbrat Csopet (mamy Ru i babci Gaszki) Pasztoralom Pocok, który jest jednocześnie synem Mazli, którą widzicie tam wyżej.
Białe znaczenia przenoszą się dosyć zagadkowo. Ten szczylek wyżej, to jeden z synów Grandy, Gwiaździsty Wartownik Wiatru "Szello", mieszkający w Portugalii. Spokrewniony bardzo daleko z Wi, prawda? A jednak, Szello ma znaczenia na końcówce ogona, łapach, całej klatce piersiowej i dużą białą łatę na karku. Jedyne, co łączy Wi i Szello, to Gaszka i jej brat, która dla Szello jest babcią, a Bator (jej brat) dla Wichury jest dziadkiem.
Poplątane? Wszystko zostaje w rodzinie. :D Uprzedzając pytania o inbred, u mudi jest to dosyć spotykane, ale jego procent kontrolowany jest przez obliczenia COI i utrzymywany na bezpiecznym poziomie. Choroby występujące w rasie nie wynikają z niego, lecz z nieprzemyślanych kryć nosicieli.. ale o tym innym razem. ;)

Podsumowanie 2016!

W tym roku mało miałam czasu na pisanie na blogu, zaraz się dowiecie wszyscy dlaczego i co tam się działo w poszczególnych miesiącach. :)
W styczniu dowiadywałam się, jak to jest mieć trzy mudiki, odpowiedź jest taka... Tak samo jak i dwa. Dołączyła do nas córka Gaszki, Granda, niestety tymczasowo, na okres krycia i miotu, ale tak czy inaczej świetnie było ją u siebie mieć. Nowością wciąż był mój nowy obiektyw, tamron f2.8 70-200, otrzymany od lubego na rocznicę. Korzystając z cudnych scenerii, śniegu i czasu wolnego, między nauką do pierwszej sesji, rozpoczynałam swoją bardzo "poważną" fotografię. :)
W lutym przechodziłam załamania nerwowe pod hasłem "nie zdam" oraz "idę do pracy, wywalą mnie z tych studiów" i wściekle wchłaniałam wiedzę. Sesję udało się zdać, gdzieś pomiędzy spacerami, zdjęciami i godzinami nauki. Gdzieś w okolicy lutego Gaszka pechowo nadepnęła na szkło i paskudnie rozcięła opuszkę. Wyłączyło to nas na ponad miesiąc z treningów i startów, co w moim przypadku robi sporą różnicę. Boliłapka zagoiła się bez większych kłopotów, na szczęście.
W marcu wróciliśmy do treningów i startów, widać było jak bardzo problematyczna była dla nas przerwa, strefki kulały, mój handling to samo. Granda tymczasem powoli wyglądała na taką, co będzie miała cieczkę. Bez większych sukcesów z Gaszką, bodajże z trzecim miejscem w kwalifikacji łącznej na Wielkiej Patrynickiej (kwalifikacje do MŚ), po Silesian Open zakończyłam sezon startów, właśnie ze względu na młodszą czarną. Musieliśmy być gotowi w każdej chwili na ekspresową podróż do Budapesztu, na spotkanie z wybrankiem. ;)

Kwiecień mijał nerwowo, cieczka Grandy przesuwała się, hormony uważały co chciały i już miałam porzucić marzenie o miocie, gdy nareszcie, około 21 kwietnia pojawiły się wyczekiwane wyniki progesteronu! 30 kwietnia bylismy już w Budapeszcie, a maj rozpoczął się pod znakiem kochanków... ;) Majówkę spędziliśmy więc na Węgrzech, w hodowli Irhaberki. Poznałam całą ich ekipę oraz dwa mioty, które aktualnie przebywały w hodowli, R oraz P. Szczególnie zauroczyła mnie panna z miotu R, niestety albo i dobrze, już zarezerwowana.
