O miłości.

Ckliwie będzie, słodko i uroczo, także, jak ktoś nie lubi, ewakuować się. Będzie też filozoficznie, ale naszło mnie jakoś tak, w środku samotnej nocy, z dłonią wplątaną w gęste kłaki Gaszki, na przemyślenia. O miłości, o moich psach, o tym, jak trudno i łatwo bywało. I jak niczego, nigdy nie zmieniłabym. Zaczynamy?
Trzeba przyznać, że pierwszy pies, a szczególnie ten "wprowadzający" nas w psie sporty, jest zwyczajnie wyjątkowy. Nie, żeby inne nie były, o tym będzie później. Dla mnie jednak, tą pierwszą jest Gaszka. Mogę bez wahania powiedzieć, że wygrałam ją jak los na loterii, idealny pierwszy mudi. Nie, nie jest łatwa. Jest dominująca, twarda, przy czym braki w socjalizacji odbijały się na naszej karierze od początku. Jest częścią mnie, głęboko zsynchronizowaną. Czyli, jak ja zasuwam, ona włącza ten piękny ruch i robi fajne prędkości. Ja się stresuję? Ona też i zwalnia i robi błędy. Jednak, uczy się niesamowicie łatwo, myśli zamiast zasuwać na kretyna, zawsze stara się zrobić wszystko, żebym była zadowolona i nigdy mnie nie zawiodła. Stara się, tak bardzo jak tylko może. Milion razy naprawiałam na niej swoje błędy i uchodziło mi to na sucho, bo moja mądra suka w mig łapała, co teraz zmieniamy. Nie wiem, ile razy uratowała nasz przebieg na zawodach, nie liczę już. Jak łatwo przepracować z nią wszystko i chociaż nie ma drive'a jak dla przykładu Ru, rozwijała się przy mnie, dla mnie. Nasz rozwój zgrywał się idealnie i choć są psy szybsze i bardziej samonapędzające się, uważam, że jak na jej poziom i historię, jest niesamowita. Popełniłam mnóstwo błędów, wszystkie udało się wypracować. Zaczęłyśmy ostatnio zbieganą kładkę, dla zabawy, mówiłam, jakby co, to się cofniemy do 2o2o, nie szkodzi. Wiecie co? Moja najmądrzejsza Gaszka łapie i to. W lot! Mając siedem lat i cztery lata biegania agility za sobą. Jasne, wiem, pewnie mnóstwo psów tak umie, ale zwyczajnie podziwiam to, jak ona się stara.
Nigdy nie byłam właścicielem idealnym, uczyłam się na niej, nie udawało nam się, nie jest mi obca frustracja. Jednak, Gaszka nigdy nie rezygnowała. Zwalniała, była uważniejsza, ale nie opuszczała mnie. W życiu codziennym, mogę ułożyć ją na swojej poduszce obok głowy, sama szuka tam miejsca i tak sypia. Całą noc, tuż obok mnie, mogę ją przytulać jak pluszaka. Zwykłam mawiać, strażniczka moich snów. W trudniejsze dni, gdy kłóciłam się z kimś przez telefon, albo zwyczajnie leżałam przygnębiona, podchodziła do łóżka. Na każde moje "na miejsce", odchodziła i za pięć minut była obok mnie znów, spojrzeniem pytając, czy aby na pewno ma iść "na miejsce". Wiedziała, że jej potrzebuję. Jej cichej, cierpliwej obecności, kołyszącego się ogona i słodkiego uśmiechu. W samotne noce, oglądając kolejną komedię romantyczną czy bajkę disneya, rzadko płaczę. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę, stroi jakieś głupie miny. Tak, jest też terminatorem psów na zawodach i muszę mieć oczy dookoła głowy, bo strzela zębami jak automat, w głębokim przekonaniu, że hala, hopki i w ogóle wszystko należy się JEJ. Lubi odwalać zagrywki pt. "ja będę teraz dominowała!" ale...
Mimo wszystko, zawsze zastanawiałam się, w tym naszym 'związku', kto tu się kim opiekuje? Życie z nią przychodzi mi tak naturalnie, lata mijają, ona ma swoje gorsze strony, a ja ją uwielbiam nadal tak samo. No i niech sobie gadają te szalone teorie dominacji, ale ja nigdy nie byłam dla niej właścicielem. Jesteśmy... partnerkami? Znamy się, wspieramy, współgramy. Tak, Gaszka ma słabsze strony. Ja też. Wszystkie moje kolejne psy zawdzięczają jej niemal wszystko, czego mnie nauczyła, cierpliwie, z miłością i pasją. Od samego początku, nawet jako trzynastolatka, byłam dla niej całym światem, tym jedynym przewodnikiem i tak dalej. Nadal tak jest, a ona dla mnie zawsze będzie tym jedynym pierwszym psem. :)
