Nagródź swojego psa.

Z racji początków startów z młodzieżą, oboje wraz z Karolem pląsamy trochę w zerówkach. Zerówki jak to zerówki, spotkać tam można nie tylko doświadczone osoby z młodymi pieskami ale i też osoby które w agility dopiero zaczynają. To właśnie do nich kieruję swój post, pełen przemyśleń, rad i udawania że się znam. ;)
To nie jest tak, że tylko was zżera stresik, bo startujecie w ogóle pierwszy raz, albo jeden z pierwszych. Ja biegam jakoś już pięć lat, startuję któryś sezon. Nie jestem agilitowym wyjadaczem, ale biegam w tym A3, na zawodach bywam średnio raz w miesiącu, kwalifikowałam się na EO i udało się nawet być wysoko w kwalifikacjach do MŚ. Z Gaszką. Gaszką, która ma dziewięć lat, chyba umie już czytać numerki, jestem pewna że wie co to slalom, a nawet jak coś jej się nie uda, to już dawno nauczyłam się że się naprawi. Gaszkę znam, mogę się mniej więcej spodziewać co zrobi na torze, czuję się z nią pewnie i mogę się skupić na swojej części roboty.
Za to pamiętam jak się bałam jak pierwszy raz startowałam z Gem. Gem miała jakieś 15 miesięcy, startowałyśmy na nieoficjalnych zawodach w jumpingach. Powiedziałam wtedy swojej trenerce, że cholera na European Open z Gaszką bałam się mniej niż teraz. Pierwszy bieg zepsułam, potem już było lepiej. Pół roku później startowałyśmy znowu, znowu to samo uczucie. Będzie skupiona? No na treningach zawsze jest. Ale tu będzie?! Czego się spodziewać?! Przecież ona jest taka szybka i jeszcze nie jestem pewna czy umiem z nią biegać. Nie jestem pewna czy poradzi sobie na zawodach. Niczego nie jestem pewna. Myślę, że każdemu w mniejszym czy większym stopniu towarzyszy to uczucie, na zawodach z tym młodym, jeszcze niedoświadczonym psem.
Niestety, obserwując początkujące teamy, zauważyłam coś co bardzo mnie zasmuciło. Mianowicie, nie nerwy, skoczone strefki czy disy. Nie, zauważyłam braki nagrody. Na naprawdę kilka par w początkujących klasach zdarza się przynajmniej jedna osoba która nie nagradza swojego psa po biegu. No i czemu to takie ważne? Przede wszystkim, to nowa, trudna sytuacja dla Twojego psa. Nie tylko dlatego, że jest głośno, są obce pieski i sędzia, trudniej się skupić, ale też z Twojego powodu. Twój pies wyczuwa emocje, wie jak się stresujesz i nie rozumie tego. Na treningu nie masz takiej presji jak na zawodach, szczególnie że sama wiem, jak w tych zerówkach kiedyś zależało mi na wygranej. :) Teraz rozumiem, że są dużo istotniejsze sprawy.
Z zawodami od początku staram się budować swojemu psu jak najlepsze skojarzenia. Nawet jeśli właśnie zrobił na torze grubą imprezę, nie słyszał komend, poleciał strefę i strącił całą armię tyczek, nagradzam psa po biegu, szczególnie tego początkującego. Zawody jak już wspomniałam są dużo trudniejsze niż treningi, a brak nagrody jest znaczącym sygnałem dla psa. W agility sygnał braku nagrody jest powiedzeniem psu "źle zrobiłeś", a jeśli na zawodach parę razy przekażesz swojemu psu właśnie taki sygnał, to pies zacznie wyciągać wnioski. Jakie? Na przykład takie, że wcale nie chcesz żeby z Tobą biegał w takim miejscu, albo że nie opłaca się wytrzymywać takich emocji, skoro nic miłego z tego nie wynika. Twój pies może się także frustrować, dlaczego na treningach otrzymuje nagrody, a na zawodach nie, a frustracja nie zwiększy ani jego motywacji, ani nie pomoże mu lepiej myśleć podczas przebiegu. Oczywiście, są sytuacje kiedy nagroda zdecydowanie nie jest wskazana, czyli wtedy gdy pies zaatakuje innego psa lub człowieka. Moim zdaniem, taki pies zdecydowanie nie powinien startować i należy skonsultować się z trenerem i przepracować ten problem przed przystąpieniem do kolejnych startów. Pamiętajmy, że nie startujemy na zawodach sami i takie zachowanie jest nie tylko zagrożeniem dla naszego psa, ale i też może wpłynąć na psychikę i zdrowie innych psów i ludzi.
To co jest również bardzo istotne to fakt że najczęściej za błąd czy dyskwalifikację na przebiegu odpowiada przewodnik. :) Dlaczego? W nerwach źle pokażemy, źle ustawimy psa na starcie, powiemy nieprawidłową komendę lub źle się spozycjonujemy. Moje dosyć kontrowersyjne myślenie jest takie, że na zawodach psy nie są winne żadnych błędów. Albo źle pokazałeś, albo źle nauczyłeś psa, albo źle oceniłeś jego możliwości w danej chwili. Wiadomo, są psy mądrzejsze i... mniej mądre. ;) Ale właśnie do przewodnika i trenera należy ocena możliwości zarówno psychicznych jak i fizycznych psa i wcale nie jest porażką popełnić błąd! Porażką jest nie przyznać się do tego błędu i winić swojego psa.
Warto umieć przyznać się do błędu i zasięgnąć opinii trenera. Fundusze przeznaczone na zawody, przeznaczyć na seminarium i przedstawić swój problem komuś doświadczonemu. Nie ma nic złego w tym, że Twój pies może nie być gotowy na start w zawodach, bać się głośnej hali, innych psów, nie mieć wystarczającej motywacji, nie umieć kładki, slalomu czy czegoś innego. On nie jest gotowy teraz. Co nie znaczy, że nie będzie wymiataczem. :) Gdy wzięłam Gem i powoli zaczynałam agility, bojąc się położyć na nią zbyt dużą presję, widziałam dużo psów w jej wieku umiejących znacznie więcej. Zaraz zaczniemy starty w wyższych klasach i właściwie, mimo tych ukłuć zazdrości ("Eh, tamta już umie slalom, Gem nie. Może powinnam szybciej zacząć..?") jestem zadowolona z tego, jak przebiegł proces przygotowania jej do bycia psem sportowym i nie żałuję ani mozolnego tworzenia podstaw, ani zwlekania. Każdy pies ma swój własny zegar. Niektóre będą gotowe w wieku 15 miesięcy już biegać w klasie open, inne jeszcze wtedy będą pracować nad swoimi emocjami. W najwyższych klasach są i takie i takie. Nikt nie daje dodatkowych punktów za wiek. :D
Dlatego właśnie, jeśli Twój pies starał się bardzo na tych zerówkach czy jedynkach, chociaż strącił tyczkę czy hopnął strefkę, nagródź go. Za to że próbował i był z Tobą. Właśnie teraz budujesz jego pewność siebie na zawodach, co zaskutkuje lepszym skupieniem i prędkością w przyszłości. Jeśli rozpraszał się lub bał, porozmawiaj z trenerem i cierpliwie pracuj nad tym, zdziwiłabyś się ile niesamowitych psów miało podobne problemy lub gorsze. Nagradzaj swojego psa i bądź dla niego wsparciem, schowaj swoje ambicje w kieszeń i skup się na dobrej zabawie z Twoim przyjacielem. Wtedy właśnie dzieją się czary. :)
Przy okazji, a znacie tą moją Gaszkę? No tą co jechała na EO, biega sobie dzielnie i jest takim wcale nienajgorszym pieskiem z MA3. Ona kiedyś bała się dużych hal i obcych psów. Patatajała po torze, skakała strefki, nie wiedziała co to jest slalom. Na świecie, nawet na podium wszelkich mistrzostw, jest takich jak ona i bardziej problematycznych na pęczki. To czy Twój pies będzie jednym z nich, zależy od Ciebie.

