Psacerek.

Los chciał, że mój ostatni start w zerówkach się nie odbył, gdyż o wesołej godzinie szóstej minut dwadzieścia rano dowiedziałam się, że auto nie zapali. Trudno, nie to nie, poczekałam aż w okolicach siódmej zrobi się na tyle jasno, żeby widzieć cokolwiek i zabrałam mudiki w trasę. Niedzielny poranek, tak się zdarzyło że już się ubrałam wcześniej to i czemu nie iść. Termometr przed wyjściem poinformował mnie, że mamy pięć stopni poniżej zera, ot, zima! Nie żeby to jakoś skłoniło Gaś do nie pływania. Jezioro jeszcze nie zamarzło, a ona obrosła na tyle gęstą sierścią po zmianie karmy (sams field podziałał tak, jak sobie tego życzyłam i czarne jest caaała w hebanowych, cudownie skręconych, błyszczących i gęstych loczkach :D) że niewiele zimna czuje. O dziwo nawet po wyjściu z wody i pojawieniu się szronu na czarnym futerku (na fotkach doskonale widać) mój mudik nie okazywał oznak wychłodzenia... Poniekąd to Gaś, po niej się można było spodziewać. Lucjanowi kąpiele znudziły się już jakiś czas temu, on woli brudne kałuże i aportowanie po raz setny tego samego patyczka, ale raczej na lądzie. Kto co woli. Generalnie niedzielę spędziliśmy na wyjątkowo długim spacerku na który zabrałam aparat, jak to się nieczęsto zdarza, czas nas nie gonił, nie było ciemnawo i nie zbliżał się zmierzch. Ja wreszcie mogłam się wyłonić z domu na dłużej niż godzinkę, wcześniej męczyła mnie grypa.
W temacie naszego agility, slalom został poskromiony, huśtawka jest w finalizacji i od stycznia przechodzimy do klasy MA1, przeoficjalnie, przedumnie i wgl prze. Na sam temat naszego agilitowania, mogę powiedzieć tylko tyle że zaczynam być zadowolona nie tylko z czarnej, ale i z siebie! Z wielu nieoficjalnych czeskich zawodów w których startowałyśmy przywiozłyśmy sporo różnych miejsc podiumowych i czystych przebiegów, z czasami które zaskakiwały mnie samą. Czy czuję się gotowa? Zdecydowanie tak. Pokonałam stres, zmieniłam swoje nastawienie psychiczne i zawody dla mnie i dla mojego psa to świetny fun!
W międzyczasie jeszcze byłyśmy na seminarium z Moniką Rylską, poza tym zaliczamy codzienne wędrówki i różne przygody. Ru czuje się doskonale, wygląda na to że mogę zaryzykować stwierdzenie, że zapomniał o chorobie. Bawimy się nawet w troszkę frisbee, u początków powrotu delikatnie, teraz odrobinkę śmielej. Nie są to długie sesje, nie chcę przemęczać czekolada, lecz on sam jest z powrotu dysków obłędnie szczęśliwy i to dla mnie się liczy najbardziej. Nasz wet orzekł że Lucusiowy poziom aktywności nie pogarsza stanu jego serca i nie jest dla niego niebezpieczny, toteż turbodrzyryj jest od minięcia upałów troszkę bardziej turbo. :) Pewnie z ociepleniem będzie trzeba ograniczyć szaleństwa, do tego jednak wiele, wiele miesięcy, a lato trwa tylko dwa, co nie podejrzewałam że będzie mnie cieszyć ale... Cieszy, bardzo cieszy. Może nie udał mi się sportowo, lecz skoro jest szczęśliwy i tak, to niechże tak będzie. Ponadto, ma szalony romans z klasycznym kongiem (tym bałwankowatym) od kiedy zaczęłam wypełniać je gotowanym mięskiem i zamrażać, jest nadal przygłupi jak był, nadal beztroski i uroczy i niech tak zostanie.

Oh, a na zakończenie o taka oszroniona była księżniczka pod koniec spaceru... :D