Kto mnie zna, wie, że z Ru nasze życie nie było usłane różami. Już miesiąc po tym, jak do mnie trafił, ja mając niecałe piętnaście lat, musiałam o niego walczyć i podejmować ciężkie decyzje. Po tym wszystkim, został nam bagaż, w postaci braku jakiejkolwiek socjalizacji, zdolności opanowania emocji i podstaw pracy. Z tym wszystkim mierzyliśmy się sami. On, roczny samiec z niesamowicie mocnym drivem i chorym sercem i ja, zdecydowanie niedoświadczony przewodnik. W porównaniu do niego, problemy Gaszki były niczym. Tak, wprowadzał mnie na szczyty frustracji, płakałam, żałowałam, chciałam cofać czas. On nie rozumiał, był zagubiony i... Było ciężko. Bardzo. Nasza miłość, to uczucie zdobyte przez niesamowite trudy i walkę o siebie wzajem. Nie wiem, czy to cecha rasy, ale Ru też nie chciał się poddać. Walczył, najpierw z trucizną, potem z chorobą, dla mnie, dla Gaszki. Ci dwoje od początku byli jak rodzeństwo, uwielbiali się. Czy to też dało Mru siłę potrzebną do pokonania przeciwności? Pewnie tak. Wielokrotnie planowałam, że czekoladowy zostanie na wsi z moją matką, lecz zawsze, gdy przychodziło co do czego, nie umiałam. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie bez niego. Ru jest emocjonalną bombą atomową, jego uczucia potrafią powodować, że dygocze, ale głównie uchodzą w postaci szczekania i kłapania ryjem. Po stosunkowo spokojnej Gaszce, nie rozumiałam tego. Ostatecznie, po diagnozach kardiologów, Ru został psem czysto spacerkowym. Z powodu lęku przed ludźmi i innych skrajnych emocji, które w nim wywoływali obcy, jakiś czas chodził głównie na smyczy, albo lince. Unikałam miejsc publicznych, chociaż z czasem okoliczności zmuszały mnie do zabierania go w takie miejsca. Nie oczekiwałam już nic, przecież kardiolodzy postawili sprawę jasno. Niski poziom emocji. Łagodne wysiłki.
Spacerowaliśmy, niezobowiązująco rzucałam mu piłkę tylko, żeby aportował. Kolejne diagnozy wskazywały na powolną stabilizację. Jego zachowanie też stopniowo, z czasem, bardzo powoli, miało się lepiej. Porzuciłam wszelkie ambicje związane z Ru, uznałam, bywa. Będzie taką naszą uroczą maskotką, przecież on jest szczęśliwy. Szczęśliwszy niż wtedy, gdy w naszej relacji królowała frustracja i niezrozumienie. Cieszyłam się, że jest ze mną. Właśnie wtedy, kawałek po kawałku, było... Lepiej. Coraz lepiej. Ponad moje oczekiwania. Ostatniego lata powiedziałam sobie, nie chcę robić z tego psa kaleki. Niech szaleje, póki da radę. Biegaliśmy, bawiliśmy się, robiłam jakieś drobne głupoty, ale już nie pilnowałam aż tak czasu, emocji i natężenia aktywności Ru. Będzie, co będzie.
Poprzedniego lata, Ru otrzymał ku mojemu głębokiemu zdumieniu, zielone światło na pełną formę aktywości. Ryzyko minęło. Dwudziestokilometrowe biegi, pięciogodzinne spacery, pogonie za piłką i wariactwa z innymi psami, pomogły tylko rozładować emocje. Przypadkowo, przestałam na niego kłaść presję, a jego głównym przewodnikiem, odkąd zaczęliśmy mieszkać razem był Karol. Dla niego, emocje Ru były powodem do śmiechu, a pies to przecież pies, nie kaleka, tak? To była droga do Lucjana. Z Karolem, ten sam pies, który panicznie bał się obcych zaczął w miejscach publicznych chodzić bez smyczy. Odwoływał się. Panował nad sobą. Przestał bać się byle czego i reagować histerycznie. Zrelaksował się. Teraz Ru niedługo skończy sześć lat, nie mamy z nim żadnych problemów. Zaczął biegać agility jesienią, najpierw ze mną, potem, od zimy, z Karolem. Idzie im świetnie, Ru potrafi mimo emocji, coraz lepiej myśleć na torze. Można bez obaw puścić go bez smyczy, a w lesie jest grzeczniejszy od Gaszki. Tak, ten pies, którego ja uznałam za kretyna i porzuciłam nadzieje.
