Slalom!

Jest ukończony i wygląda o tak jak na filmiku poniżej. :D Enjoy!
Dla ciekawskich, zajął nam dobre pół roku, robiony metodą tunelową razem z wejściami od początku. Wejścia ma czarne nieomylne, prędkość na slalomie sami oceńcie (ale ja sądzę że jest cudowna ). Cierpliwość się opłaciła, MA1 nadchodzimy... 

Psacerek.

Los chciał, że mój ostatni start w zerówkach się nie odbył, gdyż o wesołej godzinie szóstej minut dwadzieścia rano dowiedziałam się, że auto nie zapali. Trudno, nie to nie, poczekałam aż w okolicach siódmej zrobi się na tyle jasno, żeby widzieć cokolwiek i zabrałam mudiki w trasę. Niedzielny poranek, tak się zdarzyło że już się ubrałam wcześniej to i czemu nie iść. Termometr przed wyjściem poinformował mnie, że mamy pięć stopni poniżej zera, ot, zima! Nie żeby to jakoś skłoniło Gaś do nie pływania. Jezioro jeszcze nie zamarzło, a ona obrosła na tyle gęstą sierścią po zmianie karmy (sams field podziałał tak, jak sobie tego życzyłam i czarne jest caaała w hebanowych, cudownie skręconych, błyszczących i gęstych loczkach :D) że niewiele zimna czuje. O dziwo nawet po wyjściu z wody i pojawieniu się szronu na czarnym futerku (na fotkach doskonale widać) mój mudik nie okazywał oznak wychłodzenia... Poniekąd to Gaś, po niej się można było spodziewać. Lucjanowi kąpiele znudziły się już jakiś czas temu, on woli brudne kałuże i aportowanie po raz setny tego samego patyczka, ale raczej na lądzie. Kto co woli. Generalnie niedzielę spędziliśmy na wyjątkowo długim spacerku na który zabrałam aparat, jak to się nieczęsto zdarza, czas nas nie gonił, nie było ciemnawo i nie zbliżał się zmierzch. Ja wreszcie mogłam się wyłonić z domu na dłużej niż godzinkę, wcześniej męczyła mnie grypa.
W temacie naszego agility, slalom został poskromiony, huśtawka jest w finalizacji i od stycznia przechodzimy do klasy MA1, przeoficjalnie, przedumnie i wgl prze. Na sam temat naszego agilitowania, mogę powiedzieć tylko tyle że zaczynam być zadowolona nie tylko z czarnej, ale i z siebie! Z wielu nieoficjalnych czeskich zawodów w których startowałyśmy przywiozłyśmy sporo różnych miejsc podiumowych i czystych przebiegów, z czasami które zaskakiwały mnie samą. Czy czuję się gotowa? Zdecydowanie tak. Pokonałam stres, zmieniłam swoje nastawienie psychiczne i zawody dla mnie i dla mojego psa to świetny fun!
W międzyczasie jeszcze byłyśmy na seminarium z Moniką Rylską, poza tym zaliczamy codzienne wędrówki i różne przygody. Ru czuje się doskonale, wygląda na to że mogę zaryzykować stwierdzenie, że zapomniał o chorobie. Bawimy się nawet w troszkę frisbee, u początków powrotu delikatnie, teraz odrobinkę śmielej. Nie są to długie sesje, nie chcę przemęczać czekolada, lecz on sam jest z powrotu dysków obłędnie szczęśliwy i to dla mnie się liczy najbardziej. Nasz wet orzekł że Lucusiowy poziom aktywności nie pogarsza stanu jego serca i nie jest dla niego niebezpieczny, toteż turbodrzyryj jest od minięcia upałów troszkę bardziej turbo. :) Pewnie z ociepleniem będzie trzeba ograniczyć szaleństwa, do tego jednak wiele, wiele miesięcy, a lato trwa tylko dwa, co nie podejrzewałam że będzie mnie cieszyć ale... Cieszy, bardzo cieszy. Może nie udał mi się sportowo, lecz skoro jest szczęśliwy i tak, to niechże tak będzie. Ponadto, ma szalony romans z klasycznym kongiem (tym bałwankowatym) od kiedy zaczęłam wypełniać je gotowanym mięskiem i zamrażać, jest nadal przygłupi jak był, nadal beztroski i uroczy i niech tak zostanie.

