Zayma craft - recenzja zabawek.

Miesiąc temu dostaliśmy do testów od Zayma Craft dwie zabawki i jak to u nas, zaraz wylądowały w torbie treningowej i powędrowały na agilitki. Pierwszą zabawką, którą widzicie na fotce powyżej, była ażurka na amortyzatorze, z owcą w środku. Chciałam coś takiego już od jakiegoś czasu i byłam straszliwie ucieszona jak ją zobaczyłam. Nie tylko przepiękna, ale i niesamowicie atrakcyjna dla piesków, no bo, ażurka, na taśmie i kłaki z owcy?! Ojacie!
Piłka składa się z miękko podszytej rączki, taśmy, amortyzatora, ażurki i owcy, na moje oko wszytej w tę część taśmy, która trzyma ażurkę. Tu się zatrzymajmy na moment. Miałam ażurkę z EO, firmy bez nazwy, kupioną na pamiątkę. Też na amortyzatorze, też na taśmie. Po pół roku, ażurka pękła i tyle po zabawce. Potem wydedukowałam, jak ją znów przyczepić, ale to inna historia. Taka sama ażurka jest na taśmie w tym przypadku, ale, ale! Jest złapana szerzej, przez co wydaje mi się, tak szybko się nie podda, plus jest więcej miejsca na owcę.
Dobra, dobra, a jak przeżyła ażurka miesiąc z moimi piraniami? Przypadła głównie Tigiemu, fanowi kłaków wszelakich i modliłam się, żeby jej nie skasował jak zajączka i innej owcy, które zajęły mu jedno moje odwrócenie się na treningu. (Ups...) Nie powiem, żeby nie próbował wyrywać kłaków, ale na szczęście, to wcale nie jest takie proste! Jak widać na fotce, trochę je powyciągał, ale nie był w stanie ich całkowicie wydłubać. Nawet wtedy, kiedy został na moment z zabawką, owca w piłce była cała. Przez ten miesiąc, używałam tej zabawki do wszystkich treningów. Daje to jakieś trzy treningi tygodniowo, dla dwóch, czasami trzech psów. (Gaszka dziamie amortyzatory. ;P ) Używały jej Tigi, pies z poważną tendencją do niszczenia zabawek, Ru, który potrafi całym ciężarem ciała z rozbiegu zawiesić się na zabawce, oraz Gem, panienka z zaciskiem szczęk prawie jak pies typu bull. ;) Fotka powyżej przedstawia zabawkę po tym całym czasie. Jak widać, poza normalnym oślinieniem owcy, wszystko ma się dobrze. Porównując amortyzator do innych firm, muszę przyznać, że jest fajnie zbalansowany między twardością, a elastycznością. Mój nadgarstek miał się dużo lepiej po sesji z Ru, niż przy choćby naszym zwykłym ażurku na taśmie. Do czego używałam takiej piłki? Z racji jej atrakcyjności, mogłam spokojnie proponować ją jako wymianę za aport, można ją wygodnie i daleko rzucić, do tego też się nadaje, udawało mi się ją upchnąć do dużej kieszeni bluzy, żeby biegać z nią tory. Po miesiącu intensywnego używania przez trzy różne psy, amortyzator nie zrobił się dłuższy, ani nie stracił swoich właściwości. Owca nadal jest puchata i chociaż brudna, pozostaje dla psów atrakcyjna. Co jeszcze dla mnie istotne, nie obrywałam zębami po łapach, co znaczy, że rączka zabawki była wystarczająco długa, a powierzchnia do chwytania duża. Myślę, że tego typu zabawka też dobrze sprawdziłaby się, jeśli chcemy nauczyć psa bawić się ażurkami na taśmie, a mamy problem z chwytaniem gumowych zabawek. Zauważyłam, że zarówno Gem jak i Tigi po jakimś czasie pewniej i mocniej chwytali też tą naszą zwyczajną ażurkę. Podsumowując?

Plusy:
+ Design. Kto nie lubi kolorków?! Patrzcie, jakie to jest piękne!
+ Wysoka atrakcyjność dla psa.
+ Raczej trudna do zniszczenia.
+ Wytrzymały i skuteczny amortyzator.
+ Przemyślany sposób umocowania ażurki na taśmie. (Nie zerwie się.)
+ Można porządnie rzucić.

Minusy:
Owca się brudzi i może być trudna do czyszczenia, lecz znów, to jest przywara wszystkich zabawek z tego materiału.

Drugą zabawką był klasyk, sztuczne futerko na krótkiej rączce, z amortyzatorem. Urzekł mnie znów design, bo jednak jednorożcowe futro i różowy... Ah, ah. Tą zabawkę przydzieliłam dziewczynkom, z kilku powodów. Gem jest fanką krótkich szarpaczków i umie pilnować szczęk tak, żebym nie oberwała po rękach, a Gaszka lubi futerka do sesji zbieganych strefek na palisadzie. Elegancko wtedy obniża głowę i mam takie śmieszne wrażenie, że ona na te odłożone futerka 'poluje'. :)
Zabawka jest dosyć mała i krótka, składa się z ślicznego, kolorowego, sztucznego futerka, amortyzatora i rączki. Całość łatwo wepchnąć do kieszeni, saszetki, czy zmiąć w dłoń. Mogłam bez kłopotu biegać pełne tory z tą zabawką, bez odczucia, że coś mi zaraz wypadnie. Gaszka oczywiście musiała chwytać za amortyzator, ale nie zauważyłam, żeby z tego powodu ucierpiał.
Tak jak i w ażurce, amortyzator jest fajnie zbalansowany i znów miałam pełen komfort dzikiego szarpania się z dziewczynami. Nie próbowałam się bawić tą zabawką z chłopcami, z tego powodu, że rączka jest dosyć krótka i podejrzewałam, że oberwę po palcach. Za to na odłożenie po palisadzie jako nagroda, futro sprawdziło się elegancko. Gaszka pięknie obniżała głowę, wydłużała krok i prezentowała ładniutkie strefy, których oczekiwałam. Również fajnie się na tą zabawkę robiło gridy, jak i właściwie wszystkie techniki treningowe, w których potrzebujemy odłożonej nagrody, leżącej na podłożu. Obie panienki chętnie przynosiły mi zabawkę, by otrzymać kolejną nagrodę, czyli sesję szarpania. Często zostawiałam je na chwilę same z futrem, na przykład, żeby posłuchać trenera, ale jakoś to przeżyło. ;) Dla porównania, Gaszka podczas takich kilku samotnych chwil pozbawiła mnie wielu piszczących piłeczek. W czasie, którego potrzebowałam na zamienienie kilku zdań. Eh! Futro super się pierze, wraca do kolorów zarówno kłaki jak i rączka, wystarczy je po wyschnięciu przeczesać jakąś szczotką i wygląda jak nowe. Nie bardzo lata, jednak, nie bardzo jest co oczekiwać latania, w końcu, to mała i lekka zabawka. Za to chętnie używałam jej do startów, bo mieściła się w dłoni, można nią fajnie psa nagrodzić bez większej przestrzeni, a potem zostawić bezpiecznie poza ringiem. Po biegu szybka komenda "get it!" i Gaszka już miała swoją nagrodę, a ja mogłam intensywnie ją nagrodzić szarpaniem, znów, nie przeszkadzając innym osobom. Przez miesiąc, futerko używały dwa psy, jeden mocno niszczący, drugi z mocnym zaciskiem paszczy.

