Mała Fatra i krótkowłosa Gaszka II

To moja ostatnia wolna sobota i ogólnie, dzień wolny! Wydaje mi się to delikatnie przerażające, ale jutro już wracamy do regularnych treningów, w poniedziałek za to zaczyna się szkoła i ostre przygotowania do matury. Tak, tak, to już koniec liceum... Wróćmy jednak do spraw przyjemnych, czyli do naszej wyprawy na Małą Fatrę. Dzień po karkołomnej wyprawie na Wielki Krywań wypoczywaliśmy, w prawdzie nieźle aktywnie bo zrobiliśmy w okolicy dziesięciu, może więcej kilometrów po okolicznych lasach. Początkowo to miało być "idziemy na dwie godzinki wybiegać czarne", ale kto by się oparł urokom gór?
We wtorek obiecaliśmy sobie wyjść na szlak jeszcze raz, tym razem naszym celem były tylko dwa szczyty, Wielki Rozsutec(1610 mnpm) i Mały Rozsutec(1343 mnpm). Trasa planowana była na około sześć godzinek, włącznie z snuciem się bez sensu bo ładna polanka, chwila na jedzenie, wypoczynek i takie tam. Wyszliśmy tym razem z Stefanowej, nasz świetny automobil zostawiając na parkingu. 
Wejście nie należało do łatwych, miejscami pojawiały się drabinki i łańcuchy, lecz i na to byliśmy przygotowani. Gaś tam gdzie nie dałaby rady sama, podróżowała na plecach Karola. :D Po wejściu i zejściu na Mały Rozsutec, zaczęła się główna część wyprawy, czyli wejście na Wielki Rozsutec. Szlak nie był łatwy, do tego im wyżej tym bardziej niebezpiecznie.
Na domiar złego zaczęło padać, przepraszam, lać. W strugach deszczu, po okropnych kamieniach właziliśmy w górę pilnując każdego kroku. Raz czarne pomagała mi, raz ja jej i kiedy już prawie byliśmy na szczycie przemoczeni do suchej nitki pogodzie przeszły fochy i mogliśmy oglądać urokliwie pełznące pomiędzy górami chmury.
Widoki warte swej ceny! Wg mapy mieliśmy nie wchodzić na sam szczyt Wielkiego Rozsutca ze względu na fakt, iż jest on wyjątkowo skalistym, strzelistym szczytem lecz okazało się że szlak sądzi inaczej i z trudem dotarliśmy aż na sam wierzchołek. Było to nasze chyba najtrudniejsze i najbardziej ryzykowne wejście, jednak udało się.
Pierwsze ze zdjęć powyżej, to nasz szlak. Ta maleńka ścieżka po szczytach gór, gdzie z prawej przepaść, z lewej... również przepaść. Za to jak wspominałam, gdzie by nie spojrzeć zapierało dech w piersiach. Widoki były wręcz niesamowite, szkoda tylko że miejscami nie było jak robić zdjęcia bo wejście wymagało trzymania się rękami łańcuchów. Generalnie, Rozsutec (jeden i drugi) okrutnie nas zmęczyły, a do końca wyjazdu ja musiałam przemieszczać się boso/w klapkach ze względu na przemoczone trapery.
Droga całkowicie zajęła nam dziewięć i pół godziny podczas których przeszliśmy siedemnaście kilometrów i w sam raz zdążyliśmy przed zmrokiem dotrzeć do Stefanovej i już autem wrócić do hotelu we Vratnej. Tak minęła nam środa, czwartek za to na zdobywaniu masywu Sokolie (1171 mnpm) przez w okolicach godzin pięciu, może więcej. Fotek z tego wypadu nie ma, ze względu na fakt iż nie zabrałam aparartu. :P Mogę się jednak pochwalić, że ów masyw od początku do końca zdobyłam w klapeczkach lub boso. :D
Piątek był już końcem naszej wyprawy, pożegnaliśmy góry jednym z tych spokojnych, leniwych spacerów po dolinach, spakowaliśmy się i w sobotę rano wyjechaliśmy żeby w okolicach południa wrócić do domu. Podsumowując, wg danych kieszonkowego gps'a dziennie robiliśmy osiemnaście kilometrów pieszo (włączając wycieczki do sklepu, po pamiątki, "chodź zobaczymy co tam jest" i tak dalej), zajmowało nam to sześć godzin marszu. Zdobyliśmy szczyty: Południowy Gruń (1480 mnpm), Hromove (1636 mnpm), Steny (1572 mnpm), Chleb (1644 mnpm), Wielki Krywan (1709 mnpm), Mały Rozsutec (1343 mnpm), Wielki Rozsutec (1610 mnpm) oraz masyw Sokolie (1171 mnpm). Obiecaliśmy sobie wrócić kiedyś do Vratnej, wszakże nie udało nam się zdobyć (ze względu na przemoczone obuwie po wejściu na Wielki Rozsutec) takich szczytów jak Stoh, Zobrak czy Suchy vrch, trzeba będzie to nadrobić! :D