Oh, a na zakończenie o taka oszroniona była księżniczka pod koniec spaceru... :D

O'canis! - Test.

Taką paczkę w środę dostaliśmy od O'Canis do przetestowania. :D Aby recenzja była porządna, testowała nie tylko czarne, ale i Lucjan, Aszka i mikropies mojej mamy tj Jantarek. Lucjan jest psem z delikatnym żołądkiem, w dodatku nie wszystko tak jakoś wybitnie lubi, Asztarka kot jak to kot, chociaż też ma swoje preferencje. Gaś je co popadnie, za to nie wszystko może zająć dłużej jej uwagę... Ach i Jantar! Jantar jest toyem rosyjskim, okropnie wybrednym.
Żeby nie było że coś pominę, oto wszystko co otrzymaliśmy. Klasycznie różne rodzaje mięsnych 'cygar' z jakich firma O'Canis głównie słynie, w tym uwaga, cygara dla kota! Nimi jestem szczególnie zachwycona, ale o tym za chwilę. Dwie puszki - jedna dla kota, druga dla psa, oraz to co najbardziej mnie zainteresowało tj dość spory gryzak z suszonego mięsa z dodatkiem majeranku. Po przeanalizowaniu składu każdego z produktów mogę od razu powiedzieć że w żadnym z nich nie występowały konserwanty, barwniki, cukry ani sztuczne aromaty. Wszystko naturalne i wysokiej jakości. Duży plus! Dodać mogę że tzw wypełniaczy także nie znalazłam w żadnym z składów i to także bardzo mnie przekonało do przyszłych zakupów. ;)
Najpierw chciałam przetestować cygara dla kota bo o smaki dla kotów wysokiej jakości trudno. Asztarka też nie wszystko od razu chce jeść, zdarza jej się nawet surowym mięsem pobawić przed zjedzeniem. Wybrałam na początek cygaro, jak widać na fotce kota była baaardzo zainteresowana, po czym bez ceregieli porwała łup i ukryła się w budce od drapaka by tam go pożreć w zaskakującym tempie. Skład nie sugerował żeby mogła mieć potem jakiekolwiek problemy z żołądkiem, nie miała i osobiście chętnie zamówię więcej cygar do rozpieszczania mojej mruczki. Zdecydowanie przypadły do gustu dymnej księżniczce. :D
Pętko z dziczyzny przypadło Ru i jego delikatnemu żołądkowi. Ru nie trawi zbyt dobrze wielu smaków, takich jak np popularne kości z prasowanej skóry czy też ciasteczka dla psów jakie możemy znaleźć w wielu sklepach. Generalnie staram się mu dawać produkty bez jakichkolwiek dodatków. Nie ma fotki podczas pożerania, bo pętka zabrałam ze sobą na spacer (są dosyć drobne) sam na sam z czekoladowym, a on pochłaniał je tak prędko jak mógł! Zdecydowanie były baaardzo atrakcyjne. Obeszło się tak jak podejrzewałam bez jakichkolwiek żołądkowych rewolucji.
Teraz będzie trochę dla właścicieli mikropsów. Wyżej mamy Jantarka, zajadającego cygaro z suszonego mięsa jelenia, Generalnie, trochę się nad nim namęczył zanim je pożarł i to jest plus jeśli ktoś ma aktywnego mikropsa i czasem ma go dość. ;D Rudy mimo że wybredny, cygaro wciągał z niesamowitym zapałem. Co ciekawe, mimo że cygara są dość wonne, to zapach z paszczy rudego był po takim posiłku trochę znośniejszy.