Plusy:
+ Design. Design. Design.
+ Mały rozmiar. (Małe jest piękne! ;D) Czyli wszędzie upchniesz.
+ Wytrzymały i skuteczny amortyzator. Nawet jeśli twój pies uważa, że to tą częścią zabawki należy się szarpać.
+ Łatwo się czyści i nie traci kolorów.
+  Możliwość nagradzania psa blisko siebie. (Ważne na zawodach.)
+ Przeżyło z Gaszką!

Minusy:
Na moje, rączka mogłaby być lekko dłuższa, bo zdarzyło mi się oberwać zębami po łapach. Ale. Podejrzewam, że spokojnie dałoby się poprosić o uszycie takiej na dłuższej rączce. (Albo nauczyć pieska kultury. Nie jestem w tym zbyt dobra, heh.)

Co oferuje nam Zayma Craft? Porządny amortyzator, który naprawdę ochroni wasze stawy, więzadła i mięśnie przed przeciążeniami z powodu pieskowych szaleństw, wysokiej jakości materiały, przemyślane rozwiązania, innowacyjne pomysły (pierwszy raz w życiu widzę w sprzedaży ażurkę z owcą w środku), prześliczny design i co najważniejsze dla mnie, wysoką atrakcyjność zabawek dla naszych podopiecznych. Gem potrafiła podczas sesji treningowej zahaczyć o torbę treningową z poprzednią nagrodą, żeby wymienić ją na ażurkę z owcą, albo futro! ("Przepraszam mamo, ale bawiłabym się tym. Mogę?") Też to właśnie te zabawki były tymi, które najczęściej Tigi próbował wykradać. ;) Karol również podziela moje zdanie, że jednak po tej ażurce się nie zdarzało, żeby coś go w ręce bolało, pomimo nadal tak samo intensywnego nagradzania Ru. Dla nas, te dwie zabawki to totalne must have na trening od miesiąca i raczej tak zostanie. :) Ażurka upchana owcą dzielnie zastąpiła zwykły szarpak z owcy i dużo lepiej znosi treningi, a futro jest konieczne do sesji dłubania palisadek czy gridów.

Trening na cztery psy.

Post na zamówienie, czyli, jak ogarniam cztery psy na treningu? Ja ogólnie, mam swoje dwa psy, Gaszkę i Gem, ale z racji faktu, że Karol sporo pracuje, często zajmuję się też jego chłopakami. Nie raz bywało tak, że podrzucał nas na teren, jechał coś załatwiać, a ja miałam dwie godziny na zrobienie treningu. Sama. Z czterema psami.
Trenujemy dwa lub trzy razy w tygodniu, każdy pies ma dwie, maksymalnie trzy sesje w trakcje treningu, przerywane odpoczynkiem w klatce. Jeden trening to trening pod okiem Olgi Kwiecień, dwa są samodzielne. Zwykle, trenujemy razem z Karolem, "przeplatając" między sobą swoje psy, tak, abyśmy mogli wzajemnie sobie pomagać i trochę też odsapnąć. ;)
Wchodząc na plac, pozwalamy psom trochę pobiegać luzem, załatwić potrzeby i rozgrzać się, kontrolujemy stan przeszkód, uczymy się toru. Następnie, psy oczekujące na swoją kolej trafiają do klatek, luzem zostaje tylko ten trenujący. Jeśli jesteśmy we dwoje, jedno trenuje, drugie kontroluje strefki, służy radą i pomocą. Nie bądźcie zaskoczeni, ale często Karol potrafi zobaczyć moje błędy mimo tego, że nie trenuje tak długo. Mi często zdarza się na szybko lecieć po "demo-doga" Gaszkę, lub mam ją leżącą w okolicy, by móc pokazać jakieś ustawienie, czy ruch w danej sekwencji.
Jeśli jestem sama, zamykam psy oczekujące w klatkach i spokojnie prowadzę sesję z każdym kolejno. W każdym przypadku, czy jestem sama, czy z Karolem, czy u Olgi, trening z czterema psami zajmuje przynajmniej półtorej godziny, zwykle dwie. Jeśli mamy temperaturę w okolicy zera stopni lub mniej, dzielę psy trenujące na dwie grupy; młodzież i zaawansowane. Łatwo się domyślić, młodzież to Tigi i Gem, zaawansowane to Ru i Gaszka. Jedna grupa siedzi w aucie, druga trenuje i wymieniamy psy po zakończonym treningu jednej grupy. W ten sposób, psy nie marzną czekając.
Co robimy? Zależy od psa. Każdy ma swój indywidualny plan treningowy, zwykle oddzielam sesje "dłubania" od sesji sekwencji. Zaczynam od dłubania i potem dla rozluźnienia śmigamy sekwencje. Generalnie, wszystkie nasze psy strasznie sekwencje kochają i jest to taka trochę nagroda za ładną sesję dłubania, poza tym, trochę lepszy mózg jest na początku treningu. :)

Dużo rzeczy robię z chłopcami ja, nawet jeśli Karol jest z nami, tylko dlatego, że ma trochę mniej cierpliwości. Większą część dłubania i podstaw robię na cztery psy, a z grubsza "gotowego" psa oddaję znów pod przewodnictwo Karola. Działa? Działa!

Na zakończenie treningu, staram się pójść na długi spacer, a jeśli nie ma możliwości, pochodzić przynajmniej kilkanaście minut z psami po terenie, aby je rozluźnić i dać im rozładować emocje do końca. Jest to także bardzo korzystne dla układu ruchu, pozwala wyciszyć się po ćwiczeniach. Nie wyobrażam sobie wrzucania rozjaranych mudików do auta, podejrzewam, że mogłoby ucierpieć. :D

Wieczorami, lubię poklikać w domu. Kształtujemy sztuczki, bawimy się w psie fitnesy, robimy świadomość ciała i równowagę. Poprawiamy myślenie i pewność siebie, oraz, domęczamy mózgi przed spaniem. To również robię sama, wyjmując pieski kolejno z klatki.

Szczerze, bardzo lubię trenować z czterema psami, jak i biegać z swoją dwójką. Bardzo interesująco obserwuje się różne typy charakterów i znajduje drogi do każdego psiego mózgu. Minusem dla mnie może jest tylko czas, ale i to jakoś bardzo mi nie przeszkadza. Zawsze miałam pewien niedosyt pracując z samą Gaszką i wciąż mam go na zawodach startując tylko z nią, ale powoli się to zmieni. :)

Zasady działania sfory.