Bardzo się zmieniłam pod wpływem relacji z Ru i żaden pies z swoimi głupimi minami, dziwnymi zachowaniami mnie tak nie rozśmieszał. Zrozumiałam, o co naprawdę chodzi w posiadaniu psa, w budowaniu z nim relacji i co tak naprawdę jest ważne. Czekoladowy ma całe grono własnych fanów i wcale ich rozumiem, to przezabawny, słodki, kochany, świetny pies. Dla Karola, Ru jest idealny i z łatwością przychodzi tym dwoje zrozumienie. Czy to moja porażka? Nie obchodzi mnie to, bo widzę, że to sprawia, że Ru jest szczęśliwy. Jestem z niego dumna, z nich obojga, z siebie, z nas. Staliśmy się rodziną, moi 'chłopcy' otworzyli mi oczy na wiele ważnych spraw. Tak, było ciężko, na szczęście, to było dawno i daliśmy sobie radę. Nie, nie żałuję. Uwielbiam tego dziwnego, śmiesznego złotookiego psa, jest naprawdę cudownym zwierzęciem. Cieszę się, że go mamy.
Bardzo się bałam wziąć szczeniaka, nie lubię zmian, nie wiedziałam na co się decyduję, nie pamiętałam już, jak to jest. Czy dobrze wybiorę? Poradzę sobie? Niczego nie popsuję tym razem? Byli ludzie, którzy mówili mi, weźmiesz szczeniaka i nie będziesz z niego zadowolona, twoje starsze psy na tym ucierpią, będziesz miała mniej czasu... Byli też tacy, którzy mówili dasz radę, to już czas, nie rób z tego wielkiego wydarzenia. Gaszka ma siedem lat, a Ru biega z Karolem. Na co czekasz? Ostatecznie, Karol był tym, który zapewnił mnie, razem sobie poradzimy, to moja decyzja i jeśli chcę, czuję, że to już czas, to będzie dobrze.  No i... Jest dobrze. Zanim trafiłam na Gemie, były trzy mioty z których chciałam mieć szczeniaka. Nie żałuję jednak, że to właśnie Gem jest ze mną. Niedawno minął miesiąc odkąd z nami jest, nawet startowałam już w zawodach z Gaszką, mając ją ze sobą. Ciężko nie mówić mi o niej w superlatywach, hodowcy odwalili kawał świetnej roboty dobierając mi ją. Długo rozmawialiśmy, czego potrzebuję, jakiej suki szukam. Dostałam taką i nawet więcej i teraz tylko trzymam kciuki, żeby ze zdrowiem małej wszystko grało. Inne atuty ma.
Bałam się też, że ciężko mi będzie przywiązać się i zaakceptować kogoś nowego w naszej sforze, pod tym względem podobnie ze mną jak z moimi psami. Jednak, Gem sprawiła, że pokochaliśmy ją wszyscy w tydzień. Trafiła w serca psie, ludzkie i kocie i stała się nieodłączną częścią rodziny. Łatwo mi było w dostosowaniu się do życia z szczylkiem głównie dlatego, że mam Karola i małą piranię wychowujemy razem, zmieniając się przy zostawaniu z nią w domu, opieką nad nią na zawodach etc. Mimo wszystko nauka zostawania samej w domu, z czym były problemy, przeszła pomyślnie. Tak, wciąż trzeba młodą czarować gryzaczkami i magiczną muzyką, ale koncertów rozpaczy nie ma. Nawet jak wychodzimy na uczelnię na dłużej. ;) Znając mudiki, Gem jeszcze rogi pokaże, chociaż pewnie dla kogoś normalnego, kto nie wychował dwóch miotów mudików, gryzienie do krwi po rękach, mordowanie zabawek i dzikie wymagania jeśli chodzi o ruch, oraz wysokie decybele są już problemem. Dla mnie nie, jestem gotowa na dalsze wyzwania i jestem pewna, że damy sobie razem radę. Wystarczył mi tydzień, żeby poczuć na pewno, że ta mała czarna pirania jest moja. Nieodwołalnie i bezsprzecznie. Póki co, niech rozwija się tak, jak do tej pory, bo jest zwyczajnie nadzwyczajna. :D Nie będę słodzić, bo to nudne, ale wygląda na to, że marzenia się spełniają. :)

