Wrocław z psem: Cafe Macondo.

We Wrocławiu jest gdzie iść na spacer, pobiegać czy też zrobić trening z psem, mamy sporo parków, jest Odra i całe tereny nad ową rzeką, kluby agility, flyball, lasy i inne. Nie jednak na tym chciałabym się skupić w tej serii, a na tym gdzie można z psem iść towarzysko, na ciastko, obiad, złapać klimat i po treningu, spacerze czy bieganiu usiąść razem w jakimś miłym miejscu. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od swojej aktualnej okolicy, czyli Nadodrza. Pierwszy raz poszłam sama, zobaczyć co takiego znajdę tutaj, gdzie są jakie sklepy i czy znajdę miejsce do którego chce się wracać. Już mijałam żółty szyld kiedy na witrynie ujrzałam wielki napis. Jarmark Cudów. Nie mogłam nie wejść i pooglądać, w końcu jestem kobietą. Cudami okazały się przedmioty różne, wszystkie tworzone przez indywidualnych twórców ręcznie. Przepadłam, rzecz jasna, lecz w luźnej rozmowie z miłą panią wyszło, że mają tutaj też kawiarnię i że lubią pieski. Wspaniale. Pierwszy raz na herbatę wybrałam się sama z Kasią, Wichurą i Gaszką. Ru nie należy do amatorów wychodzenia żeby łazić po mieście, więc to był typowo kobiecy wypad. :D Osobiście uznaję, że ceny są słuszne, a poza klimatem magią tego miejsca jest fakt, że ciasta są zawsze inne i zawsze świetne. To nie wypieki które można spotkać w każdej piekarni, lecz ciasta których mimo że piec lubię, często nie znałam i nie widziałam nigdzie indziej. Kawy nie pijam, aczkolwiek herbata jest bajeczna, oczywiście niezwykła, pierwszy raz tam piłam herbatę cynamonową i marcepanową, z miodem kasztanowym. Brzmi dobrze? Doskonale!
W temacie sklepu, to świetne miejsce aby kupić oryginalny prezent. Drobiazgi są różne, od toreb przez biżuterię, pluszaki i świeczniki. Burka zostawiać nie trzeba, może się spokojnie kiziać z paniami podczas gdy właściciel podejmuje ważne, życiowe decyzje takie jak wybór prezentu dla przyjaciółki. Znajdzie się tam, jak należy sporo przedmiotów z motywem zwierzątkowym, dla psiarza czy kociarza.
Klimat jest bardzo nietypowy, może nie często bywam w kawiarniach, ale nie widziałam niczego podobnego do Macondo. Jest bardzo artystycznie, kolorowo, ale też w pewien sposób tajemniczo. Motywem przewodnim są podróże i często organizowane są także wieczory tematyczne. Na każdy miesiąc na stronie fb Macondo znaleźć można terminarz. Mi osobiście nie zdarzyło się jeszcze mieć czasu na taki wieczorek, ale może w końcu coś wybiorę.
W temacie psim, muzyka w środku jest spokojna i o odpowiedniej głośności, co zarówno nie męczy ludzi jak i czworonogów. Wszelkie sprawy jadalne są porządnie przykryte, a w razie potrzeby zostałam poinformowana że może zostać podana woda dla psów. Przestrzeni jest dosyć sporo, a krzesła niskie co sprawia że nawet z trzema psami wszyscy czuli się komfortowo.
Macondo dzieli się na sklep i  kawiarnię która ma część dolną, oraz górną. Góra jest bardzo mała, mieści stoliczek i kanapę, a prowadzą do niej magiczne błękitne schody. Wyjątkowo tam romantycznie i spokojnie, można się wygodnie rozsiąść na kanapie i mówić o czym się chce, sam na sam z drugą osobą. Łatwo się domyślić, to zwykle "loża" moja i Karola, na wspólne wyjścia na herbatę całą rodziną.
Mnie oczarowało to miejsce, nie tylko dlatego że "można z psem", ale i klimatem, swoją unikalnością, sympatyczną obsługą i niesamowitym sklepem. Za każdym razem kiedy mam gości zwykłam już ich tam wyciągać, szczególnie kiedy są psiarzami. Warto. Jak wspominałam, herbata jest cudowna, podejrzewam że kawa także, ciasta są zarówno zaskakujące jak i pyszne. Każdy szczegół, włączając w to kolory kubków i kształt talerzyków jest dopracowany i każdy życzliwie wita czworonogi, nawet kiedy łażą po lokalu bez smyczy. Układ sklepu zapobiega stłuczeniu czegoś przez burki, czy też przewróceniu krzeseł w kawiarni. To jedno z tych "moich" miejsc we Wrocławiu, tych dla których to wielkie miasto ma swoje uroki. Nie będę się więcej rozpisywać, po prostu zachęcam, poszukajcie żółtego szyldu na ulicy Pomorskiej. :) Więcej fotek tutaj.

Mudi czyli małe, rzadkie owczarki z Węgier.

Tygiel.
Od wielu wieków, państwo Węgry położone w samym sercu europy było jakby tyglem Hunów, Słowian, Germanów i Turków którzy żyli razem w tej części europy. Podczas tak zwanej wielkiej migracji pomiędzy czwartym, a szóstym wiekiem różne psy przybyły na wielką nizinę węgierską. W większości były to owczarki sprowadzone przez pasterzy którzy podróżowali ze swoimi stadami z Azji Mniejszej. Madziarzy używali owczarków już od końca dziewiątego wieku, lecz zarejestrowana hodowla i klasyfikacja zaczęła się dopiero od drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Przed tym czasem, owczarki węgierskie były dzielone na mniejsze i większe. Nie mieszano ich pomiędzy tymi wielkościami, aczkolwiek mniejsze były hodowane między sobą. Dlatego właśnie wczesna historia mudi jest mniej, więcej taka sama jak puli czy pumi.
"Ten trzeci typ owczarka węgierskiego."
Hrabia István Széchenyi (1791-1860) był założycielem węgierskiej akademii nauk, oraz towarzystwa miłośników chartów prowincji Pest, oraz jednym z pierwszych promotorów psów ras węgierskich. Innym ważnym człowiekiem w historii węgierskich psów jest dr. Emil Raitsits profesor kliniki weterynaryjnej w Budapeszcie. Dr. Raitsits podróżował po Węgrzech szukając przykładowych osobników psów ras węgierskich, skupiając się jednak bardziej na pumi i puli niż na 'tym trzecim'. Niemniej jednak mudi jest prawdopodobnie najstarszym z owczarków węgierskich, choć nie jest to potwierdzone. 'Ten trzeci' rodzaj owczarków był i jest rozpoznawalny w prawie całym państwie, jest to pewne iż ten mały owczarek był w dawnych czasach obecny na nizinach Panonii (teraz część Węgier), Jugosławii oraz Austrii. Inne informacje podają że mudi pochodzi z krzyżówek puli i pumi, a jeszcze inne iż mudi jest krzyżówką węgierskich psów pasterskich z alzackim lub niemieckim szpicem. To nieweryfikowalne, oczywiście, ale ostatnie wyjaśnienie jest kuszące, zwłaszcza biorąc pod uwagę kształt głowy i wyraz oczu.