Mijają już trzy miesiące, odkąd mamy cztery psy, w dodatku reaktywne mudiki. Były rzeczy, których musieliśmy się nauczyć i takie, których nauczyliśmy się na błędach. Ciekawi, jak to jest? Zapraszam. :D
1. Kiedy można powiększyć sforę?
Zależy. Dla mnie, podstawą było to, że psy, które mam aktualnie są w pełni opanowane. Dla każdego psa, czas kiedy się go "ogarnie" jest indywidualny. Dla Gaszki, było to dopiero koło sześciu lat, a wciąż są dla niej zasady specjalne, takie jak to, że w okolicach dzikiej zwierzyny nie bryka luzem. Dla Ru było to również sześć lat, ale z innym przewodnikiem, ja sam na sam z nim na spacerach i tak wolę go mieć na lince. Za to Gem miała osiem miesięcy kiedy uznałam, że nie ma się do czego przyczepić. Serio. Teraz ma trochę ponad rok i tak jej zostało. Innym czynnikiem jest dla mnie stan aktualnego psa sportowego na danego przewodnika. Gdy braliśmy Gem, Gaszki problemy na torze wynikały już jedynie z mojego handlingu, miała za sobą wiele udanych biegów na zawodach, stąd, mogłam spokojnie zająć się szczeniakiem. Z Karolem historia jest inna, ze względu na stan zdrowia Ru, nigdy nie jesteśmy pewni, jak długo będzie mógł biegać. Nie chcieliśmy kłaść na niego zbyt dużej presji, toteż wzięliśmy Tigiego. Kolejnym czynnikiem jest wiek, dla mnie, między psami danego przewodnika powinno być tak ponad dwa lata. Podstawowymi i bardzo ważnymi czynnikami są także finanse i czas. Wzięcie każdego psa u nas poprzedzają obliczenia, jak z żywieniem, treningiem, ewentualnym weterynarzem (z szczególnym uwzględnieniem wypadków losowych), oraz czy oboje damy radę z taką ilością psów. Jak będą wyglądały treningi i spacery, czy stać nas będzie na wszystko i czy nawet jedno tylko z nas, będzie mogło zająć się nimi, gdy drugie nie może. Kiedy "wszystkie światła są zielone", decydujemy się na burka i... U nas jest tak, że rozmyślamy o tym jeszcze długo. Rozważamy. Zarówno ja jak i Karol nie lubimy pochopnych decyzji. 

2. Trudno jest z taką szczekliwą bandą?
Trudno. Łatwo. Nie wiem, lubię to. Smycze się plączą, Gem z Tigim usiłują się bawić idąc, wszystko się ekscytuje i szczeka, na spacerach są jednym wielkim, głośnym tornadem, trzeba mieć oczy dookoła głowy, a trening trwa przynajmniej dwie godziny. Trzeba znać zasady. Kto kiedy, z kim biega luzem, kto gdzie może biegać luzem i kiedy trzeba kogo zawołać. Całą masę zasad. Trzeba to lubić, mieć czas i samozaparcie. Po stokroć, nie żałuję powiększenia sfory z dwóch do czterech psów. Ani przez moment nie żałowałam, mimo, że bywało, że miałam ochotę któremuś urwać łeb. Bo żarło z kuwety, bo darło mordę bez powodu, bo wydarło się na jakiegoś pieska. To nie jest łatwe, naprawdę. Podczas spaceru muszę poświęcać im dwieście procent swojej uwagi, ale jest to możliwe i wcale nie takie uciążliwe, jeśli się to lubi. My lubimy, ja wręcz uwielbiam oglądać ich relacje, wspólne zabawy i pracować z nimi. Główny niebezpieczny czynnik, to niestety efekt sfory. Jeśli dopuścisz, by jedno zwiało się na coś wydzierać, wszystkie pobiegną za nim. Dlatego, należy znać zasady i zapobiegać.

3. Jak wprowadzić nowego członka do sfory?
Ja wprowadzając nowego psa do sfory na początku nie pozwalam na kontakty niekontrolowane. Gdy wychodzę, wszyscy trafiają do klatek, na noc też. Bardzo pilnuję zapobiegania sytuacjom konfliktowym, nie zostawiam psów samych z jedzeniem, przyglądam się zabawom, raczej nie rzucam wszystkim jednej piłki i nie zamykam w małej przestrzeni. Daję im czas i dużo miejsca do poznania się. Pierwsze spotkanie aranżuję na dużym, neutralnym dla wszystkich, zamkniętym terenie. Dopiero po kilku miesiącach kontroluję ich kontakty mniej.

4. A podróże?
My mamy duże auto i wozimy psy w klatkach. Ale. Zdarzyło mi się samotnie jechać pociągiem z czterema psami. Obładowana jak cygański tabor, z dwoma klatkami, przejechałam. Możliwe. Tylko, jak w ogóle z posiadaniem takiej ilości psów, trzeba mieć samozaparcie i... nierówno pod sufitem. No i oczy dookoła głowy i przygotować się na kiblowanie w dziale rowerowym i pilnowanie klatek.

5. Jak z pracą i studiami?
Nam dużo pomaga fakt, że jesteśmy we dwoje. Kiedy Karol nie może, ja zajmuję się całą czwórką i vice versa, stąd, nawet studiując i pracując, zapewniamy psom dwa-trzy treningi w tygodniu i codzienny długi spacer. Na wyjazdy, mam najlepszą na świecie psią cioteczkę (pozdrawiamy), która zabiera pieski na krótkie wyjścia. W mieszkaniu są zmęczone i wiedzą, że to nie miejsce do zabaw, toteż, leżą sobie po kątach, pojawiając się magicznie na dźwięk otwieranych drzwi od kuchni...

