Codzienne spacery...

Wreszcie zmotywowałam się do wzięcia aparatu na spacer! W prawdzie, słońce zbyt długo nas nie rozpieszczało, ale na trochę fotek wystarczyło. Jakby ktoś był zainteresowany oglądaniem mordki Lucjana to oto i on. :D Hasa, żyje, pływa, drze mordę i bawi się z czarną. Na fotkach jak to na spacerach, moje psy-wydry są cały czas mokre bo przecież od czegoś mamy jezioro.
Nie są najwybitniejsze bo mój photoshop się obraził i są "na czysto" z aparatu ale zawsze to coś. Fociłam głównie nad samym jeziorem bo reszta naszych terenów spacerowych nie wygląda szałowo. Błoto, pola, błoto i lasy. Mudiki nie narzekają, za to ja spaceruję w kaloszach chyba że mamy suszę. Na szczęście, jesień sypie deszczem jak powinna bo przecież po deszczu grzyby rosną. Co to za jesień bez grzybów?
O, a powyżej wesoły czekolad drze ryja i przeżuwa badylek. Więcej fotek w albumie na moim koncie google i jak obiecałam, odezwę się z czymś bardziej konstruktywnym po weekendzie. Jutro ja i czarne po spacerku i treningu pakujemy się w pociąg i wio... do Annówki!

Nickonkretnego.

Będzie o wszystkim właściwie. Wróciłyśmy z czarną do treningów i walczymy ze slalomem. Wejścia to moja cudna panna umie wręcz doskonale, nie ma problemów z regularnym zwężaniem i tylko czekam, czekam aż slalom prostym się stanie! Ponadto biegamy sekwencyjki, ja zaczynam się czuć na torze pewnie i jestem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie coraz to częściej niż mogłoby mi się wydawać. Już mogę powiedzieć o sobie że biegam agility, a nie tylko próbuję. :D Ehh, kiedy to minęło?
Mało fotek, wrzucam starocie bo regularnie zapominam zabrać aparat na trening (cztery treningi w tygodniu i tak nie pamiętam :P), ze spacerami bywa tak że albo mi się nie chce, albo akurat pada deszcz. W wyjściu na spacer pogoda nigdy nie przeszkadza, lecz wolę nie ryzykować żywotu mego jedynego aparatu. Gaszka więc czuje się jak zawsze super, wszakże to pies-czołg, pięknie zasuwa agilitki, w tym strefki i uczy się ślicznie slalomu perfekcyjnie robiąc wszystko jak to na nią przystało. Lucyferek żyje wcale normalnie, wolno mu już długie spacerki, bawić się z Gaszką, pływać do oporu. Mijają cztery miesiące od ostatniego dnia kiedy widać po nim było chorobę. Mój mały chłopiec żyje, czuje się dobrze i dawno zapomniał o bólu. W prawdzie męczy się szybciej niż małe czarne i preferuje raczej spokojnie sobie truchtać niż urządzać sobie jak ona dzikie rajdy, ale jest zadowolony. Obojgu diabłom zmieniłam karmę z Lukullusa na Sam's Field. Recenzja się pojawi, oczywiście.
Ja tymczasem nie narzekam na nudę. Zasuwam z psami, uczę się, trenuję, chadzam na grzyby, marynuję grzyby, mrożę grzyby i suszę grzyby! Wcześniej jeszcze robiłam powidła, ale już śliwek nie ma. Kalendarzowo zaczęła się jesień... Za tydzień jakoś będę miała o czym pisać, wybywam na seminarium z Tomkiem Jakubowskim, potem ja i małeczarne zamierzamy sobie pohasać w zawodach treningowych. Damy znać!