Canis ovilis Fényesi.
Około roku 1930 niejaki dr. Deszö Fényesi dyrektor muzeum w Balassagyarmat, został jednym z pierwszych hodowców który zdecydował się na oddzielną hodowlę tego małego owczarka. To on właśnie nazwał 'ten trzeci rodzaj' mianem mudi. Dlaczego? Nie wiadomo, nazwa rasy w łacinie brzmi Canis ovilis Fényesi (ad. tłumacza: inne źródła podają że mudi było imieniem jednego z najlepszych pierwszych psów tej rasy). Nowy wzorzec rasy został napisany przez dr. Zoltana Balassy w roku 1966 do podania o uznanie rasy przez FCI. Był on napisany w oparciu na tylko kilku osobnikach i między pierwszym wzorcem, a oryginałem istniały znaczne różnice przede wszystkim w akceptowanych kolorach i wielkościach. FCI zatwierdziło wzorzec w 1966 roku, lecz niewiele osób było zaangażowanych w hodowlę i pozostaje tak do dnia dzisiejszego. Nowy wzorzec napisany został w 2000 roku, aktualny został zatwierdzony w roku 2004. Tak jak to było osiemdziesiąt lat temu, wciąż są różne typy mudi. Tworzą różnorodną rasę psów przypominających szpica swoją głową i owczarka chorwackiego ciałem. Mudi to psy pasterskie, nawet bardziej niż pumi czy puli, większość z nich żyje na węgierskich farmach, mioty często nie są rejestrowane (ad. tłumacza: jest tak aż do dzisiejszego dnia). Mudi są wielofunkcyjne, pasają stada, pilnują obejścia i są świetnymi eksterminatorami małych szkodników. Są ekspertami w pasieniu trudnych zwierząt takich jak krowy i dowiodły że są również doskonałymi psami tropiącymi. Dla tej młodej rasy błogosławieństwem jest brak podziału na linie show i working. Od lat siedemdziesiątych, niewiele mudi było eksportowanych, zwykle do Szwecji i Finlandii, istnieje około siedemdziesiąt mudi w Holandii. Ich liczba na świecie to około dwa tysiące.

Mały szpic z kręconym futrem.
Różnice między pumi, puli i mudi są stosunkowo niewielkie, ale bardzo znaczące. Przede wszystkim, oczy mudi są w kształcie migdałów, lekko skośne, kiedy u pumi i puli są okrągłe. Uszy są zawsze stojące, jak u szpiców. Sierść nie jest jak u puli, lecz krótka lub półdługa, zawsze falowana bądź kręcona. Czasami mudi rodzą się bez ogona lub z krótkim ogonem, nie jest to wadą. Ogólnie, mudi robią wrażenie małych, lokowanych szpiców. Nie są tak hałaśliwe jak pumi co sprawia że są doceniane jako towarzysze w domu. Mimo to mudi to nie pies dla początkujących, potrzebuje twardej ręki i dużo zajęć, szczególnie jeśli nie ma konkretnej pracy do wykonania. W Szwecji i Finlandii mudi używane są jako psy ratownicze, tropiące, pasące oraz do agility. Na Węgrzech psy te są zrzeszone przez węgierski klub mudi, puli i pumi, oraz drugi którego nazwa pochodzi od twórcy nowoczesnej rasy, klub mudi imienia Dezsö Fényes'a. Dziś istnieją różne kluby poza krajem pochodzenia rasy, na przykład w Czechach, Szwecji czy Kanadzie. Klub mudi z Ameryki powstał w 2004 roku i "dąży do promowania, ochrony i zachowania mudi jako zdrowego, wszechstronnego psa pracującego, pełnego temperamentu w prawidłowym typie, edukując właścicieli i hodowców by odpowiedzialnie prowadzili swoje psy".

Tłumaczenie Krystyna Tokaruk, autor oryginału: Ria Horter. Ilustracje: Timar-Geng Katalin, Zsofi Balazs, Krystyna Tokaruk.

Agility, niby-obi i sztuczki...

Taki ładny filmik z agility z Gaszką, niby obedience Ru i odrobiną sztuczek i głupot udało mi się dziś sklecić korzystając z oczekiwania na wieczór żeby upały zelżały. Czarne jak widać biega niesamowicie i ma zbieganą palisadę, Ru jest słodki, głupi i nawet czai jakiś niby heeling. Ogólnie, zapraszamy do oglądania. :D

Panna perfekcyjna i wieczny szczeniak. Doskonały duet?