Podsumowując, trzeba... rozpędzić się i z barana załadować w ścianę. Tak na serio, to chcieć, lubić, mieć siłę, samozaparcie, konsekwencję i sporo czasu. Życie z czterema psami, szczególnie reaktywnymi, nie jest łatwe, ale też i nie niemożliwe. :)

Projekt - Szczeniak - I

Ktoś na grupach blogerów szukał info o tym jak wychować szczeniaka. Wymyśliłam więc, że w sumie Gem całkiem się udała i może się podzielę tym, jak udało mi się ogarnąć to diablątko.
Wybieramy szczeniaczka u hodowcy, potem tygodnie oczekiwań, ekscytacja, plany, rozmyślania. W tym wszystkim jednak, ja obiecałam sobie, że dam dziecku czas być dzieckiem. Jasne, są rzeczy do zrobienia, ale ograniczałam się do minimum. Ustaliłam priorytety, samokontrola (w formie zabaw), socjalizacja, zostawanie w klatce (u mnie zdecydowanie ważne), oraz podstawy pracy. Zaczęło się prosto, Gem jeździła wszędzie. Centrum handlowe, zawody, dworzec pkp, zakupy, wyposażyłam się w taki plecak-klatkę (do kupienia na zooplusie) i zza siateczki Gemie poznawała świat.
Częstym błędem, według mnie, w socjalizacji z różnymi miejscami jest przemęczanie szczenięcia. To ciągle dziecko, potrzebuje czasami dnia odpoczynku, a wpychanie przerażonego malca w tłum, to tworzenie negatywnych skojarzeń. Starałam się, żeby Gem miała gdzie się wycofać i żeby dni  z atrakcjami, przeplatały się z dniami, kiedy jest mniej ekscytująco. Socjalizacja dla mnie, to także zapoznawanie się z pieskami. Ale. Wybierałam towarzyszy zabaw, których byłam pewna, wiedziałam szczeniak będzie traktowany odpowiednio delikatnie i nauczy się, że pieski są fajne. Przy czym, wszystkie zabawy były kontrolowane, nie pozwalałam także na "męczenie" szczeniaczka i nie pozwalałam szczeniakowi męczyć towarzyszy. 
"O jaki słodki maluszek!" czyli obcy ludzie. Tutaj też decydowałam, kiedy pozwalać na kontakty i raczej wybierałam na takie socjalizacje środowiska psiarzy. Psie ciocie i wujkowie wiedzą, jak odpowiednio podnieść szczeniątko, odczytują dobrze sygnały i rozumieją, kiedy się mówi, że nie teraz. Miałam to szczęście także, że na pewne zajęcia mogłam zabrać małą Gem ze sobą, a moi koledzy i koleżanki z kierunku, jak i często wykładowcy, wspomagali socjalizację małego potwora bardzo umiejętnie. W ten sposób Gemie nauczyła się spać, kiedy nic się nie dzieje, że wszędzie można się zrelaksować i tego, że wszystkie ludzie są dobre i miziają. :)
Podróże, podróże, podróże. Od początku nie dawałam papi wytchnienia w tym temacie i jeździła wszystkim i wszędzie. Gdy nie uczestniczyła w treningach, jechała pobawić się z psimi koleżankami, pouczyć się ładnego siedzenia w klateczce i tak dalej. Na zawodach krążyłyśmy wokół ringu, bawiłyśmy się, albo po prostu siedziałam z moim maleństwem na kolanach i byłam szczęśliwą "matką". :D Była moją towarzyszką na uczelni, w wieku sześciu miesięcy pojechała z nami do Włoch i przespała całą drogę, na zmianę na własnych łapkach i w plecaku przemierzyła bory dolnośląskie i wiele innych miejsc. Teraz hotele, zawody i wyprawy jej nie straszne.
Ważne jest, aby od szczeniaczka nie wymagać za dużo i "dać czas czasowi". Nasze sesje treningowe trwały co najwyżej kilka minut, w trudnych miejscach nawet tylko kilkadziesiąt sekund. Zawsze staram się skończyć, zanim szczenię się rozproszy i w momencie, kiedy osiągnęło sukces. Nie warto zrażać się okresami "buntu", czy innymi problemami, takimi jak chwilowe strachy. Wszystkie szczeniaki tak mają, każdy kiedyś zwiał do czegoś, nie oddał zabawki, wystraszył się głupoty. Bywa, głowa do góry. Wyrośnie. :) Nie, żebym nie panikowała wcześniej, kiedyś, gdy Gaszka była młodsza, też przeżywałam jej szczenięce problemy. Przy Gem już wiedziałam, że minie i kwitowałam to śmiechem. (Chociaż nie raz biegłam pisać do naszej trenerki "CO ROBIĆ?!" :P)
Kwestia o której napiszę teraz, jest trochę indywidualna. U nas, pozwalam w sforze na pewne wzajemne korekty. Nie ma szarpania się i kłócenia, ale pozwalałam Gaszce kłapnąć na małą, gdy widziałam, że ewidentnie przesadza. Przyglądałam się, w jaki sposób, który pies koryguje szczenię i sprawowałam cichą kontrolę. Gaszka u nas wzięła się poważnie za matkowanie, uznała, że Gemie jest jej i czasami wręcz pozwalała aż na za dużo. Gdy mnie nie było w pobliżu, izolowałam małą od dorosłych psów, dopiero gdy wyrosła na tyle, że byłam pewna, że nic jej się nie stanie i trochę już nabrała mózgu, zaczęła zostawać z resztą psów razem.
Podstawami pracy w moim rozumieniu jest to, że pies jest w stanie się skupić na przewodniku i pracować z nim w każdych warunkach, oraz, zrezygnować z czegokolwiek co robi, by podjąć pracę. Stąd, bez nacisku, mała Gemie uczyła się bawić w stopniowo trudniejszych miejscach. Od mieszkania, przez polankę w lesie, plac treningowy, zawody i tak dalej. Starałam się stopniować trudność, aż mogłam odwołać szczeniaczka z zabawy z innymi psami, by zaoferować zabawę ze mną. (ALE! Tutaj poszarpałam się dosłownie momencik, nagrodziłam żarciem i zwolniłam do zabawy z innymi pieskami znów.) Nie robiłyśmy przy tym niczego specjalnego, aż do prawie ósmego miesiąca życia Gem nie wiedziała co to cik. ;) Tuneli nauczyła się przypadkowo, pląsała sobie wesoło po placu agility i uznała bieganie tuneli za zabawne. :D 
Co jeszcze robiłyśmy? Dla mnie, w przypadku psów tak popędowych jak Gem, istotna była bardzo samokontrola. Wesoło bawiłyśmy się w "its your choice", na jedzonko, zabawki, a potem wyewoluowało to do ładnego zostawania i zaowocowało w wielu innych dziedzinach życia. Zamiast rzucać się do rąk, szczeniaczek oferował siad i pełne skupienia poważne spojrzenia. :D Ale, ale, haczyk. Samokontrola to nie syczenie na psa, żeby nie wyrywał jedzonka czy krzyczenie na niego. To cierpliwość i spokój. Kształtowałam również różne drobne sztuczki pomagające dzieciakowi ogarnąć gdzie ma łapki, przód i tył, co przyda się w przyszłym życiu sportowym, oraz popularne crate games. W kierunku agility robiłyśmy zmiany na płaskim, bez przeszkód, jak i ważne dla wszystkich sportów, wymianę zabawek.