Wracając do koty, zaczniemy o karmie mokrej. Puszka którą dostaliśmy starczyła dla tak małego kota jak Asztarka na dwa posiłki, nie mam pojęcia ile zjadłby większy szczerze mówiąc. Jak widać na fotce kota była zachwycona, pożarła tak prędko jak mogła. Późniejszych problemów nie napotkaliśmy, ale zwróćmy uwagę na skład. Testowaliśmy akurat smak "królik z drobiem", ów drób to ponad 80 % produktu z czego nie są to oczywiście "produkty pochodzenia", a dokładnie wypisane min. serca, wątroba czy szyje. Reszta, ok piętnaście procent to królik, z dodatkiem oleju łososiowego która zwykłam dawać do suchej karmy. Tutaj mamy go już w składzie, co dla mnie znów jest ważnym pozytywem.
Drugą puszkę testował Ru, ze względu na to że to on jest dość miarodajnym "wskaźnikiem" jakości karm. Jego żołądek byle czego nie akceptuje, jelitka byle czego ładnie nie trawią. :P Po mało pozytywnych przejściach z podrzuconą trutką ze szczenięctwa nie ma co się dziwić. Dokładnie przeanalizowałam skład przed decyzją podania Lucjanowi karmy innej niż zwykle pożera, ale właśnie ów skład mnie do tego przekonał. Testowaliśmy smak "konina z ziemniakami" i tutaj skład jest bardzo jasny, połowa to konina (mięso i wnętrzności konia), druga połowa to ziemniaki. Fotka wyszła tylko jedna, bo czekoladowy pochłaniał jak szalony. Noc po kolacji była spokojna, poranek bezproblemowy. Mogę spokojnie polecić wszystkim właścicielom psów z delikatnym żołądkiem. ;)
Na koniec, tj na niedzielne popołudnie zachowałam spory gryzak z suszonego mięsa z którym zostawiłam Gaś sam na sam po treningu i spacerze, kiedy ja i Karol chcieliśmy mieć trochę czasu bez czterołapej. Czarne jest straaaszną niszczycielką i chociaż po wybieganiu raczej nie szaleje zostając sama, to jednak zwykle zostawiam jej coś co może pomęczyć. Bywa różnie, czasem owo coś nie wystarcza i zastaję nadgryziony kocyk w klatce. ;D Majoran Beef to naturalnie suszone powietrzem mięso wołowe z dodatkiem majeranku. Podzieliłam je na dwie części, jedną ukrywając w czeluściach klateczki żeby Gaś trochę pogłówkowała, drugą zostawiając jej jak widać na fotce wyżej do pochłonięcia od razu. Nie było nas w okolicach trzech godzin, diablica była grzeczna i co prawda nie jestem pewna ile jej zajęło pożarcie majoran beef, aczkolwiek wystarczyło żeby niczego w tym czasie nie przeskrobała.
Na zakończenie małe czarne i jesień, co do cygar wykorzystywałam je klasycznie jako rozpieszczanie moich burków codzienne oraz jako... wypełnienie do konga. Takiego czerwonego, klasycznego bałwanka. Blokowałam je dodatkowym ciastkiem/odpowiednio łamałam i były zadziwiająco dobrym i skutecznym wypełnieniem.