Jak to jest mieć dwa mudiki? Już z jednym moim zdaniem życie to wyzwanie. Codzienne wychodzenie na spacer nawet jak się nie chce, regularne treningi, oczy dookoła głowy i pamiętanie co jak korygujemy i nagradzamy. Konsekwencja musi być utrzymana. Do tego wyciszanie, pobudzanie, balansowanie i zwykłe wybiegiwanie szczekacza. Co więc jak mamy dwa mudiki? Ru był tym drugim, do tego nie miał zbyt łatwych początków i wyrósł mi na trochę szalonego pieska, którego długo musiałam uczyć spokoju. Mimo to, teraz nawet w wielkim Wrocławiu ja i mudiki żyjemy sobie, po pewnych walkach z nawykami, spokojnie i dobrze.
Przede wszystkim dwa mudi wymagają o wiele więcej wysiłku, czasu i uwagi. Do każdego z moich psów podchodzę indywidualnie, aczkolwiek mudi jak to mudi, potrzebuje ruchu i konsekwencji. Trzeba było jeszcze nauczyć Ru czekać kiedy biegam agility z Gaś, a ją być spokojną i grzeczną nawet bez smyczki kiedy spacerujemy wszyscy razem. Udało się, przeszło, da się. Dużo zrobiło też bieganie, nie wymagające, acz męczące mózg czekoladowego. Co dla panny doskonałej nudne, to dla mojego wiecznego szczeniaka super ciekawe i fajne. Hmm...
Od jakiegoś czasu, po pokonaniu trudności i wyrobieniu ważnych nawyków, zwykłam mówić że moje psy to duet doskonały. Każde lepsze w czymś innym, dopełniają się świetnie i teraz każdy trening i spacer to przyjemność. Nie spodziewałam się szczerze mówiąc że da się bez stresu, ale się da. Z pomocą Karola i mojej pani trener Zosi, udało mi się również Ru przestosować na pieska miastowego. Ru jest wiecznym szczeniakiem, nie tylko dlatego że jest ujmująco uroczy. Jest też przygłupi, niezdarny i nieco nieobliczalny.
Generalnie sporo trzeba myśleć za niego, zapobiegać konfliktom i opanowywać czekoladowy mózg. (Albo jego brak.) Nie bardzo mogę być pewna tego, co sobie wymyśli dlatego na terenach nieogrodzonych raczej luzem nie biega. Za to jest moim liderem "zaprzęgu" podczas biegania i radarem oznajmiającym mi 'piesek blisko' albo 'ten pan coś za blisko idzie' kiedy biegam, więc mogę się ogłuszać muzyką. Przy czym na lince spaceruje spokojnie ignorując cały świat i biega również ignorując wszystko. Przestał być konfliktowy i czasami tylko wdaje się w niby bójki, z których wszyscy wychodzą cało bo... za bardzo się tchórzymy żeby naprawdę ugryźć. :P
A Gaszka? Jak to ona, panna doskonała. Miała swoje chwile słabości w temacie pasienia ludzi, ale udało nam się to skorygować i teraz mimo obecności Ru jest nadal aniołkiem. Jest świetna we wszystkim co robi, tylko podczas biegania kłusuje sobie we własnym świecie, ewidentnie znudzona. Można jej ufać w każdej sytuacji, całą sobą pragnie głównie mnie uszczęśliwić i nie daje się wciągać ani w bójki, ani w pyskówki. Nieskromnie powiem że to mudik marzenie, każdemu takiego pieska życzę. :D
Podsumowując, moje pieski są bardzo różne. Ru to głupi szczeniaczek, który rozbraja mnie swoim urokiem, ale i trzeba go pilnować. Gaszka to panienka zawsze grzeczna, świetna we wszystkim co robi i taki mój "pewnik". Zawsze mogę na nią liczyć. Razem są niepowtarzalną i przeuroczą parą, każde z nich to inna część mnie samej i nie wyobrażam sobie życia bez któregokolwiek z nich.

ZeroDC szelki Short. - Test i recenzja.

Otrzymaliśmy od ZeroDC do testów szelki typu short do biegania oraz aktywności rekreacyjnej. Z tego prostego powodu, że to Ru bardziej "męczy" sprzęt niż czarne, a w dodatku szelki trafiły się zielone to zostały uznane za jego nowy sprzęt. Wyglądał dość śmiesznie w skracanych specjalnie szorkach z sali.pl więc miałam nadzieję że short będą odpowiednie. Pierwsze wrażenie po założeniu szelek na psa... Są piękne! Nie widziałam tak pięknych szelek wcześniej, serio, kolor jest soczysty, układają się bez zagięć, podkreślając sylwetkę psa. Marzenie!
Wykonanie jest bardzo porządne, wszystko zszyte jak należy z dobrze umieszczonymi klamrami i łatwo zakładane. Szorki zdejmowało się z Ru dosyć kłopotliwie, za to w szelkach short to kwestia odpięcia dwóch zatrzasków, pies już sam tylko wysuwa głowę i po kłopocie. Bardzo wygodne, mniej wygodna jest regulacja tylnej obręczy za pomocą regulatorów przy klamrach. Zajmuje to chwilkę, za to szelki nie mają zwyczaju się luzować nawet przy długim i intensywnym użytkowaniu, co mi rekompensuje całkowicie kłopotliwą regulację. Podejrzewam że gdyby była prostsza, tylna obręcz łatwiej by się luzowała jak np w szelkach tour Gaszki.
Szelki są wyposażone w odblaskowe elementy, póki co się nie starły i mam nadzieję że tak pozostanie do aktualizacji recenzji za pół roku i drugiej za rok. ;) Bardzo mi zależy na bezpieczeństwie psa i miałam już sporo akcesoriów odblaskowych, niestety część odblasków się zdzierała lub wycierała. Wstępnie wygląda na to że nie tak łatwo w szelkach ZeroDC je wytrzeć, pies tarzał się w trawie, pływał i biegał przez porządne krzaki bez usterek dla odblasków jak i całych szelek.
Co znowu dla mnie bardzo ważne, szelki nie przemieszczają się i nie przekręcają, jednocześnie nie krępując ruchów psa czy to w biegu, czy w marszu. Bez smyczy również pozostają na swoim miejscu co czyni je super szelkami zarówno do biegania z psem, jak i do codziennych spacerów. Łatwo można manewrować psem w nich nawet w tłocznym mieście, co dla mnie jest ważne ze względu na fakt że co dwa psy, to nie jeden... kłopot. :D
Schną stosunkowo szybko, brud jakoś się ich nie trzyma mimo usilnych prób Mru żeby je wybrudzić. Jeszcze nie wymagały prania, po wyschnięciu wytrzepuję je i same wracają do swojego ładnego, soczystego koloru. Zwykłe szelki z taśmy takich przyjemnych właściwości nie mają. Żeby dokładniej sprawdzić ich wytrzymałość, jednak raz je wyprałam. Bez uszczerbku dla szelek, koloru czy trwałości.
Jak już pisałam, świetnie się układają podkreślając ładną psią sylwetkę niezależnie od tego, czy pies ciągnie czy nie. Dla mnie kolejny duży plus, bo mudiki nie zawsze biegając ciągną, a szelki nie plączą się i nie przeszkadzają nawet jeśli pies nie ciągnie. Dlatego też nadają się nawet na spacery bez smyczy.
Jak dla mnie, szelki idealne, można ich używać na spacery i bieganie, nie muszę już zabierać specjalnych szelek osobno na biegi i do innych aktywności. Są trwałe, śliczne i funkcjonalne, mogę więc z spokojnym sercem polecić je każdemu, nie tylko biegaczom. :)