Tutaj można obejrzeć, co robiła Gem mając pięć miesięcy. Dopiero miesiąc czy dwa później poznała pracę na przeszkodach, a "poważniej" zrobiło się, kiedy miała coś około ośmiu miesięcy. Jednak, dla mnie zasada była taka, że szczeniak czy też pies jeszcze nie nauczony pracy, ma jedną sesję na treningu. Dla porównania, psy "zrobione" mają od dwóch do czterech. Ilość sesji zwiększyłam w wieku dziewięciu miesięcy, ale też były zależne od dnia, tego co akurat robiłyśmy i tak dalej. Myślę, że tempo rozwoju jest także zależne od danego osobnika, ale, jednak lepiej zrobić coś trochę później i dokładniej, niż się spieszyć i potem zaklejać braki w podstawach. 
Podsumowując, nie spiesz się, daj szczeniakowi być szczeniakiem, nie naciskaj i nie porównuj swojego szczeniaka do innych. Każdy dorasta w swoim tempie. Nie martw się jeśli coś nie idzie po twojej myśli, w razie problemów, poszukaj pomocy u dobrego trenera. Warto mieć kogoś, kogo można zapytać "co teraz?". Zamiast na robiących wrażenie sztuczkach, skup się na podstawach, które zaowocują w przyszłości. No i ciesz się tymi ulotnymi chwilami, zanim się obejrzysz, ten malec będzie dorosły. ;)

Q&A - pytania z sarahah.

Na serwisie 'sarahah' można pisać komuś coś anonimowo, stąd, pomyślałam, że wrzucę link i poproszę o pięć pytań od was i odpiszę na nie na blogu. Zaczynajmy. :D
1. Dlaczego mudi?
Zaczęło się od "typowy owczarek, ale trochę mniejszy, ale no nie mały, może być szczekliwy, żeby chciał ze mną coś robić i żeby był twardy, nie lubię miękkich psów". Był oczywiście border collie, ale mam osobistą alergię na ich skradanie (koszmarnie mi się ono nie podoba), plus bordery są takie "ładne", aż na mój gust za bardzo. Miał być groenendael, zrezygnowałam po tym jak dotarłam do informacji jak bardzo padaczka jest częsta w tej rasie, aż natknęłam się na mudi. Wybrałam się na wrocławską jesienną wystawę w roku 2009 i tam poznałam Skye i... Wszystko mi się w mudi spodobało. Ruch, lekki, giętki, wpatrzenie w przewodnika, długie łapy, trójkątna głowa i ogon zawadiacko zarzucony na grzbiet. I właściwie nie wiem co jeszcze, ale wiedziałam od razu, że to właśnie rasa której szukałam. Mudi.


2. Co mają w sobie takiego, że Cię do nich ciągnie?

Energię. Optymizm. Szaleństwo. Mudi są głośne, niesamowicie aktywne, ekspresyjne i wymagające uwagi. Uwielbiam z nimi trenować, patrzeć jak z łatwością rozwiązują problemy, jakie są pełne życia i szczęścia pracując, jak się starają, jak podekscytowane są tym, że jesteśmy razem i robimy coś razem. Mnóstwo razy dziennie doprowadzają mnie do śmiechu, zmuszają do codziennego wychodzenia z domu, razem dążymy do celów i pokonujemy problemy. Karol mówi, że jestem jak jedna z nich. Głośna, pozytywna, nie umiem usiedzieć w miejscu, ciężko mi nad sobą panować i najspokojniejsza jestem zmęczona. I coś w tym jest. Ciągnie swój do swego. ;)

3. Jakie widzisz największe różnice i podobieństwa w cechach u swoich czterech?
Wow, ciekawe pytanie. Zacznijmy po kolei.

Gaszka: Z jednej strony, najspokojniejsza z sfory. Mogę jej ufać, jest doświadczona, zna każde moje skinienie, każdego z reszty psów potrafi opanować, zawsze wszystko robi tak, jak sobie tego życzę. Na torze znamy się już jak dwie dłonie, mogę się skupić na tym, żeby robić swoje i wiem, że ona zrobi swoje jak najlepiej. Ma swoje czasy schizów za sobą, chociaż wiem, że w lesie muszę mieć na nią szczególną uwagę. ;) Nie lubi innych psów, trzyma je na dystans i nie stroni od strzelenia zębami. Żartobliwie nazywamy ją "słodką szmatką", co oznacza, że jest równie słodka, kochana i spokojna, jak i wredna, bezwzględna i twarda. Nie da sobie w kaszę dmuchać i nie boi się żreć z większymi od siebie psami, jeśli te nie zrozumieją wcześniejszych sygnałów "odwal się". Bardzo dobrze panuje nad emocjami i nie wymagała pracy nad tą kwestią. Beze mnie traci pewność siebie i bywa delikatna, ze mną jest gotowa stawiać czoło potworom, pokonywać góry i lecieć w kosmos. :D
Stopień pokrewieństwa: Jedna linia z Gem. Ciotka dla Tigrisa, dwie linie z Ru.

Ru: Na spacerach gdziekolwiek jesteśmy, jest na każde zawołanie, za to, jest nerwusem i jego relacje z Tigim i Gem są przez nas delikatnie kontrolowane. Również nie lubi innych psów, chociaż są wyjątki i zwykle bez smyczy toleruje wszystkich, jednak bez pozwolenia na poufałości. Nie umie się bić na serio, jest panikarzem i czasami sierotą, ma swoje własne dziwaczne powody do imaginowania problemów. Ale. Karol uwielbia go na torze, a ja muszę przyznać, że to dobry, inteligentny i szybki pies, z o wiele większym drivem niż Gaszka. Gaszkę przed startem trzeba "włączyć", pobawić się, posztuczkować, skupić na sobie. Jego wystarczy rozgrzać i postawić na starcie, da z siebie sto procent. ;) Bardzo polega na przewodniku, myślę, że sam w sobie nie jest bardzo pewny siebie, choć obecność Karola sprawia, że Lucjan nie boi się już niczego. 
Stopień pokrewieństwa: Dwie linie z Gaszką, niskie z Tigrisem i Gem. (Jedna linia daleko.)

Gem: Najmocniejszy drive z całej sfory, jednocześnie najmniej konfliktowy charakter. Jak? Nadal nie wiem. Kocha wszystko. Wszystkich. Dogada się z każdym, z każdym się pobawi i dla każdego ma uśmiech. Wszędzie potrafi się na mnie skupić, wszystko dla mnie porzuci (zabawę z innymi pieskami, smaczne znalezisko, gonitwę), mimo młodego wieku, mogę jej ufać na spacerach w stu procentach. Pracuje jak mały demon, jest szybka i jeszcze się siebie uczymy, muszę ją pilnować i być wszędzie w czasie, nie jest taka wyrozumiała jak Gaszka w tej kwestii. ;) Podobnie jak Ru, Gem wymagała mocnej pracy nad samokontrolą i emocjami, podejrzewam, że bez tego mogłoby być ciężko, za to nie ma dla niej rzeczy strasznych. W życiu również muszę myśleć za nią, Gemie uważa, że potrafi latać i ma stalowe kości. ;D W razie konfliktu jest bardzo uległa, ustępuje, chyba, że chodzi o żarcie, żarcia będzie bronić zaciekle. :P Ma coś, czego bardzo szukałam u następnego psa sportowego dla mnie, tj nie trzeba jej "włączać" czy motywować. Sama z siebie zasuwa jak torpeda, niezależnie od miejsca i warunków.
Stopień pokrewieństwa: Jedna linia z Gaszką, niskie z Ru, pół-siostra dla Tigrisa.