Wszystko w rodzinie.

Post ciekawostkowy, niedawno dołączyła do nas mała czarna kulka, o której głośniej tutaj będzie, jak trochę się lepiej poznamy. Tak czy inaczej, czy wiedzieliście, że między wszystkimi naszymi psami są powiązania rodzinne? :) Większe lub mniejsze, ale jednak Ru i Gaszka są ze sobą spokrewnieni w pewnym stopniu, tak samo jak i Gem z nimi. Chociaż ona bardziej z Gaszką. ;) Na temat kto to Gem i skąd się wzięła zapraszam do podstrony 'wartowniki'.
Gaszka, rodowodowo Kiralytanyai Garshii, urodzona 23.12.09, pochodzi z skojarzenia Teglashegyi Fatyol z samcem Kiralytanyai Monda. Skupiamy się na jej ojcu, Mondzie. Monda pochodzi ze skojarzenia Pasztoralom Gabika z Kiralytanyai Dongo. Pogmatwane? Już rozjaśniam: Rodówód. Matka Gaszki była suką merle, naturalnie bez ogona, a ojciec czarny z ogonem.
Ru, czyli Kiralytanyai Merau data narodzin 21.06.11, z rodziców Pasztoralom Gabika oraz Pasztor-Virtus Kormos Kazar. Już złapaliście? Nie? Klik! (Rodowód akurat jego siostry.) I do porównania, Ru jest właściwie pół-wujkiem Gaszki. Zdziwieni? Faktycznie, mało są podobni. ;) Jest dużo bardziej pobudliwy, ma drobniejszy kościec, mniej myśli (o ile myśli :D) i nawet wyglądem jakoś im tak daleko od siebie... Jego mama również jest merle, tak jak u Gaszki, tyle, że Csopet (czyli Gabika) ma długi ogon, tata Ru jest czarny z ogonem.
Kiralytanyai Invincible, domowo Gem, przyszła na świat 05.01.17, czarna z białymi znaczeniami. Jej rodzice to Kiralytanyai Zuzmo i Doriental Feher. Rodowodu nie pokażę, bo jeszcze nie ma jej w bazie, ale można poszukać jej rodziców. W tym przypadku, skupimy się na Zuzmo, jej tacie. Zuzmo to samiec merle, bez ogona, z krycia Beszedes a Mudim Lelkes Legeny oraz... Teglashegyi Fatyol. :D Czyli tata Gem jest półbratem Gaszki. (Akurat nie polecam sprawdzania go w bazie, bo są jakieś zawirowania i jego rodowód jest błędny. :P) Tak czy inaczej, to kim jest mama szczeniaczka? Biała panienka z ogonem i przepiękną głową (oraz drobiną nadwagi po miocie, heh), pochodząca z linii dla mnie dosyć świeżych. Znam jej ojca (dziadka Gemie) i zawsze obserwowałam go z zachwytem, oraz żalem, że jednak nie jest najmłodszy. Los sprawił mi prezent i trafiła mi się Gem. Czy wygląda na podobną do "cioci" Gaszki? Nie mam pojęcia, jedyne co mogę połączyć w nich dwóch, to świetny "on-off" i wrodzony aport.
Na koniec trochę fotek. Pan powyżej to tata Gem, Kiralytanyai Zuzmo.