PODSUMOWANIE:

  • Bardzo wysoka jakość produktów.
  • Bez dodatków konserwantów, barwników, sztucznych zapachów etc.
  • Wszystkie produkty były bardzo, ale to bardzo atrakcyjne dla nawet wybrednych testerów. :D
  • Możliwość różnorodnego wykorzystania smaczków. (Cygara czasami nawet łamałam w drobniejsze kawałki i wykorzystywałam podczas nauki sztuczek.)
  • Świetny skład.
  • Produkty bezpieczne nawet dla zwierząt o delikatnym żołądku.
  • Przystępne ceny. (Sprawdzone w sklepie internetowym O'Canis.)
Cygara, suchą karmę i mokrą oraz wiele innych produktów fimy O'Canis możecie znaleźć o tutaj. Polecamy!


Postęp!

Będzie o semi z Tomkiem Jakubowskim i późniejszych treningowych zawodach Annówkowych, trochę o treningach, Lucjanie i jak zawsze, małej czarnej perfekcjonistce. :D
Dojazd do Annówki nie należy do łatwych, trzeba powiedzieć. Pięć godzin pociągami z przesiadką, prosto ze szkoły złapałam plecak, psa i wio, do Wrocławia! Przed wyjazdem poczyniłam krótki trening i ruszyłyśmy, oczywiście nie zdążyłam za wiele zjeść, a w środę przed wyjazdem jeszcze byłam chora. Ale my się nie poddajemy! Nasz pociąg nr 1 spóźnił się o pół godziny. Pół godziny miałam na przesiadkę i cudem udało mi się zdążyć na drugi, ale trafiłyśmy bez większych przygód. 
Pierwszego dnia po pożarciu niesamowitego śniadania (ohh tak, po piątkowej podróży porządne śniadanie było wręcz marzeniem) ruszyłyśmy na treningi. Tomek był pod wrażeniem, podobno teraz umiem biegać, czarne jest świetna i jak tylko przestanę machać rękami możemy podbijać świat. :D Tak, tak, byłam zaskoczona ponieważ Tomek właściwie ostatni raz widząc nasz team w maju mógł obiektywnie ocenić postępy. Postępy które są i to spore. Nauczyłam się że teraz muszę się zapoznawać z całymi torkami na seminariach ponieważ minął czas kiedy dobiegałam tylko do dziesiątej przeszkody najwyżej. Moja mała księżniczka z pełnym zaangażowaniem, swym niesamowitym drivem i pewnością jakiej brakowało jej na początku pomykała torki. 
Strefki Gaszka robi też już pewnie i ładniutko, praca podczas wakacji opłaciła się i teraz niestraszne jej obce palisady i kładki! Dzielna! Teraz trochę o zawodach. Wróciłyśmy trzy razy zDISowane i szczerze mówiąc, cieszy mnie to. Wiele się nauczyłam dzięki tym trzem pomyłkom. W A0 nie zaznaczyłam jednej z hopek toteż w pełnej ufności moja torpeda ją ominęła, co poradzić... ;3 W J0 pierwszym okazało się że za mało startuję i pożarł mnie do reszty stres, zapomniałam torku, w związku z czym obiecałam sobie startować więcej! Ostatni jumping był pokazem mojej nieufności do samej siebie. Zapomniałam że umiem biegać, że zdążam na zmiany i za szybko wyprułam na zmianę, nie czekając na psa. Ot i jest problem. 
Nie jest mi źle z faktem że wróciłam z trzema DISami. Za wiele wiem teraz, żeby narzekać o wynik. Obiecałam sobie więcej startować, zgrać się z moją czarną i zaufać sobie. Minął czas kiedy trudno było zdążyć na zmianę, ot co! Miało być jeszcze o Lucjanie, więc będzie i o nim.
Czekoladowy po kastracji troszkę utył, teraz jednak na nowej karmie wraca do zwykłej wagi, ma ładniejsze futerko i jakoś lepiej się to to trawi. Od czasu Balatonu dużo i chętnie pływa, a poza tym nic nowego. Lucjan jak Lucjan, no. ;)

Codzienne spacery...