Dlaczego mudi NIE są słodziutkie?

Właśnie zobaczyłam na pewnym popularnym portalu internetowym notatkę o wielu rzadkich rasach, którę są och takie śliczne, że musisz je mieć! Na pierwszym miejscu stał piękny, blue merle mudik. Z opisem, że mają słodziutkie futro i takie oczka, że ojejo! Zrozumiałe, że mnie szlag trafił. Stąd, bez przytaczania przykładów, opowiem wam, co zaobserwowałam w rasie przez dziesięć lat i dlaczego mudi NIE są słodkie.
Zdjęcie autorstwa Mayi Kiraly, hodowla Kiralytanyai.
Mudi stworzone były do pasienia węgierskich krów, miały być lekkie, szybkie, skrętne i ostre. Miały się nie bać wielkiej krowy i nie bać użyć zębów przeciwko niej. Po kopnięciu, miał wstać i nie bać się wrócić do pracy. Co z tego wynika? Te psy nie boją się użyć zębów i wcale nie muszą być agresywne, żeby to zrobić. Mogą skarcić człowieka jak krowę, w frustracji. Mogą pozaganiać przechodnia, którego się wystraszyły i uderzyć go zębami, żeby ruszał się szybciej, albo, żeby nie stawiał oporu. Skoro latami przodkowie tego "słodziaka" tak robili wobec krów i to było akceptowane, to czemu miałyby tego nie przenieść na inne sytuacje?