Mama Gem, Doriental Feher, domowo Julcsi. Mówiłam, że ma piękną głowę, prawda? :D

Teglashegyi Fatyol, będąca jednocześnie babcią Gem i mamą Gaszki. Moja wielka mudikowa miłość, piękna i z cudownym charakterem, po prostu musiałam mieć z jej linii psa. ;)

Kiralytanyai Monda, półbrat Ru ( w sumie podobnie głupia twarz... ) i tata Gaszki. Według hodowców, to w niego bardziej wdała się Gaszka. Moim zdaniem, jest czymś pomiędzy nim, a Fatyol

(Troszkę paskudne zdjęcie, ale cóż.) Pasztoralom Gabika "Csopet", babcia Gaszki i mama Ru. Była drugą moją wielką miłością wśród psów z Kiralytanyai, w czasach gdy brałam Gaszkę. Stąd, połączenie jej syna z Fatyol... Wow. No i w sumie Gaszka jest wcale fajna. ;D Wiem po kim Ru ma ten pompon zamiast ogona. ;P

(Kolejne słabe zdjęcie.) Pasztor-Virtus Kormos Kazar, domowo Bogi, chyba w nim najwięcej widzę tego jego szalonego synka. :) Słyszałam, że równie inteligentny co Ru, heh. Kazar jest synem powalająco pięknej Pasztor-Virtus Eszes, oraz naprawdę świetnego Terulj-Fordulj Aprod.

Na koniec cukierki na fanów czekomudi, wiem, wiem, że tu tacy są, to posycę wam oczy. Tak po podręczeniu węgierskimi przydomkami. :D Pani po lewej to wspomniana, przepiękna Eszes. w sumie poza kolorem to nie wiem, czy Ru cokolwiek ma z nią wspólnego...  ;) Tak z ciekawostek, czekoladowe mudi mają zwykle oczy raczej jasne, np złote. Wg wzorca mudi powinien mieć oczy jak najciemniejsze, także pewnie domyśliliście się, że takie cudo jak Eszes jest naprawdę wyjątkiem nie tylko ze względu na fajny odcień brązu. Brązowy dziedziczy się bardzo prosto, nic dziwnego, że z rodziców merle i czarnego, wyskoczył nam brązowy pies Lucjan. Pies brązowy to bb, więc jeśli rodzice są Bb i Bb to mamy 1/4 szans na taki kolor i sporo na nosicieli. W miocie Ru miał jeszcze brązowego brata. Skąd takie dygresje? Ot tak, sobie. Ja osobiście poza znajomością genetyki na poziomie "basic", raczej nie przejmuję się kolorami w hodowli. Zwracam uwagę na charakter i zdrowie, a kolory to tylko tyle, żeby zapobiec kryciom merle x merle. Tak czy inaczej, pewnie niejeden jest ciekaw, skąd się takie ładne pieski biorą. ;D
Bardzo stara, brzydka fotka. Czy to Ru?! Nie, to przykład jak genetyka płata figle. Ten pan to Csodabogar Erdos, wołany Bingo, jego prapradziadek. Nawet ma takie głupie, jaśniejsze portki! ;) Co w rodzinie, to nie zginie, hm?

Oooch co to za piękne zwierzątko, brązowy merlaczek? :D Kolejna ciekawostka. Ta legendarna wręcz dama, Mazli, łączy rodowody wszystkich moich psów. Jest babcią Ru, prababcią Gaszki i praprababcią Gem. Osobiście, jeden z moich faworytów i to nie ze względu na kolor. Była wyjątkowym psem pracującym i mimo braku ogona, jej budowa jest przepiękna!