Wreszcie zmotywowałam się do wzięcia aparatu na spacer! W prawdzie, słońce zbyt długo nas nie rozpieszczało, ale na trochę fotek wystarczyło. Jakby ktoś był zainteresowany oglądaniem mordki Lucjana to oto i on. :D Hasa, żyje, pływa, drze mordę i bawi się z czarną. Na fotkach jak to na spacerach, moje psy-wydry są cały czas mokre bo przecież od czegoś mamy jezioro.
Nie są najwybitniejsze bo mój photoshop się obraził i są "na czysto" z aparatu ale zawsze to coś. Fociłam głównie nad samym jeziorem bo reszta naszych terenów spacerowych nie wygląda szałowo. Błoto, pola, błoto i lasy. Mudiki nie narzekają, za to ja spaceruję w kaloszach chyba że mamy suszę. Na szczęście, jesień sypie deszczem jak powinna bo przecież po deszczu grzyby rosną. Co to za jesień bez grzybów?
O, a powyżej wesoły czekolad drze ryja i przeżuwa badylek. Więcej fotek w albumie na moim koncie google i jak obiecałam, odezwę się z czymś bardziej konstruktywnym po weekendzie. Jutro ja i czarne po spacerku i treningu pakujemy się w pociąg i wio... do Annówki!

Nickonkretnego.

Będzie o wszystkim właściwie. Wróciłyśmy z czarną do treningów i walczymy ze slalomem. Wejścia to moja cudna panna umie wręcz doskonale, nie ma problemów z regularnym zwężaniem i tylko czekam, czekam aż slalom prostym się stanie! Ponadto biegamy sekwencyjki, ja zaczynam się czuć na torze pewnie i jestem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie coraz to częściej niż mogłoby mi się wydawać. Już mogę powiedzieć o sobie że biegam agility, a nie tylko próbuję. :D Ehh, kiedy to minęło?
Mało fotek, wrzucam starocie bo regularnie zapominam zabrać aparat na trening (cztery treningi w tygodniu i tak nie pamiętam :P), ze spacerami bywa tak że albo mi się nie chce, albo akurat pada deszcz. W wyjściu na spacer pogoda nigdy nie przeszkadza, lecz wolę nie ryzykować żywotu mego jedynego aparatu. Gaszka więc czuje się jak zawsze super, wszakże to pies-czołg, pięknie zasuwa agilitki, w tym strefki i uczy się ślicznie slalomu perfekcyjnie robiąc wszystko jak to na nią przystało. Lucyferek żyje wcale normalnie, wolno mu już długie spacerki, bawić się z Gaszką, pływać do oporu. Mijają cztery miesiące od ostatniego dnia kiedy widać po nim było chorobę. Mój mały chłopiec żyje, czuje się dobrze i dawno zapomniał o bólu. W prawdzie męczy się szybciej niż małe czarne i preferuje raczej spokojnie sobie truchtać niż urządzać sobie jak ona dzikie rajdy, ale jest zadowolony. Obojgu diabłom zmieniłam karmę z Lukullusa na Sam's Field. Recenzja się pojawi, oczywiście.
Ja tymczasem nie narzekam na nudę. Zasuwam z psami, uczę się, trenuję, chadzam na grzyby, marynuję grzyby, mrożę grzyby i suszę grzyby! Wcześniej jeszcze robiłam powidła, ale już śliwek nie ma. Kalendarzowo zaczęła się jesień... Za tydzień jakoś będę miała o czym pisać, wybywam na seminarium z Tomkiem Jakubowskim, potem ja i małeczarne zamierzamy sobie pohasać w zawodach treningowych. Damy znać!