Kontynuując wątek pasienia, mudi pracują głosem. Najpierw szczekają, dopiero potem szczypią. W codziennym życiu, nawet w mieście, te psy są głośne. Drą się, bo coś usłyszały, drą się, bo coś zobaczyły, albo drą się, bo są podekscytowane. Głównie się drą. Nie, nie da się oduczyć. Jasne, znam takich co sobie poradzili z tym jakoś, ale to były osoby z doświadczeniem, przy czym i takim się często gęsto nie udawało. To co, sprawdzamy odporność sąsiadów? :)
Dobrze, teraz lecimy dalej z tym, do czego owczarek węgierski mudi został stworzony. Mudi był takim psem multi-zadaniowym. Pasał krowy lub owce i pilnował obejścia. Stąd też wokalizacja, ale tą już opisałam. Te psy bardzo często są nieufne wobec obcych, jak i wobec innych psów. Musiały być, bo co za stróż wita złodzieja? Bez odpowiedniej socjalizacji i codziennej pracy, mudi potrafią mieć poważne problemy. Nie tylko z lękiem lecz i z agresją. Praca nad socjalnością psa tej rasy zaczyna się w hodowli, a kończy się... Nie kończy się. Mają świetne predyspozycje do regresji w tym zakresie.
Trafiają się socjalne osobniki, oczywiście, nie żebym zaprzeczała. Sama mam takie dwa w domu. Te akurat są wybitnie wokalne, często pakują się z łapskami na nowo poznane osoby, wizgiem godnym czajnika sygnalizują ukochane cioteczki i wujków... :D
Taki mudi na węgierskiej farmie tak jak wspomniałam, miał sporo zadań. Krowy, stróżowanie, często eliminacja gryzoni, jeśli jakiś się większy trafił. To stworzyło rasę bardzo aktywną, z fantastycznymi możliwościami jeśli chodzi o sport. Mudi mogą mieć doskonałą wytrzymałość, świetny "will to please" i dech zapierające prędkości. Małe, głośne, skrętne torpedy. Gdzie jest haczyk? Te psy pracowały codziennie. Codziennie otrzymywały zadania. Nie masz zadań dla mudika? Znajdzie je sobie. Moje borowały kanapy i otwierały szafki. Najstarsza dama wie, jak otwiera się zamknięte na klucz drwi, jeśli zostawisz w nich klucz. Widziałam takie, co wspinają się z łatwością po ogrodzeniu i bez problemu przeskakują na drugą stronę. Potem świat szeroki jest otwarty...
Jeszcze jedno odwołanie do przeznaczenia rasy. Mudi miał się nie bać sporo większej od siebie krowy, bez lęku alarmować o intruzach i znosić sporą presję podczas wykonywania pracy. To sprawiło, że w opakowaniu stosunkowo niewielkiego owczarka, mamy prawdziwie odważne serca. Dlatego, mudik nie będzie się bał dużo większych od siebie psów, a nawet jeśli, z tego strachu chętnie zaatakuje. Nie będzie się też bał aut czy też nie zastanowi się, czy jakaś akcja jest dla niego ryzykowna. Nie pomyśli, czy skok skądś jednak nie jest trochę słabym pomysłem. Skoczy, zaatakuje, spróbuje. Do tego był, by być odważny. Podjąć ryzyko. Stąd, głównie właściciele mudi, włączając mnie, opowiadają że trochę trzeba za nie myśleć. Nawet jeśli już ogarnąłeś swojego pieska i jest on miły do innych ludzi i psów, nie wydziera się na nich, nie szczypie i niczego nie gania... To czasami pomyśli, że w sumie da się skoczyć z okna i to będzie spoko. Można również wbiec z rozbiegu w drzewo. Co złego może się stać?
Dobra, dobra, kończę tragizm. Dla kogo mudi? Dla osoby, która potrafi ustalić jasne zasady, być konsekwentna, dać psu codzienne wyzwania i zapewnić wystarczającą ilość ruchu. Najlepiej, żeby jeszcze była tak samo głośna, albo półgłucha. :D Tak, to piękne psy z niesamowitymi predyspozycjami, tylko tak się składa, nie każdy z nimi wytrzyma. Oczywiście, potrafią być cudowne, dobrze "zrobiony" mudi to stworzenie spokojne w domu, gotowe na wszelkie zadania, fantastyczne w pracy i bezproblemowe w życiu codziennym. Jednak do tego efektu długa droga, z przeszkodami w postaci problemów które opisałam. :)

Zayma craft - recenzja zabawek.

Miesiąc temu dostaliśmy do testów od Zayma Craft dwie zabawki i jak to u nas, zaraz wylądowały w torbie treningowej i powędrowały na agilitki. Pierwszą zabawką, którą widzicie na fotce powyżej, była ażurka na amortyzatorze, z owcą w środku. Chciałam coś takiego już od jakiegoś czasu i byłam straszliwie ucieszona jak ją zobaczyłam. Nie tylko przepiękna, ale i niesamowicie atrakcyjna dla piesków, no bo, ażurka, na taśmie i kłaki z owcy?! Ojacie!
Piłka składa się z miękko podszytej rączki, taśmy, amortyzatora, ażurki i owcy, na moje oko wszytej w tę część taśmy, która trzyma ażurkę. Tu się zatrzymajmy na moment. Miałam ażurkę z EO, firmy bez nazwy, kupioną na pamiątkę. Też na amortyzatorze, też na taśmie. Po pół roku, ażurka pękła i tyle po zabawce. Potem wydedukowałam, jak ją znów przyczepić, ale to inna historia. Taka sama ażurka jest na taśmie w tym przypadku, ale, ale! Jest złapana szerzej, przez co wydaje mi się, tak szybko się nie podda, plus jest więcej miejsca na owcę.
Dobra, dobra, a jak przeżyła ażurka miesiąc z moimi piraniami? Przypadła głównie Tigiemu, fanowi kłaków wszelakich i modliłam się, żeby jej nie skasował jak zajączka i innej owcy, które zajęły mu jedno moje odwrócenie się na treningu. (Ups...) Nie powiem, żeby nie próbował wyrywać kłaków, ale na szczęście, to wcale nie jest takie proste! Jak widać na fotce, trochę je powyciągał, ale nie był w stanie ich całkowicie wydłubać. Nawet wtedy, kiedy został na moment z zabawką, owca w piłce była cała. Przez ten miesiąc, używałam tej zabawki do wszystkich treningów. Daje to jakieś trzy treningi tygodniowo, dla dwóch, czasami trzech psów. (Gaszka dziamie amortyzatory. ;P ) Używały jej Tigi, pies z poważną tendencją do niszczenia zabawek, Ru, który potrafi całym ciężarem ciała z rozbiegu zawiesić się na zabawce, oraz Gem, panienka z zaciskiem szczęk prawie jak pies typu bull. ;) Fotka powyżej przedstawia zabawkę po tym całym czasie. Jak widać, poza normalnym oślinieniem owcy, wszystko ma się dobrze. Porównując amortyzator do innych firm, muszę przyznać, że jest fajnie zbalansowany między twardością, a elastycznością. Mój nadgarstek miał się dużo lepiej po sesji z Ru, niż przy choćby naszym zwykłym ażurku na taśmie. Do czego używałam takiej piłki? Z racji jej atrakcyjności, mogłam spokojnie proponować ją jako wymianę za aport, można ją wygodnie i daleko rzucić, do tego też się nadaje, udawało mi się ją upchnąć do dużej kieszeni bluzy, żeby biegać z nią tory. Po miesiącu intensywnego używania przez trzy różne psy, amortyzator nie zrobił się dłuższy, ani nie stracił swoich właściwości. Owca nadal jest puchata i chociaż brudna, pozostaje dla psów atrakcyjna. Co jeszcze dla mnie istotne, nie obrywałam zębami po łapach, co znaczy, że rączka zabawki była wystarczająco długa, a powierzchnia do chwytania duża. Myślę, że tego typu zabawka też dobrze sprawdziłaby się, jeśli chcemy nauczyć psa bawić się ażurkami na taśmie, a mamy problem z chwytaniem gumowych zabawek. Zauważyłam, że zarówno Gem jak i Tigi po jakimś czasie pewniej i mocniej chwytali też tą naszą zwyczajną ażurkę. Podsumowując?

Plusy:
+ Design. Kto nie lubi kolorków?! Patrzcie, jakie to jest piękne!
+ Wysoka atrakcyjność dla psa.
+ Raczej trudna do zniszczenia.
+ Wytrzymały i skuteczny amortyzator.
+ Przemyślany sposób umocowania ażurki na taśmie. (Nie zerwie się.)
+ Można porządnie rzucić.

Minusy:
Owca się brudzi i może być trudna do czyszczenia, lecz znów, to jest przywara wszystkich zabawek z tego materiału.

Drugą zabawką był klasyk, sztuczne futerko na krótkiej rączce, z amortyzatorem. Urzekł mnie znów design, bo jednak jednorożcowe futro i różowy... Ah, ah. Tą zabawkę przydzieliłam dziewczynkom, z kilku powodów. Gem jest fanką krótkich szarpaczków i umie pilnować szczęk tak, żebym nie oberwała po rękach, a Gaszka lubi futerka do sesji zbieganych strefek na palisadzie. Elegancko wtedy obniża głowę i mam takie śmieszne wrażenie, że ona na te odłożone futerka 'poluje'. :)
Zabawka jest dosyć mała i krótka, składa się z ślicznego, kolorowego, sztucznego futerka, amortyzatora i rączki. Całość łatwo wepchnąć do kieszeni, saszetki, czy zmiąć w dłoń. Mogłam bez kłopotu biegać pełne tory z tą zabawką, bez odczucia, że coś mi zaraz wypadnie. Gaszka oczywiście musiała chwytać za amortyzator, ale nie zauważyłam, żeby z tego powodu ucierpiał.
Tak jak i w ażurce, amortyzator jest fajnie zbalansowany i znów miałam pełen komfort dzikiego szarpania się z dziewczynami. Nie próbowałam się bawić tą zabawką z chłopcami, z tego powodu, że rączka jest dosyć krótka i podejrzewałam, że oberwę po palcach. Za to na odłożenie po palisadzie jako nagroda, futro sprawdziło się elegancko. Gaszka pięknie obniżała głowę, wydłużała krok i prezentowała ładniutkie strefy, których oczekiwałam. Również fajnie się na tą zabawkę robiło gridy, jak i właściwie wszystkie techniki treningowe, w których potrzebujemy odłożonej nagrody, leżącej na podłożu. Obie panienki chętnie przynosiły mi zabawkę, by otrzymać kolejną nagrodę, czyli sesję szarpania. Często zostawiałam je na chwilę same z futrem, na przykład, żeby posłuchać trenera, ale jakoś to przeżyło. ;) Dla porównania, Gaszka podczas takich kilku samotnych chwil pozbawiła mnie wielu piszczących piłeczek. W czasie, którego potrzebowałam na zamienienie kilku zdań. Eh! Futro super się pierze, wraca do kolorów zarówno kłaki jak i rączka, wystarczy je po wyschnięciu przeczesać jakąś szczotką i wygląda jak nowe. Nie bardzo lata, jednak, nie bardzo jest co oczekiwać latania, w końcu, to mała i lekka zabawka. Za to chętnie używałam jej do startów, bo mieściła się w dłoni, można nią fajnie psa nagrodzić bez większej przestrzeni, a potem zostawić bezpiecznie poza ringiem. Po biegu szybka komenda "get it!" i Gaszka już miała swoją nagrodę, a ja mogłam intensywnie ją nagrodzić szarpaniem, znów, nie przeszkadzając innym osobom. Przez miesiąc, futerko używały dwa psy, jeden mocno niszczący, drugi z mocnym zaciskiem paszczy.

Plusy:
+ Design. Design. Design.
+ Mały rozmiar. (Małe jest piękne! ;D) Czyli wszędzie upchniesz.
+ Wytrzymały i skuteczny amortyzator. Nawet jeśli twój pies uważa, że to tą częścią zabawki należy się szarpać.
+ Łatwo się czyści i nie traci kolorów.
+  Możliwość nagradzania psa blisko siebie. (Ważne na zawodach.)
+ Przeżyło z Gaszką!

Minusy:
Na moje, rączka mogłaby być lekko dłuższa, bo zdarzyło mi się oberwać zębami po łapach. Ale. Podejrzewam, że spokojnie dałoby się poprosić o uszycie takiej na dłuższej rączce. (Albo nauczyć pieska kultury. Nie jestem w tym zbyt dobra, heh.)

Co oferuje nam Zayma Craft? Porządny amortyzator, który naprawdę ochroni wasze stawy, więzadła i mięśnie przed przeciążeniami z powodu pieskowych szaleństw, wysokiej jakości materiały, przemyślane rozwiązania, innowacyjne pomysły (pierwszy raz w życiu widzę w sprzedaży ażurkę z owcą w środku), prześliczny design i co najważniejsze dla mnie, wysoką atrakcyjność zabawek dla naszych podopiecznych. Gem potrafiła podczas sesji treningowej zahaczyć o torbę treningową z poprzednią nagrodą, żeby wymienić ją na ażurkę z owcą, albo futro! ("Przepraszam mamo, ale bawiłabym się tym. Mogę?") Też to właśnie te zabawki były tymi, które najczęściej Tigi próbował wykradać. ;) Karol również podziela moje zdanie, że jednak po tej ażurce się nie zdarzało, żeby coś go w ręce bolało, pomimo nadal tak samo intensywnego nagradzania Ru. Dla nas, te dwie zabawki to totalne must have na trening od miesiąca i raczej tak zostanie. :) Ażurka upchana owcą dzielnie zastąpiła zwykły szarpak z owcy i dużo lepiej znosi treningi, a futro jest konieczne do sesji dłubania palisadek czy gridów.

Trening na cztery psy.

Post na zamówienie, czyli, jak ogarniam cztery psy na treningu? Ja ogólnie, mam swoje dwa psy, Gaszkę i Gem, ale z racji faktu, że Karol sporo pracuje, często zajmuję się też jego chłopakami. Nie raz bywało tak, że podrzucał nas na teren, jechał coś załatwiać, a ja miałam dwie godziny na zrobienie treningu. Sama. Z czterema psami.
Trenujemy dwa lub trzy razy w tygodniu, każdy pies ma dwie, maksymalnie trzy sesje w trakcje treningu, przerywane odpoczynkiem w klatce. Jeden trening to trening pod okiem Olgi Kwiecień, dwa są samodzielne. Zwykle, trenujemy razem z Karolem, "przeplatając" między sobą swoje psy, tak, abyśmy mogli wzajemnie sobie pomagać i trochę też odsapnąć. ;)
Wchodząc na plac, pozwalamy psom trochę pobiegać luzem, załatwić potrzeby i rozgrzać się, kontrolujemy stan przeszkód, uczymy się toru. Następnie, psy oczekujące na swoją kolej trafiają do klatek, luzem zostaje tylko ten trenujący. Jeśli jesteśmy we dwoje, jedno trenuje, drugie kontroluje strefki, służy radą i pomocą. Nie bądźcie zaskoczeni, ale często Karol potrafi zobaczyć moje błędy mimo tego, że nie trenuje tak długo. Mi często zdarza się na szybko lecieć po "demo-doga" Gaszkę, lub mam ją leżącą w okolicy, by móc pokazać jakieś ustawienie, czy ruch w danej sekwencji.
Jeśli jestem sama, zamykam psy oczekujące w klatkach i spokojnie prowadzę sesję z każdym kolejno. W każdym przypadku, czy jestem sama, czy z Karolem, czy u Olgi, trening z czterema psami zajmuje przynajmniej półtorej godziny, zwykle dwie. Jeśli mamy temperaturę w okolicy zera stopni lub mniej, dzielę psy trenujące na dwie grupy; młodzież i zaawansowane. Łatwo się domyślić, młodzież to Tigi i Gem, zaawansowane to Ru i Gaszka. Jedna grupa siedzi w aucie, druga trenuje i wymieniamy psy po zakończonym treningu jednej grupy. W ten sposób, psy nie marzną czekając.
Co robimy? Zależy od psa. Każdy ma swój indywidualny plan treningowy, zwykle oddzielam sesje "dłubania" od sesji sekwencji. Zaczynam od dłubania i potem dla rozluźnienia śmigamy sekwencje. Generalnie, wszystkie nasze psy strasznie sekwencje kochają i jest to taka trochę nagroda za ładną sesję dłubania, poza tym, trochę lepszy mózg jest na początku treningu. :)

Dużo rzeczy robię z chłopcami ja, nawet jeśli Karol jest z nami, tylko dlatego, że ma trochę mniej cierpliwości. Większą część dłubania i podstaw robię na cztery psy, a z grubsza "gotowego" psa oddaję znów pod przewodnictwo Karola. Działa? Działa!

Na zakończenie treningu, staram się pójść na długi spacer, a jeśli nie ma możliwości, pochodzić przynajmniej kilkanaście minut z psami po terenie, aby je rozluźnić i dać im rozładować emocje do końca. Jest to także bardzo korzystne dla układu ruchu, pozwala wyciszyć się po ćwiczeniach. Nie wyobrażam sobie wrzucania rozjaranych mudików do auta, podejrzewam, że mogłoby ucierpieć. :D

Wieczorami, lubię poklikać w domu. Kształtujemy sztuczki, bawimy się w psie fitnesy, robimy świadomość ciała i równowagę. Poprawiamy myślenie i pewność siebie, oraz, domęczamy mózgi przed spaniem. To również robię sama, wyjmując pieski kolejno z klatki.

Szczerze, bardzo lubię trenować z czterema psami, jak i biegać z swoją dwójką. Bardzo interesująco obserwuje się różne typy charakterów i znajduje drogi do każdego psiego mózgu. Minusem dla mnie może jest tylko czas, ale i to jakoś bardzo mi nie przeszkadza. Zawsze miałam pewien niedosyt pracując z samą Gaszką i wciąż mam go na zawodach startując tylko z nią, ale powoli się to zmieni. :)

Zasady działania sfory.

Mijają już trzy miesiące, odkąd mamy cztery psy, w dodatku reaktywne mudiki. Były rzeczy, których musieliśmy się nauczyć i takie, których nauczyliśmy się na błędach. Ciekawi, jak to jest? Zapraszam. :D
1. Kiedy można powiększyć sforę?
Zależy. Dla mnie, podstawą było to, że psy, które mam aktualnie są w pełni opanowane. Dla każdego psa, czas kiedy się go "ogarnie" jest indywidualny. Dla Gaszki, było to dopiero koło sześciu lat, a wciąż są dla niej zasady specjalne, takie jak to, że w okolicach dzikiej zwierzyny nie bryka luzem. Dla Ru było to również sześć lat, ale z innym przewodnikiem, ja sam na sam z nim na spacerach i tak wolę go mieć na lince. Za to Gem miała osiem miesięcy kiedy uznałam, że nie ma się do czego przyczepić. Serio. Teraz ma trochę ponad rok i tak jej zostało. Innym czynnikiem jest dla mnie stan aktualnego psa sportowego na danego przewodnika. Gdy braliśmy Gem, Gaszki problemy na torze wynikały już jedynie z mojego handlingu, miała za sobą wiele udanych biegów na zawodach, stąd, mogłam spokojnie zająć się szczeniakiem. Z Karolem historia jest inna, ze względu na stan zdrowia Ru, nigdy nie jesteśmy pewni, jak długo będzie mógł biegać. Nie chcieliśmy kłaść na niego zbyt dużej presji, toteż wzięliśmy Tigiego. Kolejnym czynnikiem jest wiek, dla mnie, między psami danego przewodnika powinno być tak ponad dwa lata. Podstawowymi i bardzo ważnymi czynnikami są także finanse i czas. Wzięcie każdego psa u nas poprzedzają obliczenia, jak z żywieniem, treningiem, ewentualnym weterynarzem (z szczególnym uwzględnieniem wypadków losowych), oraz czy oboje damy radę z taką ilością psów. Jak będą wyglądały treningi i spacery, czy stać nas będzie na wszystko i czy nawet jedno tylko z nas, będzie mogło zająć się nimi, gdy drugie nie może. Kiedy "wszystkie światła są zielone", decydujemy się na burka i... U nas jest tak, że rozmyślamy o tym jeszcze długo. Rozważamy. Zarówno ja jak i Karol nie lubimy pochopnych decyzji. 

2. Trudno jest z taką szczekliwą bandą?
Trudno. Łatwo. Nie wiem, lubię to. Smycze się plączą, Gem z Tigim usiłują się bawić idąc, wszystko się ekscytuje i szczeka, na spacerach są jednym wielkim, głośnym tornadem, trzeba mieć oczy dookoła głowy, a trening trwa przynajmniej dwie godziny. Trzeba znać zasady. Kto kiedy, z kim biega luzem, kto gdzie może biegać luzem i kiedy trzeba kogo zawołać. Całą masę zasad. Trzeba to lubić, mieć czas i samozaparcie. Po stokroć, nie żałuję powiększenia sfory z dwóch do czterech psów. Ani przez moment nie żałowałam, mimo, że bywało, że miałam ochotę któremuś urwać łeb. Bo żarło z kuwety, bo darło mordę bez powodu, bo wydarło się na jakiegoś pieska. To nie jest łatwe, naprawdę. Podczas spaceru muszę poświęcać im dwieście procent swojej uwagi, ale jest to możliwe i wcale nie takie uciążliwe, jeśli się to lubi. My lubimy, ja wręcz uwielbiam oglądać ich relacje, wspólne zabawy i pracować z nimi. Główny niebezpieczny czynnik, to niestety efekt sfory. Jeśli dopuścisz, by jedno zwiało się na coś wydzierać, wszystkie pobiegną za nim. Dlatego, należy znać zasady i zapobiegać.

3. Jak wprowadzić nowego członka do sfory?
Ja wprowadzając nowego psa do sfory na początku nie pozwalam na kontakty niekontrolowane. Gdy wychodzę, wszyscy trafiają do klatek, na noc też. Bardzo pilnuję zapobiegania sytuacjom konfliktowym, nie zostawiam psów samych z jedzeniem, przyglądam się zabawom, raczej nie rzucam wszystkim jednej piłki i nie zamykam w małej przestrzeni. Daję im czas i dużo miejsca do poznania się. Pierwsze spotkanie aranżuję na dużym, neutralnym dla wszystkich, zamkniętym terenie. Dopiero po kilku miesiącach kontroluję ich kontakty mniej.