A ją znacie? Kiralytanyai Egy Boci mieszka w Polsce, u mojej przyjaciółki i domowo nazywa się Wichura. Jej kolor to dowód na to, że genetyka pamięta lepiej, niż wzorce. Kiedyś, u początku istnienia rasy, trzy maści mudi były wzorcowe: czarny, biały i... black and white. Owszem! Do tego doszła czekolada, ale w 2000 roku wzorzec się zmienił i białe znaczenia mogą być tylko ograniczone do plamki na klatce piersiowej i palcach łap. Tak czy inaczej, geny się ułożyły i stąd Wichura. ;) Jej dziadkiem jest brat Gaszki, a dziadkiem z drugiej półbrat Csopet (mamy Ru i babci Gaszki) Pasztoralom Pocok, który jest jednocześnie synem Mazli, którą widzicie tam wyżej.
Białe znaczenia przenoszą się dosyć zagadkowo. Ten szczylek wyżej, to jeden z synów Grandy, Gwiaździsty Wartownik Wiatru "Szello", mieszkający w Portugalii. Spokrewniony bardzo daleko z Wi, prawda? A jednak, Szello ma znaczenia na końcówce ogona, łapach, całej klatce piersiowej i dużą białą łatę na karku. Jedyne, co łączy Wi i Szello, to Gaszka i jej brat, która dla Szello jest babcią, a Bator (jej brat) dla Wichury jest dziadkiem.
Poplątane? Wszystko zostaje w rodzinie. :D Uprzedzając pytania o inbred, u mudi jest to dosyć spotykane, ale jego procent kontrolowany jest przez obliczenia COI i utrzymywany na bezpiecznym poziomie. Choroby występujące w rasie nie wynikają z niego, lecz z nieprzemyślanych kryć nosicieli.. ale o tym innym razem. ;)

Podsumowanie 2016!

W tym roku mało miałam czasu na pisanie na blogu, zaraz się dowiecie wszyscy dlaczego i co tam się działo w poszczególnych miesiącach. :)
W styczniu dowiadywałam się, jak to jest mieć trzy mudiki, odpowiedź jest taka... Tak samo jak i dwa. Dołączyła do nas córka Gaszki, Granda, niestety tymczasowo, na okres krycia i miotu, ale tak czy inaczej świetnie było ją u siebie mieć. Nowością wciąż był mój nowy obiektyw, tamron f2.8 70-200, otrzymany od lubego na rocznicę. Korzystając z cudnych scenerii, śniegu i czasu wolnego, między nauką do pierwszej sesji, rozpoczynałam swoją bardzo "poważną" fotografię. :)
W lutym przechodziłam załamania nerwowe pod hasłem "nie zdam" oraz "idę do pracy, wywalą mnie z tych studiów" i wściekle wchłaniałam wiedzę. Sesję udało się zdać, gdzieś pomiędzy spacerami, zdjęciami i godzinami nauki. Gdzieś w okolicy lutego Gaszka pechowo nadepnęła na szkło i paskudnie rozcięła opuszkę. Wyłączyło to nas na ponad miesiąc z treningów i startów, co w moim przypadku robi sporą różnicę. Boliłapka zagoiła się bez większych kłopotów, na szczęście.
W marcu wróciliśmy do treningów i startów, widać było jak bardzo problematyczna była dla nas przerwa, strefki kulały, mój handling to samo. Granda tymczasem powoli wyglądała na taką, co będzie miała cieczkę. Bez większych sukcesów z Gaszką, bodajże z trzecim miejscem w kwalifikacji łącznej na Wielkiej Patrynickiej (kwalifikacje do MŚ), po Silesian Open zakończyłam sezon startów, właśnie ze względu na młodszą czarną. Musieliśmy być gotowi w każdej chwili na ekspresową podróż do Budapesztu, na spotkanie z wybrankiem. ;)

