Postęp!

Będzie o semi z Tomkiem Jakubowskim i późniejszych treningowych zawodach Annówkowych, trochę o treningach, Lucjanie i jak zawsze, małej czarnej perfekcjonistce. :D
Dojazd do Annówki nie należy do łatwych, trzeba powiedzieć. Pięć godzin pociągami z przesiadką, prosto ze szkoły złapałam plecak, psa i wio, do Wrocławia! Przed wyjazdem poczyniłam krótki trening i ruszyłyśmy, oczywiście nie zdążyłam za wiele zjeść, a w środę przed wyjazdem jeszcze byłam chora. Ale my się nie poddajemy! Nasz pociąg nr 1 spóźnił się o pół godziny. Pół godziny miałam na przesiadkę i cudem udało mi się zdążyć na drugi, ale trafiłyśmy bez większych przygód. 
Pierwszego dnia po pożarciu niesamowitego śniadania (ohh tak, po piątkowej podróży porządne śniadanie było wręcz marzeniem) ruszyłyśmy na treningi. Tomek był pod wrażeniem, podobno teraz umiem biegać, czarne jest świetna i jak tylko przestanę machać rękami możemy podbijać świat. :D Tak, tak, byłam zaskoczona ponieważ Tomek właściwie ostatni raz widząc nasz team w maju mógł obiektywnie ocenić postępy. Postępy które są i to spore. Nauczyłam się że teraz muszę się zapoznawać z całymi torkami na seminariach ponieważ minął czas kiedy dobiegałam tylko do dziesiątej przeszkody najwyżej. Moja mała księżniczka z pełnym zaangażowaniem, swym niesamowitym drivem i pewnością jakiej brakowało jej na początku pomykała torki. 
Strefki Gaszka robi też już pewnie i ładniutko, praca podczas wakacji opłaciła się i teraz niestraszne jej obce palisady i kładki! Dzielna! Teraz trochę o zawodach. Wróciłyśmy trzy razy zDISowane i szczerze mówiąc, cieszy mnie to. Wiele się nauczyłam dzięki tym trzem pomyłkom. W A0 nie zaznaczyłam jednej z hopek toteż w pełnej ufności moja torpeda ją ominęła, co poradzić... ;3 W J0 pierwszym okazało się że za mało startuję i pożarł mnie do reszty stres, zapomniałam torku, w związku z czym obiecałam sobie startować więcej! Ostatni jumping był pokazem mojej nieufności do samej siebie. Zapomniałam że umiem biegać, że zdążam na zmiany i za szybko wyprułam na zmianę, nie czekając na psa. Ot i jest problem. 
Nie jest mi źle z faktem że wróciłam z trzema DISami. Za wiele wiem teraz, żeby narzekać o wynik. Obiecałam sobie więcej startować, zgrać się z moją czarną i zaufać sobie. Minął czas kiedy trudno było zdążyć na zmianę, ot co! Miało być jeszcze o Lucjanie, więc będzie i o nim.
Czekoladowy po kastracji troszkę utył, teraz jednak na nowej karmie wraca do zwykłej wagi, ma ładniejsze futerko i jakoś lepiej się to to trawi. Od czasu Balatonu dużo i chętnie pływa, a poza tym nic nowego. Lucjan jak Lucjan, no. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz