Mała Fatra i krótkowłosa Gaszka

Decyzja była dość spontaniczna i obiecane wakacje z morza zamieniły się nagle w słowackie góry, tak więc zdecydowaliśmy we wtorek, a w już w sobotę ja, Karol i Gaszka siedzieliśmy w aucie w drodze do Tierchowej, małej miejscowości ukrytej pomiędzy strzelistymi szczytami Małej Fatry. To w temacie wstępu do wyprawy, lecz czemu moje psy stały się krótkowłose..? Hmm, po codziennych kąpielach w naszym okolicznym, niekoniecznie czystym jeziorku poziom brudu i sfilcowania sierści diabłów doszedł to takiego etapu w którym kąpiele i czesanie niewiele dawały, więc nożyczki poszły w ruch. Wyglądają teraz delikatnie mówiąc zabawnie, ale przynajmniej futra są czyste. :D
Powracając do wyprawy, w sobotę po przyjeździe byliśmy na tyle zmęczeni drogą aby zrobić tylko dwie, może trzy godziny marszu po okolicznych łąkach planując trasę na następny dzień i wzdychając do widoków. W niedzielę zaś wyruszyliśmy dumnie w szlak, myśląc głównie o szczycie o cudnej nazwie Chleb i najwyższym na jaki mieliśmy wejść czyli Wielkim Krywanie.
Znajdź mudika na fotce. :D
Pierwsza z dwóch naszych najbardziej wymagających tras podczas wyjazdu zajęła nam jedenaście godzin marszu i przeszliśmy w okolicy ponad dwudziestu kilometrów. Zaczęliśmy z Vratnej (750 mnpm) i poszliśmy do pierwszego punktu orientacyjnego czyli chaty na Gruni (989 mnpm), zrezygnowaliśmy z wyciągu bo w sumie mamy przecież wszyscy nogi, prawda? (Cierpiałam z powodu tej decyzji. Oooo cierpiałam!) Z chaty ruszyliśmy na Południowy Gruń (1480 mnpm) pomarańczowym szlakiem, którym z powodu faktu że było stromo jak diabli szłam całkiem boso. Widziałam też wielu innych fanów tego sposobu wspinaczki... :D
Po drodze spotkaliśmy również innych psiarzy, z mniejszymi lub większymi pociechami na szlaku schodzących w dół lub też w górę jak my. Po chyba najbardziej wymagającej z pierwszej wyprawy wspinaczce na Południową Gruń było już tylko lepiej, tak sądzę. Spacerowaliśmy sobie raz w dół, raz trochę w górę szczytami gór i podziwialiśmy zapierające dech w piersiach widoki.
Generalnie tych nazw po drodze i górek było sporo, ale zapamiętałam aż do Chleba tylko Hromove(1636 mnpm), potem oczywiście malowniczy szczyt o nazwie Chleb (1644 mnpm) na którym symbolicznie zatrzymaliśmy się na kromeczki i poprzez przełęcz Snilovską na Wielki Krywan (1709 mnpm) na którym pozostawiliśmy pamiątkowy wpis. Gdyby ktoś tam kiedyś był - zobaczycie krzywego mudika w zeszyciku. :D
Na tę chwilę to tyle, nie zamierzam was zanudzać wszystkimi naszymi wyprawami od razu. :) Jak widać na fotkach, pogoda to nas straszyła burzą, do której na szczęście nie doszło, to znów rozpieszczała słońcem, ale i tak było na co popatrzeć. Wróciliśmy schodząc do jakiejśchaty (nie mam pojęcia, co poradzić...) i potem "zielonym szlakiem" który niestety, ale wiosenne powodzie zmieniły nieomal w szlak czarny, a informacji na temat tego faktu nie zastaliśmy. Po przeprawie przez rzekę zeszliśmy do Starego Dworu i stamtąd już do hotelu we Vratnej. :)

2 komentarze:

  1. Dla mnie bardzo ciekawy wpis i chętnie poczytam o innych wyprawach :D Pod koniec września chcę z psem połazić po Małej Fatrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecamy, jednak przy wejściu na Wielki Rozsutec trzeba pomyśleć o jakimś dodatkowym sposobie jak poradzić sobie z psem i wejściem po drabinkach/łańcuchach. My pakowaliśmy czarne zwyczajnie do plecaka, większy pies myślę że z ludzkim wsparciem dałby radę sam.

      Usuń