PODSUMOWANIE:
  • Bardzo wysoka jakość materiałów jak i wykonania.
  • Są piękne! (Bardzo, bardzo.)
  • Świetnie dopasowują się do sylwetki psa niezależnie od rodzaju aktywności.
  • Odporne na brud, wilgoć, krzaki i inne. (Błoto i piach odpadają po wyschnięciu.)
  • Doskonale nadają się zarówno do biegania, jak i codziennych spacerów.
  • Nie przemieszczają się, nie luzują etc.
  • Nie krępują ruchu psa.
  • Proste zakładanie i zdejmowanie.
  • Przystępna cena. (od 99zł do 119zł na ZeroDC)
Nasze szelki aktualnie mają już za sobą dobrze ponad 40km biegania i jeszcze drugie tyle spacerków, następne aktualizacje recenzji pojawią się za pół roku i rok w temacie ich trwałości. Tymczasem dla naszych czytelników mały bonus od ZeroDC. Na kod wartowniki dostaniecie 10% rabatu na cały asortyment w sklepie zerodc.pl, polecam i biegnijcie wykorzystać, bo warto!
Na koniec filmik jak my sobie biegamy używając szeleczek z zerodc. :D

AKTUALIZACJA 01.02.2016r :
Szelki mają na koncie już około siedmiuset kilometrów wybieganych, wciąż wyglądają jak nowe, odblaski błyszczą, kolor jest jaskrawy i wszystko gra. :)

Leniwe psiastka z masłem orzechowym.

Znalazłam w lodówce jeszcze nie otwarte, aczkolwiek dawno kupione masło orzechowe które ktoś kiedyś nabył. Sprawdziłam datę, jeszcze w porządku i wklepałam w pinteresta "peanut butter dog cookies". Nikt z naszej ludzkiej części rodziny masła jeść nie chciał, za to mudiki jak najbardziej. Przeglądałam przepisy szukając takiego, który będzie i prosty i bezpieczny dla Lucjanowego żołądka. Odpadły te z mlekiem, proszkiem do pieczenia i innymi udziwnieniami, po czym przypomniałam sobie że ej, ale czy masło orzechowe samo w sobie będzie okej?

"Orzeszki ziemne są bogate w białko, zawierają zdrowe tłuszcze, witaminy E i H, które pomagają w utrzymaniu psiej sierści lśniącej i zdrowej. Masło orzechowe ma dużo kalorii więc należy podawać je psu z umiarem. Dla małego psa 1 łyżeczka masła orzechowego w zupełności wystarczy. Duży pies powinien zadowolić się 1 łyżką masła dziennie. Nie ma też potrzeby podawania go codziennie np. co drugi dzień w zupełności wystarczy."  źródło
  • Dwie i pół szklanki mąki. (Jakiejkolwiek.)
  • Pół szklanki otrąb tudzież siemienia lnianego, ja dodałam trochę obu.
  • Jajko. (Zamiennie można dodać trzy łyżki oleju.)
  • 3/4 szklanki masła orzechowego.
  • 3/4 szklanki wody.
W porządku, w takim razie przepis. Oczywiście nie obyło się bez mojej modyfikacji, podaję więc ostatecznie autorski. Prosty, szybki i wygodny. :) Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni Celsjusza. Wszystkie składniki zagniatamy, masa powinna się nie kleić i być bardzo zwarta. Można rozwałkowywać ją nawet bez posypywania powierzchni mąką. Jajko można zastąpić olejem roślinnym, w temacie dodatków wszelkie algi itp.
Wałkujemy na szerokość około pół cm, wycinamy w co się komu podoba i pieczemy 20 minut. Masa jak widać nie musi mieć bardzo jednolitego koloru, mi się nie chciało dłużej zagniatać, a i tak wszystko jest jak należy. Pamiętamy żeby wybierać masło orzechowe bez dodatków chemicznych, soli i cukru.
Ostatecznie wygląda to tak, zawartość masła orzechowego stosunkowo nie jest duża, także myślę że można podawać bez obaw na spacerkach. Lucjanowi nie zaszkodziło, wszystkim czworonogom życzę smacznego. :D

O bieganiu znów.

Pół roku biegania mi pyknęło jakoś koło 18 czerwca. Co można zrobić przez pół roku?
Najdłuższy dystans: 15 km ciągłym biegiem, czas 96 min.
Rekordy czasowe: 10 km w 61 minut, 5 km w 28 min.
Ponad 100 km przebiegniętych każdego miesiąca, w warunkach przez las, na bieżni, przez park, deszcz, upały, wiatr prosto w twarz i na początku nawet w śniegu i po lodzie. (Do tego doszczętnie znienawidziłam endomondo.)


Co ja mogę powiedzieć po tym czasie... Jedyne czego żałuję, to to, że nie zaczęłam wcześniej, a gdybym mogła uściskałabym tamtą siebie z grudnia, za to że wyszła pierwszy raz pokojotować wokół jeziora. Polecam każdemu, wystarczy się pozmuszać, a można i z pieskami. Mudiki mnie uwielbiają za te kilometry w łapach, wcale nie trzeba mieć supersprzętu. Ja obwiązuję się smyczą, podpinam pieski na dwójnik z amortyzatorem do tejże smyczy, tylko szelki mamy porządne (Lucjan szorki, z racji faktu że to on jest 'liderem', Gaś tour ze względu że ona nie lubi ciągać).

W temacie co powinno być porządne, poza szelkami mówię głośno, buty. Ja osobiście odczułam niesamowitą różnicę, gdy dzięki mamie ostatnio zmieniłam kalenji na asics. Na początek jednak, wystarczy cokolwiek aż do czasu kiedy 5 km będziemy w stanie przebiec bez zatrzymywania się. Apeluję także, na początek spróbować bieżni. Bieżnia ma automatyczne ustawienia tempa biegu, co wspaniale uczy równo oddychać jeżeli nie mamy trenera. Ja nie miałam, miałam za to karnet na siłownię, też podziałało.

Bieżnia też wspaniale asekuruje i uczy rytmu, w prawdzie potem w terenie bieganie wydaje się rzeźnią, ale ja zwyczajnie wychodziłam w teren i koniec, kropka. Nie ma wymówek, nie ma że się nie chce. Odkryłam za to ciekawą zasadę... Im bardziej się nie chce wyjść, tym lepszy bieg. :D Na początek nie wstydzimy się kojotowania (czyli marszobiegu), od czegoś trzeba zacząć. Każdy biegacz zaczynał marszobiegiem! Skoro już się wymądrzam, to też powiem, nie za szybko. Zaczęłam od truchtania 8km/h i podnosiłam prędkość aż do teraźniejszego 9-10 km/h w terenie w różnych warunkach. Staramy się pobiec byle dłużej, ale nie na siłę.

Psy komend na kierunki nauczyły mi się same, z czasem. Nic specjalnego nie robiłam, tak samo jak nie uczyłam ich specjalnie dopasowywać się do mojego tempa. Używałam jedynie komendy naprzód, którą mudiki znają z agility i spacerów. Generalnie, wystarczy wyjść i biec, wychodzić tak dzielnie od trzech do czterech razy w tygodniu, pobiegać. Może nie od razu dyszkę, ale tyle ile dacie radę. Naprawdę, warto, sześć miesięcy od dzisiaj, możesz być w stanie ze swoim psem przebiec 15 km w przyzwoitym czasie i z uśmiechem. :D

Małe czarne w Karkonoszach.

Ten wpis sponsoruje instagram, ponieważ zapomniałam na tą naszą wyprawę zabrać aparatu, więc wszystko uwieczniałam telefonem. Też się udało, a że nieco żałowałam, obiecałam sobie że kiedyś, kiedyś gdy powiększy nam się skład, wrócimy raz jeszcze do Karpacza.


Zdobycie Śnieżki ma dosyć zabawną historię. Pierwszego dnia planowaliśmy tylko przejść się zobaczyć Budniki, ale najpierw zainteresowała nas Ponura Kaskada, którą weszliśmy na Skalny Stół (1281 mnpm.), troszkę nas to zdziwiło bo tylko planowaliśmy zboczyć na tę jakąś kaskadę i wrócić na Budniki... Ale co tam! Było już zdaniem Karola blisko Śnieżki, nam szło się dobrze, więc czemu nie iść dalej? Ruszyliśmy więc na Sowią Przełęcz (1164 mnpm.) i dalej.


Widoki były warte każdego kroku, szlaki moim zdaniem łatwe i przyjemne dla psa. Planuję kiedyś, kiedyś zabrać tam małego mudika bo w porównaniu do Małej Fatry droga była prosta i przyjemna. Czarne maszerowała w zwykłych szelkach na smyczce, ani razu nie potrzebowałam jej pomagać ani brać do plecaka.


Wejście na Śnieżkę (1602 mnpm.) było męczące, ale również niezbyt wymagające. Do każdego budynku można było wejść z psem bez problemu, ale naszym celem był Dom Śląski gdzie chcieliśmy zatrzymać się na obiad. Tutaj również nie było problemu z psem, czarne padła pod stołem, a my spokojnie zjedliśmy. Na przyszłość dowiedzieliśmy się że można w schroniskach nocować spokojnie z czworonogiem. Kusząca propozycja w perspektywie wędrówki od schroniska do schroniska.


Mieliśmy już wracać, ale trochę pobłądziliśmy czego ani ani odrobinkę nie żałuję! Widoki były oszałamiające, wzdychałam co krok i bardzo żałowałam, że nie mogę tam zostać. Czarne taplała się radośnie w wodzie i tylko moje ostrzeżenia powstrzymywały ją od pogoni nad żabami, których było mnóstwo.


W ten sposób dotarliśmy... gdzieś na pewno, zawróciliśmy więc i udało nam się odnaleźć Spaloną Strażnicę (1430 mnpm.) skąd ruszyliśmy do "Samotni" i dalej w dół, do Polany. Po drodze widzieliśmy Mały Kocioł, górskie jezioro które koniecznie chciał mi pokazać Karol. Nie powiem, było warte zobaczenia.


Karkonosze o tej porze roku są oszałamiająco piękne, temperatura na szczytach jest przyjemna (przynajmniej dla mnie, lubię okolice pięciu stopni Celsjusza) ale wciąż tu i ówdzie zalegają plamy śniegu, co dodaje górom uroku. Karkonoski park narodowy zezwala na wprowadzanie psów na smyczy, a szlaki nie są wybitnie ciężkie dlatego każdemu posiadaczowi czworonoga polecam wyprawę w te góry. Czarne od czasu do czasu pomykała luzem, ale nie pozwalałam jej się oddalać i większość drogi wolałam mieć ją jednak na smyczy.


Dalszą część naszego pobytu zajęła między innymi wizyta w miasteczku westernowym, które pamiętałam z wycieczki z dzieciństwa. Przez dziesięć lat nic się nie zmieniło, co bardzo mnie ucieszyło, a owo miejsce oczarowało mnie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Ponadto, to świetna okazja na socjalizację psa, wokół dużo hałasu, strzałów, zwierząt i obcych ludzi, dlatego też chcę tam się wybrać jak będę już miała młodszego czworonoga. Nie, żeby to miało być wcześnie, pewnie za jakieś trzy lata... :D
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Krystyna Debora Tokaruk (@wartownikwiatru)


Karpacz poza górami oferuje również kilka ślicznych jezior, w których Gaszka mogła popływać. Ponadto, do każdego sklepu z pamiątkami wchodziłam z nią bez problemu. To bardzo komfortowe jeśli się nie lubi zostawiać psa samego w obcym miejscu, a ja tego właśnie raczej nie lubię. Mieszkaliśmy w pensjonacie na ulicy Jana Matejki numer 30, nazwy nie posiada, dlatego też wskazuję lokalizację. Właściciel bardzo miły, miejsce blisko gór i moim zdaniem wcale ładne, także też polecam.


Na dzień przed wyjazdem wybraliśmy się do Budnik. Budniki to zapomniana i nieistniejąca już wioska górska, pozostały po niej fundamenty domów i potok. Miejsce miało cudowny klimat, szczególnie że każde miejsce w którym stał dom wyposażone jest w dokładny opis, oraz zdjęcie domu za czasów gdy Budniki istniały. Gaszka szalała w tamtejszym strumieniu o wdzięcznej nazwie Malina, podczas gdy my poznawaliśmy historię zapomnianej wioski...

Lucjan też ma sukcesy.

Lucuś nie jest pieskiem sportowym i za swoje sukcesy nie dostaje medali, ale daję słowo, zajmuje zawsze pierwsze lokaty! Już tłumaczę. :D Ru z powodu problemów z sercem jest nerwowym psem, jak to mudi wszystko go ekscytuje, a w jego wypadku często ekscytacja skutkowała bólem i gorszym samopoczuciem. To prowadziło do pewnych problematycznych nawyków typu pasanie ludzi, obszczekiwanie ich lub też strach przed niektórymi osobnikami. Czekoladowy także bardzo bał się wody, nawet jeśli pływanie działa na jego serce w lecie cudownie, bo może się zmęczyć bez przegrzewania.
Długo pracowałam nad jego samokontrolą, został mistrzem chodzenia na kontakcie, siadwarujwstań, doskonałych przywołań i pięknych zostań. Gdyby nie fakt, że nie chcę go narażać na stresy pewnie chętnie pojechałabym z nim na zawody. Do tego doszły trudne ćwiczenia typu ulubione smaczki na otwartej dłoni, które zabrać można tylko na komendę zwalniającą. Zostawanie, kiedy ja bawię się z czarną ukochaną piłką, albo uciekam z szarpaczkiem. Wszystko to, żeby Ru nauczył się panować nad swoimi emocjami.
Dużą rolę odegrała także moja mama, która z natury jest spokojniejsza niż ja. To ona ignorowała schizy Ru, zabierała go na długie spacery sam na sam i bawiła się piłeczką. Była jego lepszym przewodnikiem, tym od którego nie odbierał nerwowych sygnałów, tym który się nie spinał. To dzięki niej przestał buczeć na ludzi na chodnikach i przestał się bać mijać ich w ciasnych przejściach. To był jeden z pierwszych kroków, można było bez szczekania, strachu i nerwów iść z Lu chodnikiem.
Potem zaczęło się udawać odwoływać Ru zanim zareagował na człowieka. Wołałam, nagradzałam masą czułości i żarciem i piesek zapominał że jakiś człowiek tam jest, a ja zapinałam go na smycz i spokojnie przechodziliśmy obok. To było opanowane, potem pozwalałam czarnej mijać człowieka luzem, a Ru był wołany i zapinany. Dzięki temu już nie bałam się o czekoladowego na wspólnych spacerach, on się wcale już nie stresował i cały spacer był dla nas czystą przyjemnością. Szczególnie, że przez to tłuczenie obi czekoladowy ma lepsze przywołanie czasami od czarnej. ;) Dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy Lu minął człowieka w towarzystwie moim i czarnej biegając luzem. To nie byle jak, bo najpierw wyminął jednego z wielu nad jeziorem rybaków, a potem nie wystraszył się człowieka który nagle wyszedł z alejki obok i szedł centralnie na nas. Jestem najdumniejsza na świecie. W tamtym roku za to pokonał lęki przed wodą i w tym roku pływa jak wydra. Upały więc znosi świetnie i jest najszczęśliwszym, najgrzeczniejszym pieseczkiem i jesteśmy z nim wszyscy bardzo szczęśliwi. Wszystko da się jednak przepracować, trzeba tylko spokojnie i cierpliwie dążyć do celu.

Muzyka dla psa?

To będzie dosyć dziwny ale chyba ciekawy post. Tracąc życie na pintereście natknęłam się kiedyś na "muzykę relaksującą dla psów". Mając w domu moją mieszankę jednorożca z mudikiem i haszczakiem, dałam się skusić i zapisałam stronkę do wypróbowania w jakiejś trudnej dla Ru sytuacji. Szczerze raczej traktowałam to jak zabawę niż serio sądziłam że coś da. 
Nadszedł odpowiedni dzień, Ru wyjątkowo bardzo nienawidzi płaczu dziecka sąsiadów. Dziecko jak dziecko, płacze i nie mam co na to poradzić. Czekoladowy się denerwuje, ja sięgam po pomoce typu: zajmowanie uwagi (mało skuteczne o drugiej w nocy kiedy masz ochotę spać), napary lawendowe (średnio skuteczne) i w ostateczności leki uspokajające. Generalnie nie jestem skłonna do podawania Luckowi leków nawet jeśli się stresuje, za to czasami trzeba było. O pierwszej w nocy czekoladowy poderwał się z buczeniem, a ja uznałam że zobaczymy tą relaksującą muzykę. Mi w spaniu mało co przeszkadza, odpaliłam więc playlistę i obserwowałam.
Głównie posiłkowałam się o tą stroną. Patrzyłam jak mój pies o dziwo powoli przestaje łazić i buczeć, aż wreszcie układa się na posłaniu i zasypia. Chwilę potem ja sama spałam spokojnie aż do rana, a Luc nie zareagował na płacz ani razu. Na Ru się sprawdza, tak, świetnie bo nie lubię karmić go lekami w stresujących sytuacjach, aczkolwiek mam jeszcze drugiego pieseczka.
Pieseczka który niewybiegany demoluje klatkę w mieszkaniu mojego chłopaka. Już i tak byłam zadowolona że robi to cicho, kiedyś jeszcze darła mordę. Rozumiem, że mudi pies pracujący, że spacer i tak dalej, lecz nie zawsze mogę zabrać psa przed wyjściem na dwie godziny spaceru. Ale ona jest przecież moją drugą połową teamu, no eeej! Jak ja mogę ją zostawiać całkiem samą?! Starałam się zawsze zdążać na spacerek i najlepiej jeszcze trening, są jednak dni kiedy czas akurat będę miała jak wrócę. Wpakowałam psa do klatki, zakryłam klatkę kocykiem, odpaliłam playlistę i pojechaliśmy z Karolem na zakupy. Nie powiem, żebym nie była zaskoczona. Zwykle czarne rozpoczyna demolkę od przewrócenia miski z wodą, następnie usiłuje wciągnąć kocyk do klatki pomiędzy prętami. Tworzy w ten sposób malownicze dziury pomijając już fakt że wszystko jest mokre... Po powrocie pierwsze co zwróciło moją uwagę, to fakt że kocyk pozostał nietknięty. Po chwili przypomniałam sobie że nie zabrałam miski z wodą z klatki. Wyłączyłam muzykę i zajrzałam do środka. Sucho. Czysto. Pies cieszy się że przyjechałam, bez zbędnych histerii. Sama radość, teraz mogę zostawiać wariatkę poza domem bez zasuwania specjalnie na spacer zawsze kiedy mam ochotę gdzieś wyjść bez psa. :) Ciekawostka, w domu ta paskuda zostaje sama i po kilka godzin bez problemu. Pewnie brak jej towarzystwa Ru. Podsumowując, na moje psy muzyka relaksacyjna działa jak powinna i chętnie jej używam. Myślę że głośnym mudikom jest trochę lepiej kiedy coś słyszą, jak inne pieski, tego nie wiem.