Mała Fatra i krótkowłosa Gaszka II

To moja ostatnia wolna sobota i ogólnie, dzień wolny! Wydaje mi się to delikatnie przerażające, ale jutro już wracamy do regularnych treningów, w poniedziałek za to zaczyna się szkoła i ostre przygotowania do matury. Tak, tak, to już koniec liceum... Wróćmy jednak do spraw przyjemnych, czyli do naszej wyprawy na Małą Fatrę. Dzień po karkołomnej wyprawie na Wielki Krywań wypoczywaliśmy, w prawdzie nieźle aktywnie bo zrobiliśmy w okolicy dziesięciu, może więcej kilometrów po okolicznych lasach. Początkowo to miało być "idziemy na dwie godzinki wybiegać czarne", ale kto by się oparł urokom gór?
We wtorek obiecaliśmy sobie wyjść na szlak jeszcze raz, tym razem naszym celem były tylko dwa szczyty, Wielki Rozsutec(1610 mnpm) i Mały Rozsutec(1343 mnpm). Trasa planowana była na około sześć godzinek, włącznie z snuciem się bez sensu bo ładna polanka, chwila na jedzenie, wypoczynek i takie tam. Wyszliśmy tym razem z Stefanowej, nasz świetny automobil zostawiając na parkingu. 
Wejście nie należało do łatwych, miejscami pojawiały się drabinki i łańcuchy, lecz i na to byliśmy przygotowani. Gaś tam gdzie nie dałaby rady sama, podróżowała na plecach Karola. :D Po wejściu i zejściu na Mały Rozsutec, zaczęła się główna część wyprawy, czyli wejście na Wielki Rozsutec. Szlak nie był łatwy, do tego im wyżej tym bardziej niebezpiecznie.
Na domiar złego zaczęło padać, przepraszam, lać. W strugach deszczu, po okropnych kamieniach właziliśmy w górę pilnując każdego kroku. Raz czarne pomagała mi, raz ja jej i kiedy już prawie byliśmy na szczycie przemoczeni do suchej nitki pogodzie przeszły fochy i mogliśmy oglądać urokliwie pełznące pomiędzy górami chmury.
Widoki warte swej ceny! Wg mapy mieliśmy nie wchodzić na sam szczyt Wielkiego Rozsutca ze względu na fakt, iż jest on wyjątkowo skalistym, strzelistym szczytem lecz okazało się że szlak sądzi inaczej i z trudem dotarliśmy aż na sam wierzchołek. Było to nasze chyba najtrudniejsze i najbardziej ryzykowne wejście, jednak udało się.
Pierwsze ze zdjęć powyżej, to nasz szlak. Ta maleńka ścieżka po szczytach gór, gdzie z prawej przepaść, z lewej... również przepaść. Za to jak wspominałam, gdzie by nie spojrzeć zapierało dech w piersiach. Widoki były wręcz niesamowite, szkoda tylko że miejscami nie było jak robić zdjęcia bo wejście wymagało trzymania się rękami łańcuchów. Generalnie, Rozsutec (jeden i drugi) okrutnie nas zmęczyły, a do końca wyjazdu ja musiałam przemieszczać się boso/w klapkach ze względu na przemoczone trapery.
Droga całkowicie zajęła nam dziewięć i pół godziny podczas których przeszliśmy siedemnaście kilometrów i w sam raz zdążyliśmy przed zmrokiem dotrzeć do Stefanovej i już autem wrócić do hotelu we Vratnej. Tak minęła nam środa, czwartek za to na zdobywaniu masywu Sokolie (1171 mnpm) przez w okolicach godzin pięciu, może więcej. Fotek z tego wypadu nie ma, ze względu na fakt iż nie zabrałam aparartu. :P Mogę się jednak pochwalić, że ów masyw od początku do końca zdobyłam w klapeczkach lub boso. :D
Piątek był już końcem naszej wyprawy, pożegnaliśmy góry jednym z tych spokojnych, leniwych spacerów po dolinach, spakowaliśmy się i w sobotę rano wyjechaliśmy żeby w okolicach południa wrócić do domu. Podsumowując, wg danych kieszonkowego gps'a dziennie robiliśmy osiemnaście kilometrów pieszo (włączając wycieczki do sklepu, po pamiątki, "chodź zobaczymy co tam jest" i tak dalej), zajmowało nam to sześć godzin marszu. Zdobyliśmy szczyty: Południowy Gruń (1480 mnpm), Hromove (1636 mnpm), Steny (1572 mnpm), Chleb (1644 mnpm), Wielki Krywan (1709 mnpm), Mały Rozsutec (1343 mnpm), Wielki Rozsutec (1610 mnpm) oraz masyw Sokolie (1171 mnpm). Obiecaliśmy sobie wrócić kiedyś do Vratnej, wszakże nie udało nam się zdobyć (ze względu na przemoczone obuwie po wejściu na Wielki Rozsutec) takich szczytów jak Stoh, Zobrak czy Suchy vrch, trzeba będzie to nadrobić! :D