4. A podróże?
My mamy duże auto i wozimy psy w klatkach. Ale. Zdarzyło mi się samotnie jechać pociągiem z czterema psami. Obładowana jak cygański tabor, z dwoma klatkami, przejechałam. Możliwe. Tylko, jak w ogóle z posiadaniem takiej ilości psów, trzeba mieć samozaparcie i... nierówno pod sufitem. No i oczy dookoła głowy i przygotować się na kiblowanie w dziale rowerowym i pilnowanie klatek.

5. Jak z pracą i studiami?
Nam dużo pomaga fakt, że jesteśmy we dwoje. Kiedy Karol nie może, ja zajmuję się całą czwórką i vice versa, stąd, nawet studiując i pracując, zapewniamy psom dwa-trzy treningi w tygodniu i codzienny długi spacer. Na wyjazdy, mam najlepszą na świecie psią cioteczkę (pozdrawiamy), która zabiera pieski na krótkie wyjścia. W mieszkaniu są zmęczone i wiedzą, że to nie miejsce do zabaw, toteż, leżą sobie po kątach, pojawiając się magicznie na dźwięk otwieranych drzwi od kuchni...

Podsumowując, trzeba... rozpędzić się i z barana załadować w ścianę. Tak na serio, to chcieć, lubić, mieć siłę, samozaparcie, konsekwencję i sporo czasu. Życie z czterema psami, szczególnie reaktywnymi, nie jest łatwe, ale też i nie niemożliwe. :)

Projekt - Szczeniak - I

Ktoś na grupach blogerów szukał info o tym jak wychować szczeniaka. Wymyśliłam więc, że w sumie Gem całkiem się udała i może się podzielę tym, jak udało mi się ogarnąć to diablątko.
Wybieramy szczeniaczka u hodowcy, potem tygodnie oczekiwań, ekscytacja, plany, rozmyślania. W tym wszystkim jednak, ja obiecałam sobie, że dam dziecku czas być dzieckiem. Jasne, są rzeczy do zrobienia, ale ograniczałam się do minimum. Ustaliłam priorytety, samokontrola (w formie zabaw), socjalizacja, zostawanie w klatce (u mnie zdecydowanie ważne), oraz podstawy pracy. Zaczęło się prosto, Gem jeździła wszędzie. Centrum handlowe, zawody, dworzec pkp, zakupy, wyposażyłam się w taki plecak-klatkę (do kupienia na zooplusie) i zza siateczki Gemie poznawała świat.
Częstym błędem, według mnie, w socjalizacji z różnymi miejscami jest przemęczanie szczenięcia. To ciągle dziecko, potrzebuje czasami dnia odpoczynku, a wpychanie przerażonego malca w tłum, to tworzenie negatywnych skojarzeń. Starałam się, żeby Gem miała gdzie się wycofać i żeby dni  z atrakcjami, przeplatały się z dniami, kiedy jest mniej ekscytująco. Socjalizacja dla mnie, to także zapoznawanie się z pieskami. Ale. Wybierałam towarzyszy zabaw, których byłam pewna, wiedziałam szczeniak będzie traktowany odpowiednio delikatnie i nauczy się, że pieski są fajne. Przy czym, wszystkie zabawy były kontrolowane, nie pozwalałam także na "męczenie" szczeniaczka i nie pozwalałam szczeniakowi męczyć towarzyszy. 
"O jaki słodki maluszek!" czyli obcy ludzie. Tutaj też decydowałam, kiedy pozwalać na kontakty i raczej wybierałam na takie socjalizacje środowiska psiarzy. Psie ciocie i wujkowie wiedzą, jak odpowiednio podnieść szczeniątko, odczytują dobrze sygnały i rozumieją, kiedy się mówi, że nie teraz. Miałam to szczęście także, że na pewne zajęcia mogłam zabrać małą Gem ze sobą, a moi koledzy i koleżanki z kierunku, jak i często wykładowcy, wspomagali socjalizację małego potwora bardzo umiejętnie. W ten sposób Gemie nauczyła się spać, kiedy nic się nie dzieje, że wszędzie można się zrelaksować i tego, że wszystkie ludzie są dobre i miziają. :)
Podróże, podróże, podróże. Od początku nie dawałam papi wytchnienia w tym temacie i jeździła wszystkim i wszędzie. Gdy nie uczestniczyła w treningach, jechała pobawić się z psimi koleżankami, pouczyć się ładnego siedzenia w klateczce i tak dalej. Na zawodach krążyłyśmy wokół ringu, bawiłyśmy się, albo po prostu siedziałam z moim maleństwem na kolanach i byłam szczęśliwą "matką". :D Była moją towarzyszką na uczelni, w wieku sześciu miesięcy pojechała z nami do Włoch i przespała całą drogę, na zmianę na własnych łapkach i w plecaku przemierzyła bory dolnośląskie i wiele innych miejsc. Teraz hotele, zawody i wyprawy jej nie straszne.
Ważne jest, aby od szczeniaczka nie wymagać za dużo i "dać czas czasowi". Nasze sesje treningowe trwały co najwyżej kilka minut, w trudnych miejscach nawet tylko kilkadziesiąt sekund. Zawsze staram się skończyć, zanim szczenię się rozproszy i w momencie, kiedy osiągnęło sukces. Nie warto zrażać się okresami "buntu", czy innymi problemami, takimi jak chwilowe strachy. Wszystkie szczeniaki tak mają, każdy kiedyś zwiał do czegoś, nie oddał zabawki, wystraszył się głupoty. Bywa, głowa do góry. Wyrośnie. :) Nie, żebym nie panikowała wcześniej, kiedyś, gdy Gaszka była młodsza, też przeżywałam jej szczenięce problemy. Przy Gem już wiedziałam, że minie i kwitowałam to śmiechem. (Chociaż nie raz biegłam pisać do naszej trenerki "CO ROBIĆ?!" :P)
Kwestia o której napiszę teraz, jest trochę indywidualna. U nas, pozwalam w sforze na pewne wzajemne korekty. Nie ma szarpania się i kłócenia, ale pozwalałam Gaszce kłapnąć na małą, gdy widziałam, że ewidentnie przesadza. Przyglądałam się, w jaki sposób, który pies koryguje szczenię i sprawowałam cichą kontrolę. Gaszka u nas wzięła się poważnie za matkowanie, uznała, że Gemie jest jej i czasami wręcz pozwalała aż na za dużo. Gdy mnie nie było w pobliżu, izolowałam małą od dorosłych psów, dopiero gdy wyrosła na tyle, że byłam pewna, że nic jej się nie stanie i trochę już nabrała mózgu, zaczęła zostawać z resztą psów razem.
Podstawami pracy w moim rozumieniu jest to, że pies jest w stanie się skupić na przewodniku i pracować z nim w każdych warunkach, oraz, zrezygnować z czegokolwiek co robi, by podjąć pracę. Stąd, bez nacisku, mała Gemie uczyła się bawić w stopniowo trudniejszych miejscach. Od mieszkania, przez polankę w lesie, plac treningowy, zawody i tak dalej. Starałam się stopniować trudność, aż mogłam odwołać szczeniaczka z zabawy z innymi psami, by zaoferować zabawę ze mną. (ALE! Tutaj poszarpałam się dosłownie momencik, nagrodziłam żarciem i zwolniłam do zabawy z innymi pieskami znów.) Nie robiłyśmy przy tym niczego specjalnego, aż do prawie ósmego miesiąca życia Gem nie wiedziała co to cik. ;) Tuneli nauczyła się przypadkowo, pląsała sobie wesoło po placu agility i uznała bieganie tuneli za zabawne. :D 
Co jeszcze robiłyśmy? Dla mnie, w przypadku psów tak popędowych jak Gem, istotna była bardzo samokontrola. Wesoło bawiłyśmy się w "its your choice", na jedzonko, zabawki, a potem wyewoluowało to do ładnego zostawania i zaowocowało w wielu innych dziedzinach życia. Zamiast rzucać się do rąk, szczeniaczek oferował siad i pełne skupienia poważne spojrzenia. :D Ale, ale, haczyk. Samokontrola to nie syczenie na psa, żeby nie wyrywał jedzonka czy krzyczenie na niego. To cierpliwość i spokój. Kształtowałam również różne drobne sztuczki pomagające dzieciakowi ogarnąć gdzie ma łapki, przód i tył, co przyda się w przyszłym życiu sportowym, oraz popularne crate games. W kierunku agility robiłyśmy zmiany na płaskim, bez przeszkód, jak i ważne dla wszystkich sportów, wymianę zabawek.