Czerwiec i reszta maja minęły mi na kolejnej sesji i oczekiwaniu na miot G. Nasza hodowla ma tradycję, iż mioty nazywane są literą imienia ich patrona. Tak, jak patronem miotu V był Brave'n'Passionate Victory Szelhamos "Victor", tak patronem miotu G została Kiralytanyai Garshii, moja Gaszka. :) Mocno planowałam, że zostanie z nami dama z tego miotu. Jednakże, stało się inaczej.
Na świat trzeciego lipca przyszła czwórka... chłopców. Pierwszy urodził się Grom, największy z szczeniąt, następnie Gawron, jednolicie czarny, najbardziej podobny do babci Gasiu, trzeci Gwiaździsty, a ostatni Gwardzista. Tęsknie wypatrywałam, czy Granda nie powtórzy historii Gaszki i czegoś na usg nie ukryła, ale nie. Same chłopaki. Szczerze? Byłam odrobinę smutna, przede wszystkim jednak szczęśliwa, że wszyscy są zdrowi i nie potrzebowaliśmy pomocy weterynarza.
Lipiec minął mi na praktykach i rozmyślaniach, byłam ewidentnie zakochana w dwóch z chłopców. niesamowicie do siebie podobnych. Gwardzista i Gwiaździsty, z czasem okazało się, że ten pierwszy to charakterowa kopia Gaszki (jak nie kochać?), a drugi to istne cudo, zdecydowanie wybitne zwierzątko. Myślałam. Obserwowałam szczenięta i kandydatów na właścicieli, korzystałam z naszego wspólnego, jedynego takiego czasu hodowcy z miotem. W wieku pięciu tygodni wszyscy z miotu G mieli już opłacone zaliczki. Moi faworyci również.
Sierpień był pod znakiem ostatnich tygodni razem, a potem pożegnań i nowych początków. Na początku tego miesiąca, Karol klasycznie wybrał się na festiwal Brutal Assault, niestety sam, ja miałam "macierzyński". Jak się domyślacie, żaden z szczylków z miotu G nie został z nami. Grom otrzymał imię Carbon i zamieszkał w okolicach Warszawy, Gawron został Brujo i mieszka w dalekiej Kolumbii, Gwiaździsty vel Szello, choć długo chciałam go zatrzymać, żyje w Portugalii, najszybciej jednak, bo w wieku ośmiu tygodni wyjechał Gwardzista. Niedaleko, na szczęście, ma na imię Set i mieszka w Czechach. Zobaczymy się za dwa tygodnie na zawodach w Brnie, oczywiście, młody w charakterze obserwatora. ;) Dwa dni przed Setem wyjechała Granda, wróciła do swojej właścicielki w Poznaniu. Dobrze było ją poznać i naprawdę świetnie się z nią żyło, aż trochę zazdroszczę Elizie.