Mała Fatra i krótkowłosa Gaszka

Decyzja była dość spontaniczna i obiecane wakacje z morza zamieniły się nagle w słowackie góry, tak więc zdecydowaliśmy we wtorek, a w już w sobotę ja, Karol i Gaszka siedzieliśmy w aucie w drodze do Tierchowej, małej miejscowości ukrytej pomiędzy strzelistymi szczytami Małej Fatry. To w temacie wstępu do wyprawy, lecz czemu moje psy stały się krótkowłose..? Hmm, po codziennych kąpielach w naszym okolicznym, niekoniecznie czystym jeziorku poziom brudu i sfilcowania sierści diabłów doszedł to takiego etapu w którym kąpiele i czesanie niewiele dawały, więc nożyczki poszły w ruch. Wyglądają teraz delikatnie mówiąc zabawnie, ale przynajmniej futra są czyste. :D
Powracając do wyprawy, w sobotę po przyjeździe byliśmy na tyle zmęczeni drogą aby zrobić tylko dwie, może trzy godziny marszu po okolicznych łąkach planując trasę na następny dzień i wzdychając do widoków. W niedzielę zaś wyruszyliśmy dumnie w szlak, myśląc głównie o szczycie o cudnej nazwie Chleb i najwyższym na jaki mieliśmy wejść czyli Wielkim Krywanie.
Znajdź mudika na fotce. :D
Pierwsza z dwóch naszych najbardziej wymagających tras podczas wyjazdu zajęła nam jedenaście godzin marszu i przeszliśmy w okolicy ponad dwudziestu kilometrów. Zaczęliśmy z Vratnej (750 mnpm) i poszliśmy do pierwszego punktu orientacyjnego czyli chaty na Gruni (989 mnpm), zrezygnowaliśmy z wyciągu bo w sumie mamy przecież wszyscy nogi, prawda? (Cierpiałam z powodu tej decyzji. Oooo cierpiałam!) Z chaty ruszyliśmy na Południowy Gruń (1480 mnpm) pomarańczowym szlakiem, którym z powodu faktu że było stromo jak diabli szłam całkiem boso. Widziałam też wielu innych fanów tego sposobu wspinaczki... :D
Po drodze spotkaliśmy również innych psiarzy, z mniejszymi lub większymi pociechami na szlaku schodzących w dół lub też w górę jak my. Po chyba najbardziej wymagającej z pierwszej wyprawy wspinaczce na Południową Gruń było już tylko lepiej, tak sądzę. Spacerowaliśmy sobie raz w dół, raz trochę w górę szczytami gór i podziwialiśmy zapierające dech w piersiach widoki.
Generalnie tych nazw po drodze i górek było sporo, ale zapamiętałam aż do Chleba tylko Hromove(1636 mnpm), potem oczywiście malowniczy szczyt o nazwie Chleb (1644 mnpm) na którym symbolicznie zatrzymaliśmy się na kromeczki i poprzez przełęcz Snilovską na Wielki Krywan (1709 mnpm) na którym pozostawiliśmy pamiątkowy wpis. Gdyby ktoś tam kiedyś był - zobaczycie krzywego mudika w zeszyciku. :D
Na tę chwilę to tyle, nie zamierzam was zanudzać wszystkimi naszymi wyprawami od razu. :) Jak widać na fotkach, pogoda to nas straszyła burzą, do której na szczęście nie doszło, to znów rozpieszczała słońcem, ale i tak było na co popatrzeć. Wróciliśmy schodząc do jakiejśchaty (nie mam pojęcia, co poradzić...) i potem "zielonym szlakiem" który niestety, ale wiosenne powodzie zmieniły nieomal w szlak czarny, a informacji na temat tego faktu nie zastaliśmy. Po przeprawie przez rzekę zeszliśmy do Starego Dworu i stamtąd już do hotelu we Vratnej. :)