Tigris: Jak to pół-rodzeństwo, jest mocno podobny do Gem. Oboje mają mocny drive i są bardzo pewni siebie, niczego się nie boją i pracują niezależnie od warunków. Do ludzi odnosi się z łagodnym dystansem, nie cieszy się, ani nie odsuwa, za to lubi inne psy i chętnie się wita. Na spacerach jego jedyną słabością, tak jak w przypadku Gaszki jest zwierzyna, stąd, na tę dwójkę mam na specjalnej uwadze w lesie. ;) Nie powoduje konfliktów, ale też nie da sobie w kaszę dmuchać jak jego ciotka, wyraźnie stawia granice dla reszty psów i sygnalizuje ładnie swój dyskomfort. Bardzo podoba mi się jego drive, jak wspomniałam, jest równie szalony jak Gemie i zapowiada się na szybkiego psa agilitowego. Jest dużo mniej nerwowy niż Ru, nie ma schiz i bardzo szybko łapie nowe rzeczy. Dołączył do nas w wieku dwóch lat, ze wsi na Węgrzech do wielkiego Wrocławia, mimo to, nie mamy problemu z lękami czy pracą, od razu w każdym nowym miejscu był wesoły i pewny siebie. W dwa tygodnie przekonał się do nas całkowicie i pokazał pełnię swojego charakteru i myślę, że on i Karol będą dotrzymywać kroku w agility mi z Gem. :D
Stopień pokrewieństwa: Dwie bliskie linie z Gaszką (1. pokolenie), niskie z Ru, pół-brat Gem.

Budową, Gem i Ru mają bardzo podobne kątowania, lekką kość, drobną głowę i długie łapki, Tigris ma kątowania podobne do Gaszki, szerszą głowę, ale równie lekką kość i długie łapy co Gem i Ru. Gaszka z wszystkich ma najmocniejszą kość, jest trochę dłuższa, kątowania ma podobne do Tigrisa. Podsumowując, Gaszka ma chyba najsłabszy drive, ale mogę jej ufać, chociaż jest wredną suką, Ru jest synkiem tatusia z niewielkim rozumkiem i szybkimi łapkami, Gem to ciężki wariat, a Tigi to dojrzały mężczyzna, który jak to facet, lubi zapierniczać szybko. :D

4. Jak zrobić taką dobrą zupę z grzybami jaką Ty umiesz?
Śpieszę z przepisem!

Składniki:
- Boczek. Duży, tłusty kawałek wędzonego boczku.
- Grzyby, w opcji: suszone oraz świeże lub mrożone. Jeśli świeżych lub mrożonych braknie, więcej suszonych.
- Ziemniaki. 
- Ziele angielskie, majeranek, kminek mielony, liść laurowy, sól.
- Cebula.
- Opcjonalnie: kasza jaglana.

Przygotowanie:
Część grzybów suszonych zalewamy wodą w dużym kubku i zostawiamy na minimum godzinę. Kroimy cebulę i boczek w drobno, smażymy na maśle, jak cebula się zeszkli, dorzucamy świeże grzyby. Jak nie mamy świeżych, to trudno. ;D To wszystko do gara, dorzucamy pokrojone w kawałki ziemniaki i grzyby oraz suszone grzyby, zalewamy wodą i odpalamy. Dodajemy przyprawy, soli ile kto życzy. Dodajemy te suszone grzyby z wodą, które przygotowaliśmy wcześniej. Gotujemy. Długo, na niskim ogniu. Opcjonalnie, gotujemy kaszę i dorzucamy do zupy. Serwujemy ze śmietaną, a jak kto nie lubi, to bez.

Smacznego. :D

5. Mam wrażenie, że piszesz ciągle tylko o wadach twoich psów i ogólnie rasy. Więc czemu wybrałaś rasę która tak ci nie odpowiada?

To pytanie dostałam po komentarzu, że podobno piszę zbyt pozytywnie i sam tu brokat, więc w sumie zdania mamy podzielone... Do rzeczy jednak. ;) Mudiki odpowiadają mi we wszystkim, łącznie z darciem japy na treningach, swoją nadaktywnością i tak dalej. Gdy brałam mudika, większość źródeł o rasie było po angielsku. Dla mnie to żaden problem, posługuję się językiem bez kłopotów, chciałabym jednak być pomocna dla przyszłych pasjonatów rasy, którzy w google wpiszą "problemy mudi" i będą wiedzieć, czego się spodziewać. Ot, tyle. Lubię dzielić się wiedzą i pomagać osobom podobnie zakręconym, jednocześnie trochę staram się "chronić" mudiki przed osobami, do których pasować całkowicie nie będą. Osobiście, kocham te diablęta i nie widzę siebie z inną rasą.


6. Co gdyby nie mudik?

W temacie! :D Pewnie owczarek chorwacki, wystarczająco zbliżona rasa, sentymentem darzę także linie pracujące aussie, trochę cichsze, ale też trochę nienormalne. Innej rasy nie planuję raczej, zajmowałaby mi miejsce na kolejnego mudi. ;)

7. Gaszka była twoim pierwszym psem, prawda? Skąd dowiedziałaś się te kilka lat temu o mudikach, teraz nie wiadomo o nich dużo, więc wtedy tym bardziej? Jak namówiłaś rodziców na pojechanie po psa do Węgier? Opowiedz trochę o pojawieniu się u ciebie pierwszego mudika. :)

Kolejne mocne pytanie! Dowiedziałam się więcej poznając Skye na wystawie i rozmawiając z właścicielami, dużo informacji dostałam od hodowców, nie tylko moich psów, ale ogólnie hodowców mudi, rok mi zajęło zbieranie informacji przed decyzją o zakupie szczeniaka. Trochę jednak przyznam, że kierowałam się sercem i nie do końca wiedziałam na co się piszę. Moi rodzice mieli zdania podzielone na temat mudika, ojciec był zdecydowanie na nie, z czego na pewno nie chciał po psa jechać, mama była na tak, jechać chciała, ale to były czasy w których to mój biologiczny ojciec miał "ważniejsze" zdanie. Hodowcy Gaszki zgodzili się przetrzymać ją do czasu wystawy w Miszkolcu, na którą jechał mój znajomy i zgodził się zabrać małą do Polski. Tak Gaszka dotarła do Rzeszowa, skąd ją odebrałam z mamą. Miała cztery i pół miesiąca gdy trafiła do mnie. Ot, cała historia. 

