Uwaga, bo nie o mudikach!

No, bo o bieganiu. Bo nie biegam tylko agility, a biegam jeszcze te kilometry. Mijają trzy miesiące powoli. Co można zrobić w trzy miesiące? Siedem kilometrów z tempem 6:30min/km, zacząć w ten sposób plan treningowy i skutecznie się uzależnić. Wiele jeszcze chcę zmienić i sporo przede mną wyzwań, ale w końcu były głosy że na tę wiosnę nie dam rady przejść do A1, a tu A2. To co, ja nie pobiegnę 10 km?! JA?! Zacznijmy jednak od początków, bo pewnie to was zaciekawi.
Zaczęłam w połowie grudnia i były to tzw marszobiegi. Biegłam minutkę, dwie, potem marsz, minutkę, dwie, marsz, minutkę bla bla. Długo. Potem biegłam dziesięć minut, a potem szarpnęłam się na osiem kilometrów(marszobiegiem). Żeby nie było że ja taka wspaniała, zakończyło się kontuzją i dostałam "za karę" plan treningowy. Bajeczny, na 10 km w tempie 5:25min/km. Co mogę powiedzieć... Początek biegałam po 6 km, trzy w jedną, trzy w drugą, w towarzystwie czarnej (na Luca trzeba uważać, ją można zignorować i skupić się na trzymaniu tempa). Często sama, bo na bieżni opanowywałam oddech i tempo, wbrew pozorom, najtrudniej jest biec równym tempem i nie przyspieszać. Sześć kilometrów jest w sumie łatwe, jeśli bieżnia za mnie pilnowała prędkości, w terenie coś poszło nie tak. Przejrzałam zapis na endo i od razu w lot pojęłam. Żeby przebiec (przebiec, nie przebyć marszobiegiem) sześć kilometrów trzeba biec równo, spokojnie cały czas, nie przyśpieszać, nie zwalniać. Trudne, ale wykonalne. Ostatnim razem przyśpieszyłam tylko tam eee... Kilka razy. :D Co ja mogę jeszcze o moich początkach... Wszystko siedzi w głowie. Myślałam sobie, przebiegnę i przebiegałam, mimo że tysiąc razy miałam ochotę odpuścić, a kilometry za nic nie chciały mijać. Mówiłam sobie, tylko myślisz że nie dasz rady, a tak naprawdę mogłabyś wiele więcej. To i mogłam! Teraz jestem aż na drugim tygodniu planu, nienawidzę go i mam ochotę zrezygnować patrząc co mają dla mnie dalej, z drugiej strony siedem kilometrów mnie nie zabiło, przetrwałam, przebiegłam i dałam radę. Nic mnie nie boli, nie dusiłam się na ostatnim kilometrze, to chyba jest okej.
Ponadto, zainwestowałam w gwizdek. Nie da się wołać psa biegnąc, za to gwizdnąć się da, polecam, działa. Szczególnie jak twój pies jest nienormalnym mudikiem, a biegasz w lesie który dla twojego pieska jest po prostu szalenie interesujący! Od czasu do czasu na gwizdek czarne mi się pokazuje i nie muszę rozważać czy zgubiłam psa. Pocieszam się, że to tylko las, a najbliższa droga po której jeździ cokolwiek z poważniejszą prędkością oddalona jest od nas dobre dwadzieścia kilometrów. Plusy dziczy.
Podsumowując, bieganie jest ciężkie, ale jeszcze gorzej jest nie biegać. Potem za to kilkugodzinny spacerek z pieskami wydaje się sielanką. :D

2 komentarze:

  1. Ja też zaczynałam od zera, już jest coraz lepiej. Ostatnio psy wpadły mi kolano więc były trzy tygodnie przerwy ale znów wróciłam. Powoli się uzależniam, bieganie jest świetne :D chociaż czasami denerwuje mnie mój brak kondycji

    OdpowiedzUsuń
  2. No przecież co nas nie zabije to nas wzmocni, prawda? :) trzymam kciuki

    Pozdrawiam!
    Świat Niko

    OdpowiedzUsuń