Dlaczego nie chcesz mieć mudika...

Wylazło tych postów dlaczego nie chcesz aussie, bc, yorka, tego, tamtego... Tyle że moim zdaniem wszystko to kochane i fajne pieski w zestawieniu z węgierskimi diabłami. Mudi robią się niestety powoli popularne, bo fajnie biegają agility, wyglądają super na obi, oczywiście, są cudowne do pracy. W życiu codziennym jednak wygląda to nieco gorzej.
1. Mudi szczekają. Mnóstwo, zawsze i niemalże bez przerwy. Szczekają bo coś chcą, bo czegoś nie chcą, bo się cieszą i bo są złe. Właściwie nie przestają szczekać. Ktoś kto nas zna może powiedzieć że tak, ale przecież czarne tak ślicznie cichutko czeka przy płocie na treningach. Czeka, za to na torze kłapie mordą jak opętana, ponadto sporo pracy włożyłam w to żeby zamknęła japę jak czeka na swoją kolej, a i tak nie zawsze potrafi wytrzymać. Stróżują w każdą porę dnia i nocy i nawet ptaszek nie przefrunie obok naszego okna nie zauważony i nie zapowiedziany odpowiednim darciem mordy. Na spacerach każde ciągle coś obszczekuje albo ogólnie wyśpiewuje peany pt. "ochjakcudowniespacerrowerbiegankotaktaktak"... Mi to nie przeszkadza, lecz jeśli nie lubisz szczekania, to zaufaj mi, mudików też nie lubisz. :D
2. Mudi pasą. Wszystko. Dosłownie, wszystko, jedne pasą inne psy, drugie dzieci, trzecie ludzi, inne jeszcze wszystko co w jakikolwiek sposób przypomina owcę. (Pasą też szczekając.) Pasą nawet siebie wzajemnie! Lu nadal twierdzi że każdy człowiek/inny pies to owca, czarne odwołuje się bez problemu co nie zmienia faktu że gdyby nie mój pełen furii, niezbyt cenzuralny ryk to chętnie przyprowadziłaby mi każdą napotkaną istotę żywą. Co gorsza, Gaszka jest na tyle szybka żeby taką dla przykładu sarnę czasami dać radę zawrócić. Wyobrażasz sobie, czytelniku, twojego kochanego pieska naganiającego centralnie na ciebie gigantyczną łanię? Kiedyś biegając z psami po lesie wywaliłam się o szaraka, którego moje pociechy wgoniły mi prosto pod nogi. Sama przyjemność. Nie mówię, że nie da się tego oduczyć, weźmy pod uwagę że Gaszka jest odwoływalna i już nie klasyfikuje ludzi, innych psów oraz koni jako owieczki, co nie zmienia faktu że żeby tego dokonać nauczyłam się zdejmować buta i miotać nim w niecałe dwie sekundy. Nic innego niestety nie działało, w końcu mudi to psy pracujące, miały pasać wielkie węgierskie szare krowy! Co im tam, wrzaski...
3. Mudi ma tylko dwa stany: gotów do podboju świata oraz padam ze zmęczenia. Potrzebują mnóstwo ruchu, minimum godzinę dziennie spaceru luzem niezależnie od pogody (albo więcej jeśli ma się czas, ja poświęcam tyle czasu na spacery, ile tylko mogę). Jest ciepło, to wychodzimy wcześnie/bardzo późno ze względu na serce Ru, jest lodowato zimno też wychodzimy, pada deszcz, wali gradem... Nieważne. Pieski muszą wyjść. Co jeśli nie? Po dwóch dniach bez spacerku czarne wyszarpała w moim łóżku dziurę na tyle dużą, żeby tam wleźć i borować dalej, Ru urządzał rajdy na trasie parapet - legowisko demolując wszystko po drodze, pomijając już fakt jak obdrapane były drzwi. Na szczęście ja zawsze mam czas na spacer, a jeśli jestem chora to wychodzi albo Karol, albo moja mama. Są plusy, wybiegane mudiki są aniołkami i całe dnie drzemią bez ruchu na posłanku. :)
4. Mudi są brudne. Patrz punkt wyżej, skoro potrzebują ruchu, to rzecz jasna że są wiecznie albo ubłocone, albo mokre, albo znowu mają w futrze gałązki/piach/liście, w dodatku cudowne loczki łapią szaleńczą ilość brudu. Mudiki kochają spanie z właścicielem i zawsze cały ten syf wnoszą na sobie do łóżka. Sama przyjemność. :) Nie muszę chyba wspominać o kłakach wszędzie..?
5. Mudi nie lubią innych psów i ludzi. Jakkolwiek z ludźmi jako tako to jest, moje to nawet czasami lubią dać się pogłaskać jak mają humor, to z psami zawsze jest tak samo. Zwykłam mawiać, że moje psy mają pewną "strefę osobistą" i po naruszeniu strefy wcale nie stronią od pokazania zębami że nie życzą sobie kontaktów. Nie są konfliktowe same w sobie, co nie zmienia faktu że nie bawią się z obcymi psami, nie pozwalają się dotykać i w ogóle dla nich inne psy mogłyby nie istnieć. Czasami jak jednak raz na jakiś dłuższy czas mudiki mają humor na zabawę to niewiele psów rozumie ich zachęty. Jak się łatwo domyślić, zachęcają szczekaniem.
6. Mudi muszą pracować. Zdarzają się takie ewenementy umysłowe jak Lucjan, mój mix jednorożca z mudikiem i haszczakiem, aczkolwiek większość mudików potrzebuje wyzwań. Zostały wyhodowane po to, żeby być prawą ręką swojego pana, psem do niemal wszystkiego i najszczęśliwsze są pracując. Oczywiście, w pracy są cudowne, czarne jest gotowa spełnić każde może życzenie i to dając z siebie nawet ponad sto procent możliwości. :) Jeśli nie dasz im zadań, same je sobie znajdą. Mogą zawsze bronić cię przed całym światem, przyprowadzić każdą żywą istotę (na pewno należy do pańci i się zgubiła...), zmienić wystrój wnętrz lub pilnować każdego twojego przedmiotu przed domownikami. Wszystko zależy co im akurat wpadnie do łebka.
Kocham małe czarne mimo że pasie, mimo że się drze i wymaga ode mnie codziennego spaceru i kilku treningów w tygodniu. Jest wszystkim tym, czego oczekiwałam od psa, wymagająca i gotowa na każde zadanie. Idealna druga połowa teamu, uważna, dokładna, szybka, pełna entuzjazmu i zrównoważona. Nauczyłam się w porę ją odwoływać, mieć oczy dookoła głowy i przypominać żeby zachowywała się jak należy. Rozczula mnie mój mały głupiutki Ru chociaż pasie wszystko, potrafi boleśnie uderzyć mnie tym pustym łebkiem i łatwo daje się wciągnąć w pyskówki i bójki (na szczęście jest na tyle tchórzliwy że zawsze bójki są na niby :D), za to z pełnią zaangażowania ciągnie mnie jak prawdziwy lider zaprzęgu gdy biegamy i całym sobą okazuje mi swój zachwyt gdy podpinam go do roweru. Jest najsłodszym pieskiem świata ze swoimi umizgami i dyskusjami. Tak, moje diabły dosyć łatwo doprowadzały mnie do szału. Kiedyś. Teraz się przyzwyczaiłam i ich szaleństwa traktuję z dystansem, nauczyłam się zapobiegać sytuacjom których sobie nie życzę. Panuję nad swoimi mudikami i jestem szczęśliwa żyjąc z nimi, co nie zmienia faktu że sądzę, że nie każdy poradziłby sobie z wychowaniem takiego potworka. Są krnąbrne, złośliwe, szalone, pełne energii, wymagają czasu, cierpliwości i konsekwentnego prowadzenia, czasami nawet ciężkiej ręki. Popełniłam wiele błędów które musiałam długo naprawiać, ale nie zmieniłabym swojej decyzji nigdy. Uwielbiam każdą chwilę spędzoną z moimi węgierskimi diablętami, szczekanie jest dla mnie muzyką, wylewnie wychwalam przerwanie pogoni za sarenką i odruchowo już syczę "grzecznie!" mijając obce psy/ludzi. Nazywam często Gaszkę panną doskonałą albo księżniczką perfekcją. Bo mudi są doskonałe, mając dobrego przewodnika. :)