Jak widać, wyszło trochę więcej pytań niż pięć, muszę też zrobić więcej fotek do wpisów, bo zaczyna mi się arsenał kończyć. :D Pytania wyszły bardzo ciekawe i jestem nimi pozytywnie zaskoczona, pytajcie dalej, wrzucę odpowiedzi w kolejnej części, tutaj link do profilu.
https://lecipuszek.sarahah.com/
Wypowiedzi są całkowicie anonimowe, także, jak chcecie coś jeszcze mi przekazać to proszę bardzo. ;D Dziękuję za pytania!

Jak nie oszaleć?

Następny bardzo filozoficzny i mądry post na blogu blondynki wariatki z trzema psami. :D Brzmi zachęcająco! Pisałam już o tym, jak wzajemnie się trujemy, żremy i obrabiamy sobie tyły w tym naszym pięknym psim światku. Teraz chciałabym opowiedzieć wam, jak w tym nie oszaleć i nie dać się zwariować, a nie powiem, ja się dałam. Ale, grunt, że znalazłam drogę powrotną!
1. Zajmij się sobą i swoim psem. Serio, nie interesuj się, czy osoba X miała lepszy czy gorszy trening, daj spokój z wyśmiewaniem tamtej, bo tamto i przede wszystkim, sam/a przestań być jadowitym wężem. Daj spokój. Jasne, rozumiem, każdy lubi plotkować, ale ogranicz to. Nie żyj tym. Zajmij się swoim psem, stwórz plan treningowy, zastanów się nad jego problemami i jak je przepracować, jak możesz jeszcze poprawić życie swojego kochanego czworonoga. Bo w tym wszystkim, liczy się właśnie twój pies! Daj spokój kłótniom i idź na dodatkowy długi spacer albo naucz nowej sztuczki. Nie klikaj w telefon zapowietrzony/a z powodu kolejnej gównoburzy na spacerze czy treningu, tylko skup się na tej chwili. Ja mam ban na telefon na spacerze, odbieram tylko ważne telefony. To czas dla mnie i moich burków i tak być powinno.
2. Olej to. Serio, olej ploty, syczenie i tak dalej. Sama wiem, jak trudno jest pozbyć się myśli "co oni powiedzą", "nie udało mi się, na pewno X już o tym plotkuje", "to będą miały tematy do wyśmiewania się ze mnie... ehhh". Jednak, do spokoju i postępu nie tędy droga. Rozmawiałam swego czasu z bliską przyjaciółką, która zapytała mnie "co oni powiedzą?!", na co odpowiedziałam, "za pięć lat, co będzie ważne, dawne ploty, czy twoje szczęście?". Zapytaj sam/a siebie, co będzie wtedy ważne? Podejmuj decyzje na podstawie logicznych argumentów i konsultacji z autorytetem, nie na podstawie plot i pomówień. Ja miałam nie mieć Gem, bo nie poradzę sobie ze szczeniakiem, bo za wcześnie, bo Gaszka będzie gorzej biegać. Posłuchałam siebie i swoich autorytetów i mam niesamowite szczenię, a Gaszka biega lepiej i lepiej. Wnioski nasuwają się same. ;)
3. Ciesz się! Ty i twój trener wiecie, jaki jest twój pies, jakie postępy zrobił i plotkarze, którzy opowiadają jaki jest beznadziejny/niezmotywowany/agresywny etc w sumie, to muszą mieć przykre i nudne życie, skoro się tobą interesują. ;) Nie daj sobie myśleć, że twój czworonóg ma przypiętą jakąś łatkę i tak będzie zawsze. Nie będzie. Pracuj nad nim, nie poddawaj się i pokaż wszystkim, że chociaż i były problemy, to zaakceptujesz je i zwalczysz. Efekty świadczą o tobie, nie przeszłość. Każdy, dosłownie każdy miał kiedyś nieidealnego psa, o każdym kiedyś plotkowali. Ciesz się ze swojego psa, z jego postępów, a co kto o was gada, to nie twoja sprawa. O nas też są ploty, tyle, że ja nie trzymam psów w piwnicy i na każdych zawodach można podejść i nas poznać, na własne oczy przekonać się, jacy jesteśmy. Gadać będą zawsze, twoja sprawa, co sobą pokażesz naprawdę. Ciesz się sukcesami i skup się na postępie.
4. Bądź otwarty. Nie bój się pytać bardziej doświadczonych o pomoc z problemem, bądź otwarty na nowe sposoby pracy z psem, szukaj tej metody, która podziała na twojego psa. Nie eliminuj innych ludzi ze względu na złe opinie o nich. W większości, są błędne. Znam mnóstwo osób, które z opinii miały być jakieś, a są dokładnie przeciwieństwem (pozytywnie!). Przekonaj się sam/a o tym, jaka jest inna osoba, zamiast ufać zazdrosnym plotkarzom. Sam zobacz danego psa, zamiast decydować, bo gadali, że jest jakiś. Wyrabiaj własną opinię, bo te negatywne często są podszyte zazdrością i kłamstwem. Bawiliście się kiedyś w głuchy telefon? Na tej samej zasadzie działają plotki. Przykład z życia? Suka mojej przyjaciółki, też mudik, ma niewzorcową maść, która eliminuje ją z hodowli. Ostatnio na zawodach dowiedziałam się, że to Gem jest niehodowlana z jakiegoś powodu, ktoś coś słyszał... Hmm, właściwie, to chyba komuś poplątały się pieski. ;) Mogę sobie oznajmić, Gemie teoretycznie, spokojnie mogłaby w odpowiednim wieku, z badaniami i wystawami, być kryta. :D
5. Rozejrzyj się wokół siebie. Nie wierz we wszystko, no bo tamta tak mówiła, to chyba musi być prawda. Mamy to do siebie, wszyscy, że powtarzamy w kółko jakąś informację, nawet jeśli nie jest ani pozytywna, ani wartościowa, ani nie dotyczy ona nas osobiście, a często nie jest nawet prawdą. Zastanów się, jakie dla ciebie znaczenie ma dana informacja. Żadne? To po co się tym zajmujesz? Jakieś konkretne? Zweryfikuj ją. Najlepiej u osoby, o której jest mowa. Jasne, może być i tak, że owa osoba będzie również kłamać, ale to tylko przysłuży się weryfikacji wiadomości, a może być tak, że przedstawi dowody, świadczące, że informacja jest błędna. Wolisz wierzyć innym, czy dowiedzieć się prawdy?
6. Otaczaj się pozytywnymi osobami. Takimi, które zamiast wyśmiewać, chcą pomagać, zamiast słuchać plotek, chcą szukać źródła problemu. Obserwuj samego/ą siebie i zastanawiaj się, jak się zmieniasz. Czy oglądając czyjś przebieg na zawodach, myślisz o tym, jaki był beznadziejny, czy szukasz pozytywów? Czy umiesz cieszyć się także czyimś sukcesem, czy tylko swoim? Potrafisz przyznać, że ktoś jest lepszy, czy tłumaczysz to tym, że miał lepsze warunki albo psa? Jest tu i teraz i masz to, co teraz. Przede wszystkim, musisz stawać się lepszy od samego/ej siebie, dopiero wtedy nadejdzie sukces. No i ciesz się samym procesem, w końcu, spędzasz czas dobrze bawiąc się ze swoim psem i przyjaciółmi. O to w tym wszystkim chodzi. ;) A plotkarze? Rób swoje, a kto chce, niech marnuje czas na syczenie.