Kwiecień mijał nerwowo, cieczka Grandy przesuwała się, hormony uważały co chciały i już miałam porzucić marzenie o miocie, gdy nareszcie, około 21 kwietnia pojawiły się wyczekiwane wyniki progesteronu! 30 kwietnia bylismy już w Budapeszcie, a maj rozpoczął się pod znakiem kochanków... ;) Majówkę spędziliśmy więc na Węgrzech, w hodowli Irhaberki. Poznałam całą ich ekipę oraz dwa mioty, które aktualnie przebywały w hodowli, R oraz P. Szczególnie zauroczyła mnie panna z miotu R, niestety albo i dobrze, już zarezerwowana.
Czerwiec i reszta maja minęły mi na kolejnej sesji i oczekiwaniu na miot G. Nasza hodowla ma tradycję, iż mioty nazywane są literą imienia ich patrona. Tak, jak patronem miotu V był Brave'n'Passionate Victory Szelhamos "Victor", tak patronem miotu G została Kiralytanyai Garshii, moja Gaszka. :) Mocno planowałam, że zostanie z nami dama z tego miotu. Jednakże, stało się inaczej.
Na świat trzeciego lipca przyszła czwórka... chłopców. Pierwszy urodził się Grom, największy z szczeniąt, następnie Gawron, jednolicie czarny, najbardziej podobny do babci Gasiu, trzeci Gwiaździsty, a ostatni Gwardzista. Tęsknie wypatrywałam, czy Granda nie powtórzy historii Gaszki i czegoś na usg nie ukryła, ale nie. Same chłopaki. Szczerze? Byłam odrobinę smutna, przede wszystkim jednak szczęśliwa, że wszyscy są zdrowi i nie potrzebowaliśmy pomocy weterynarza.
Lipiec minął mi na praktykach i rozmyślaniach, byłam ewidentnie zakochana w dwóch z chłopców. niesamowicie do siebie podobnych. Gwardzista i Gwiaździsty, z czasem okazało się, że ten pierwszy to charakterowa kopia Gaszki (jak nie kochać?), a drugi to istne cudo, zdecydowanie wybitne zwierzątko. Myślałam. Obserwowałam szczenięta i kandydatów na właścicieli, korzystałam z naszego wspólnego, jedynego takiego czasu hodowcy z miotem. W wieku pięciu tygodni wszyscy z miotu G mieli już opłacone zaliczki. Moi faworyci również.
Sierpień był pod znakiem ostatnich tygodni razem, a potem pożegnań i nowych początków. Na początku tego miesiąca, Karol klasycznie wybrał się na festiwal Brutal Assault, niestety sam, ja miałam "macierzyński". Jak się domyślacie, żaden z szczylków z miotu G nie został z nami. Grom otrzymał imię Carbon i zamieszkał w okolicach Warszawy, Gawron został Brujo i mieszka w dalekiej Kolumbii, Gwiaździsty vel Szello, choć długo chciałam go zatrzymać, żyje w Portugalii, najszybciej jednak, bo w wieku ośmiu tygodni wyjechał Gwardzista. Niedaleko, na szczęście, ma na imię Set i mieszka w Czechach. Zobaczymy się za dwa tygodnie na zawodach w Brnie, oczywiście, młody w charakterze obserwatora. ;) Dwa dni przed Setem wyjechała Granda, wróciła do swojej właścicielki w Poznaniu. Dobrze było ją poznać i naprawdę świetnie się z nią żyło, aż trochę zazdroszczę Elizie.
Wrzesień... Znowu praktyki, jeszcze kilka z szczeniąt było z nami, a ja zaczynałam sezon startów w agility. W ten sposób pojechałam na treningowe zawody u Flow (same DISy), oraz na Top Agility Dog and Team (DISy poza jednym biegiem, drużynowy, niestety reszcie drużyny nie wyszło, indywidualnie byłyśmy z czarne drugie) z trzema szczylkami mudi. Da się. Przeżyliśmy. Chłopcy obskoczyli sporą dawkę socjalizacji, na Flow Cup obserwowali wszystko z kojca, trochę się bawili i zapoznawali z obcymi pieskami, ludźmi etc, na TADT pozwoliłam sobie zostawić je pod opieką Jagody, właścicielki Stefka. Jeździliśmy trasy po 350km, z dwoma dorosłymi mudi i trójką małych piranii, z całym miotem jeździliśmy około 80km. Takie tam, przygotowanie do podróży do domków. Z TADT wróciliśmy już z dwoma chłopcami, Carbona odebrała właścicielka. :)
Ostatnie dziesięć dni września były najpiękniejszymi dniami ubiegłego roku. Umęczeni wychowywaniem miotu, socjalizacją, nauką zabaw, mądrości okołodomowych i innych takich ważnych dla szczylków spraw, zabraliśmy swoje dwa szczekacze i wyjechaliśmy w Bory Dolnośląskie. Przez dziesięć dni po sześć, siedem godzin ja i Karol wędrowaliśmy przez lasy i wrzosowiska, nie spotykając nikogo, zbierając grzyby i dyskutując o całym świecie, wpatrzeni w Gaszkę i Ru drepczące tym swoim giętkim, pełnym zadowolenia krokiem, na ich szalone zabawy i gonitwy. Oczywiście, przywiozłam caaaałą masę zdjęć. :D
W październiku kontynuowałam treningi i starty, rozpoczęliśmy czeskim OPSION, wcale szczęśliwie, zbierając w openach dwa trzecie miejsca z kwalifikacją do finału. Niestety, w finale byłam sierotą i popsułam Gaszce wejście do slalomu, a szkoda, bo cały bieg wyglądał naprawdę nieźle. W Zdobinie tydzień później pozbierałyśmy DISy, bywa. Niestety, około 15 października Gaszka wybiła sobie palec, w przedniej łapie. Na rtg nie pokazało się nic poważniejszego, po nastawieniu palec trochę jednak bolał, wyłączyło to nas na miesiąc z aktywności. Czarne mogła chodzić na smyczy, także zdecydowałam się na towarzyską wizytę w Częstochowie. Z szczęśliwszych spraw, na końcu września oficjalnie Ru otrzymał zgodę weterynarza prowadzącego na treningi agility, które rozpoczął w październiku!
Dzięki pomocy fizjoterapeuty i sporej dawce cierpliwości, udało się nam wykurować boliłapkę Gaszki do Mistrzostw Polski w listopadzie. Poza DISami, byłyśmy drugie w egzaminie MA2, co dało nam awans do MA3! :D Dwa i pół roku od pierwszego startu w kategorii MA0, także jak na pierwszego agilitowego psa, wcale nieźle. Planuję jednak wykorzystać dwa pozostałe "miejsca" na czyste egzaminy w A2 i dopiero przejść klasę wyżej. Dla pewności. Tydzień później pojechaliśmy na seminarium do Liberca, był to pierwszy aktywny wyjazd na którym biegałam z dwoma psami. Ru był zaskakująco grzeczny i myślący. :)