Trochę sukcesów.

Nie pisałam na blogu, ale czarne i ja dorobiłyśmy się trochę sukcesów w tym naszym agility. Między innymi możemy już sobie wpisać MA2, chociaż nie startujemy jeszcze w tej klasie. Szczerze mówiąc nie czuję się jeszcze na tyle pewnie i chciałabym popracować nad handlingiem zanim przejdę tę klasę wyżej. Najpierw takie podsumowanie zaczynając dajmy na to od Wielkiej Partynickiej. Są jeszcze miejsca z zawodów sparingowych we Wrocławiu i coś z Czech, ale... no nie chce mi się szukać gdzie. :D
Wielka Partynicka: 2. miejsce MA1, 1. miejsce MA1, 3. miejsce Agility Open, 4. miejsce Jumping Open, 2. miejsce klasyfikacja łączna Open. Agility Open DIS, Jumping Open DIS.

Faktor Strachu (Horka nad Moravou): 1. miejsce MA1, 2. miejsce MA1, 2. miejsce MA1, MA1 DIS.

Vopsion (Havlovice): 3. miejsce Jumping Open, Agility Open DIS, MA1 DIS.

Uzbierało się, no! :D Filmiki są zwykle gdzieś u nas na fb, fotek jak widać też jest trochę, nie szałowo dużo ale zawsze to coś. Co mogę powiedzieć... Czarne jest świetna, ja muszę pracować nad handlingiem. W prawdzie wyraźnie krzyczę komendy, biegnę, zdążam na zmiany, pamiętam tor bez problemu ale jeszcze macham tymi rękami co sporo psuje i wprowadza Gaszkę w wątpliwości. O mojej małej czarnej mogę się pochwalić tyle że na zawodach zasuwa jak u siebie na treningu, jest szybka, pewna i o wszystkim pamięta. Pokonałam swoje przeszkadzanie jej na wejściach do slalomu i teraz żaden obcy slalom jej nie straszny, strefki są szybkie i zawsze zaliczane, gdybym tylko nie machała rękami... Mamy nad czym pracować. :)
Należy też popracować nad zostawaniem tego diablęcia, bo oczywiście jest zbyt podniecona żeby w ogóle myśleć o dłuższym siedzeniu w miejscu. Tak słowem podsumowania. :)