Jezioro Bohinj

Za nami jedna z większych, o ile nie największa do tej pory wyprawa moja i burków (Karol bywał na większych, szczęściarz!), EO 2017. Jednak, o samym EO pisałam na profilu na fb, także, odsyłam, a tutaj chciałabym się skupić na naszych trzech dniach szczęścia na Słowenii.
Zatrzymaliśmy się tuż nad jeziorem Bohinj, jednym z miejsc, które chciałam odwiedzić od dawna, uwielbiam połączenie gór i wody. Woda jest niesamowicie czysta, przejrzysta i lazurowa, cudowna do podwodnych ujęć jak kto lubi, u nas ujęć jakoś mało, byliśmy zajęci pływaniem w deszczu, spacerami i tak dalej. Zatrzymaliśmy się na kempingu Zlatorog. Lipiec to środek sezonu, więc było trochę tłoczno, ale kemping jest doskonale zorganizowany, można wynająć łódki (my skusiliśmy się na kajak :D), miejsca na namioty są wśród drzew, także nawet w upały jest miło, prysznice są chyba najlepsze jakie widziałam na kempingach (tęskniłam za nimi we Włoszech :P), a jezioro krok dalej. Ceny trochę jak na naszą kieszeń były spore, ale przygotowaliśmy się na wydatki wcześniej, przy czym, za taki całokształt tj lokalizację, prysznice, ciepłą wodę nawet do mycia naczyń i miłe podejście do psów (dowolna ilość burków bez opłat), może być. ;)
Ludzi w sezonie jest naprawdę sporo, dzień po naszym przyjeździe kemping był pełen. Mieliśmy trochę szczęścia. ;) Mimo to, jakoś piętnaście minut marszu od plaży tuż obok kempingu, spokojnie znajdowaliśmy nawet po kilka dzikich plaż, na których pieski mogły hasać ile tylko się podoba. Zdarzało się nam mieć burki luzem, gdy byliśmy pewni, że nic nie wywiną "mądrego". Z tym nie ma problemu, widziałam też inne psy pod kontrolą właściciela bez smyczy, przy okazji, doskonale wychowane. Ani razu nie doświadczyliśmy podbiegaczy, mimo, że innych czterołapów było naprawdę dużo!
Po psach oczywiście należy sprzątać, kosze są na terenie całego kempingu, przy czym my mieliśmy też własną siatkę śmieciową, którą wynosiliśmy potem do kontenerów. Bardzo istotny jest fakt, że plaże nad jeziorem Bohinj są kamieniste, co w przypadku bardziej szalonego pieska może zaskutkować otartymi łapkami. My mieliśmy dla szczekaczy buty, ja sama nie byłam w stanie chodzić szybciej po dzikich plażach bez klapek. Boli. ;P Stąd wnioskuję, że rozpędzony piesek w stanie mózgu typu Ru tudzież Gem, mógłby się dorobić opuszek obdartych do mięsa.
Bohinj to fotograficzny raj, jest niesamowicie malowniczo, można stworzyć naprawdę pokaźną ilość zarówno fotek nad wodą, jak i w okolicy. Pogoda bywa kapryśna, jak to w górach, stąd ja miałam ze sobą wodoodporne pokrowce na sprzęt. Trafiliśmy w okres szaleńczych ulew, co właściwie nikomu nie przeszkadzało, Ru i Gem bardzo kochają deszcz, Gaszce wszystko jedno jeśli może pływać, a ja i Karol nie jesteśmy z cukru. ;) Jednak, na wyprawy fotograficzne wybierałabym się z pokrowcami. No i nie kajakiem, oczywiście. :D My do pewnej wyjątkowo malowniczej dzikiej plaży najpierw popłynęliśmy tylko z Gem i mając jedynie kamerkę, jednak, na szczęście dotarcie tam lądem, dookoła zajęło jedynie 25 minut. Nic trudnego, a efekty warte zachodu.
Sam kemping jest cudownie nienachalny, wkomponowany miło w lasek tuż obok jeziora, z starymi, uroczymi ławeczkami, inne budynki znajdują się kawałek dalej, nie zaburzając uroku lasku nad brzegiem. Ta fotka powyżej jest strzelona właśnie na kempingu, trzy kroki od miejsc na namioty. Klimat całości mimo masy turystów, zachowany był znakomicie. :D
To co również mnie bardzo cieszy, to fakt, że psy mogą pływać w jeziorze do woli. Mogą szczekać na plaży, skakać do wody, leżeć leniwie obok namiotu, jeśli tylko nikomu nie wadzą. Żaden problem, jeśli twój czterołap jest wychowany i nikomu nie będzie przeszkadzał swoim zachowaniem, droga wolna do pełni atrakcji. Bez problemu zapakowałam Gem na kajak, z pełną akceptacją i uśmiechem pani z wypożyczalni. Stąd, można się domyśleć dlaczego mamy tak mało filmików... Mieliśmy tylko trzy dni na zwiedzanie, pływanie, wędrowanie i zachwycanie się tym miejscem. Musimy tam kiedyś wrócić, to pewne!
Niedaleko od kempingu znajduje się wodospad Savica, niesamowicie piękny i otwarty na zwiedzanie. Ilość stopni do niego prowadzącą jednak odpuściłabym papisiom, jest na serio dosyć daleko, stopnie są kamienne i wiecie, szacunek dla rozwijających się szczenięcych stawów. ;) Psy są oczywiście mile widziane i tam, do samego wodospadu dojścia nie ma, jest zbyt niebezpieczne. Można go zobaczyć z całkiem bliska przez bramkę, po drodze zaliczając jeszcze kilka punktów widokowych. Dorosłego psa spokojnie bym na taką wyprawę zabrała, szczeniaczka jednak nie.
Podsumowując, jezioro Bohinj to doskonałe miejsce na wakacje z psami, z zaznaczeniem jednak panowania nad swoim czterołapem i sprzątania, co mam nadzieję, że dla psiarzy jest oczywiste. ;) My na pewno tam wrócimy, a ja pozostawiam was z krótkim filmikiem z naszego tegorocznego wyjazdu. Nie jest tego dużo, bo jak wspomniałam, nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale, zawsze to coś.