W grudniu wystartowaliśmy w jednodniowych zawodach egzaminowych OPSION 051, z dwóch biegów jeden z pierwszym miejscem, drugi DIS. Ru pojechał z nami zobaczyć jak to jest na hali agilitowej, robił wesołe ciki i nikogo nie obszczekał. Sukces. :) Tydzień później wystartowaliśmy w zawodach jumpingowych w Ratenicach, mimo, iż byłam koszmarnie chora. Wynik? Dwa DISy i jeden czysty bieg z trzecim miejscem, niestety z mocno średnim czasem. Ósmego grudnia w hodowli Take One urodziła się piątka wnuków Gaszki, trzy dziewczyny i dwóch chłopców, mamą została czekoladowa torpeda Mustantassun April "Skitso", a tatą nasz Stefan. :)
Resztę miesiąca spędziliśmy intensywnie trenując i jak to my, dużo pałętając się po lasach i polach. Święta spędziliśmy klasycznie z rodziną, a sylwestra świętowaliśmy z najbliższymi, czyli ja, Karol, burki i koty w mieszkaniu we Wrocławiu. ;) Na kolejny rok planuję pewną znaczną zmianę, poza tym, życzę sobie niezmiennie dążyć do wyznaczonych celów, śmiało marzyć, bardziej siebie słuchać, mniej negatywnych osób w otoczeniu i dużo zdrowia, dla bliskich i burków.
Czego życzę i Wam! :)