Wrzesień... Znowu praktyki, jeszcze kilka z szczeniąt było z nami, a ja zaczynałam sezon startów w agility. W ten sposób pojechałam na treningowe zawody u Flow (same DISy), oraz na Top Agility Dog and Team (DISy poza jednym biegiem, drużynowy, niestety reszcie drużyny nie wyszło, indywidualnie byłyśmy z czarne drugie) z trzema szczylkami mudi. Da się. Przeżyliśmy. Chłopcy obskoczyli sporą dawkę socjalizacji, na Flow Cup obserwowali wszystko z kojca, trochę się bawili i zapoznawali z obcymi pieskami, ludźmi etc, na TADT pozwoliłam sobie zostawić je pod opieką Jagody, właścicielki Stefka. Jeździliśmy trasy po 350km, z dwoma dorosłymi mudi i trójką małych piranii, z całym miotem jeździliśmy około 80km. Takie tam, przygotowanie do podróży do domków. Z TADT wróciliśmy już z dwoma chłopcami, Carbona odebrała właścicielka. :)
Ostatnie dziesięć dni września były najpiękniejszymi dniami ubiegłego roku. Umęczeni wychowywaniem miotu, socjalizacją, nauką zabaw, mądrości okołodomowych i innych takich ważnych dla szczylków spraw, zabraliśmy swoje dwa szczekacze i wyjechaliśmy w Bory Dolnośląskie. Przez dziesięć dni po sześć, siedem godzin ja i Karol wędrowaliśmy przez lasy i wrzosowiska, nie spotykając nikogo, zbierając grzyby i dyskutując o całym świecie, wpatrzeni w Gaszkę i Ru drepczące tym swoim giętkim, pełnym zadowolenia krokiem, na ich szalone zabawy i gonitwy. Oczywiście, przywiozłam caaaałą masę zdjęć. :D
W październiku kontynuowałam treningi i starty, rozpoczęliśmy czeskim OPSION, wcale szczęśliwie, zbierając w openach dwa trzecie miejsca z kwalifikacją do finału. Niestety, w finale byłam sierotą i popsułam Gaszce wejście do slalomu, a szkoda, bo cały bieg wyglądał naprawdę nieźle. W Zdobinie tydzień później pozbierałyśmy DISy, bywa. Niestety, około 15 października Gaszka wybiła sobie palec, w przedniej łapie. Na rtg nie pokazało się nic poważniejszego, po nastawieniu palec trochę jednak bolał, wyłączyło to nas na miesiąc z aktywności. Czarne mogła chodzić na smyczy, także zdecydowałam się na towarzyską wizytę w Częstochowie. Z szczęśliwszych spraw, na końcu września oficjalnie Ru otrzymał zgodę weterynarza prowadzącego na treningi agility, które rozpoczął w październiku!
Dzięki pomocy fizjoterapeuty i sporej dawce cierpliwości, udało się nam wykurować boliłapkę Gaszki do Mistrzostw Polski w listopadzie. Poza DISami, byłyśmy drugie w egzaminie MA2, co dało nam awans do MA3! :D Dwa i pół roku od pierwszego startu w kategorii MA0, także jak na pierwszego agilitowego psa, wcale nieźle. Planuję jednak wykorzystać dwa pozostałe "miejsca" na czyste egzaminy w A2 i dopiero przejść klasę wyżej. Dla pewności. Tydzień później pojechaliśmy na seminarium do Liberca, był to pierwszy aktywny wyjazd na którym biegałam z dwoma psami. Ru był zaskakująco grzeczny i myślący. :)

W grudniu wystartowaliśmy w jednodniowych zawodach egzaminowych OPSION 051, z dwóch biegów jeden z pierwszym miejscem, drugi DIS. Ru pojechał z nami zobaczyć jak to jest na hali agilitowej, robił wesołe ciki i nikogo nie obszczekał. Sukces. :) Tydzień później wystartowaliśmy w zawodach jumpingowych w Ratenicach, mimo, iż byłam koszmarnie chora. Wynik? Dwa DISy i jeden czysty bieg z trzecim miejscem, niestety z mocno średnim czasem. Ósmego grudnia w hodowli Take One urodziła się piątka wnuków Gaszki, trzy dziewczyny i dwóch chłopców, mamą została czekoladowa torpeda Mustantassun April "Skitso", a tatą nasz Stefan. :)
Resztę miesiąca spędziliśmy intensywnie trenując i jak to my, dużo pałętając się po lasach i polach. Święta spędziliśmy klasycznie z rodziną, a sylwestra świętowaliśmy z najbliższymi, czyli ja, Karol, burki i koty w mieszkaniu we Wrocławiu. ;) Na kolejny rok planuję pewną znaczną zmianę, poza tym, życzę sobie niezmiennie dążyć do wyznaczonych celów, śmiało marzyć, bardziej siebie słuchać, mniej negatywnych osób w otoczeniu i dużo zdrowia, dla bliskich i burków.
Czego życzę i Wam! :)