Mała Fatra i krótkowłosa Gaszka

Decyzja była dość spontaniczna i obiecane wakacje z morza zamieniły się nagle w słowackie góry, tak więc zdecydowaliśmy we wtorek, a w już w sobotę ja, Karol i Gaszka siedzieliśmy w aucie w drodze do Tierchowej, małej miejscowości ukrytej pomiędzy strzelistymi szczytami Małej Fatry. To w temacie wstępu do wyprawy, lecz czemu moje psy stały się krótkowłose..? Hmm, po codziennych kąpielach w naszym okolicznym, niekoniecznie czystym jeziorku poziom brudu i sfilcowania sierści diabłów doszedł to takiego etapu w którym kąpiele i czesanie niewiele dawały, więc nożyczki poszły w ruch. Wyglądają teraz delikatnie mówiąc zabawnie, ale przynajmniej futra są czyste. :D
Powracając do wyprawy, w sobotę po przyjeździe byliśmy na tyle zmęczeni drogą aby zrobić tylko dwie, może trzy godziny marszu po okolicznych łąkach planując trasę na następny dzień i wzdychając do widoków. W niedzielę zaś wyruszyliśmy dumnie w szlak, myśląc głównie o szczycie o cudnej nazwie Chleb i najwyższym na jaki mieliśmy wejść czyli Wielkim Krywanie.
Znajdź mudika na fotce. :D
Pierwsza z dwóch naszych najbardziej wymagających tras podczas wyjazdu zajęła nam jedenaście godzin marszu i przeszliśmy w okolicy ponad dwudziestu kilometrów. Zaczęliśmy z Vratnej (750 mnpm) i poszliśmy do pierwszego punktu orientacyjnego czyli chaty na Gruni (989 mnpm), zrezygnowaliśmy z wyciągu bo w sumie mamy przecież wszyscy nogi, prawda? (Cierpiałam z powodu tej decyzji. Oooo cierpiałam!) Z chaty ruszyliśmy na Południowy Gruń (1480 mnpm) pomarańczowym szlakiem, którym z powodu faktu że było stromo jak diabli szłam całkiem boso. Widziałam też wielu innych fanów tego sposobu wspinaczki... :D
Po drodze spotkaliśmy również innych psiarzy, z mniejszymi lub większymi pociechami na szlaku schodzących w dół lub też w górę jak my. Po chyba najbardziej wymagającej z pierwszej wyprawy wspinaczce na Południową Gruń było już tylko lepiej, tak sądzę. Spacerowaliśmy sobie raz w dół, raz trochę w górę szczytami gór i podziwialiśmy zapierające dech w piersiach widoki.
Generalnie tych nazw po drodze i górek było sporo, ale zapamiętałam aż do Chleba tylko Hromove(1636 mnpm), potem oczywiście malowniczy szczyt o nazwie Chleb (1644 mnpm) na którym symbolicznie zatrzymaliśmy się na kromeczki i poprzez przełęcz Snilovską na Wielki Krywan (1709 mnpm) na którym pozostawiliśmy pamiątkowy wpis. Gdyby ktoś tam kiedyś był - zobaczycie krzywego mudika w zeszyciku. :D
Na tę chwilę to tyle, nie zamierzam was zanudzać wszystkimi naszymi wyprawami od razu. :) Jak widać na fotkach, pogoda to nas straszyła burzą, do której na szczęście nie doszło, to znów rozpieszczała słońcem, ale i tak było na co popatrzeć. Wróciliśmy schodząc do jakiejśchaty (nie mam pojęcia, co poradzić...) i potem "zielonym szlakiem" który niestety, ale wiosenne powodzie zmieniły nieomal w szlak czarny, a informacji na temat tego faktu nie zastaliśmy. Po przeprawie przez rzekę zeszliśmy do Starego Dworu i stamtąd już do hotelu we Vratnej. :)