Tutaj można obejrzeć, co robiła Gem mając pięć miesięcy. Dopiero miesiąc czy dwa później poznała pracę na przeszkodach, a "poważniej" zrobiło się, kiedy miała coś około ośmiu miesięcy. Jednak, dla mnie zasada była taka, że szczeniak czy też pies jeszcze nie nauczony pracy, ma jedną sesję na treningu. Dla porównania, psy "zrobione" mają od dwóch do czterech. Ilość sesji zwiększyłam w wieku dziewięciu miesięcy, ale też były zależne od dnia, tego co akurat robiłyśmy i tak dalej. Myślę, że tempo rozwoju jest także zależne od danego osobnika, ale, jednak lepiej zrobić coś trochę później i dokładniej, niż się spieszyć i potem zaklejać braki w podstawach. 
Podsumowując, nie spiesz się, daj szczeniakowi być szczeniakiem, nie naciskaj i nie porównuj swojego szczeniaka do innych. Każdy dorasta w swoim tempie. Nie martw się jeśli coś nie idzie po twojej myśli, w razie problemów, poszukaj pomocy u dobrego trenera. Warto mieć kogoś, kogo można zapytać "co teraz?". Zamiast na robiących wrażenie sztuczkach, skup się na podstawach, które zaowocują w przyszłości. No i ciesz się tymi ulotnymi chwilami, zanim się obejrzysz, ten malec będzie dorosły. ;)

Q&A - pytania z sarahah.

Na serwisie 'sarahah' można pisać komuś coś anonimowo, stąd, pomyślałam, że wrzucę link i poproszę o pięć pytań od was i odpiszę na nie na blogu. Zaczynajmy. :D
1. Dlaczego mudi?
Zaczęło się od "typowy owczarek, ale trochę mniejszy, ale no nie mały, może być szczekliwy, żeby chciał ze mną coś robić i żeby był twardy, nie lubię miękkich psów". Był oczywiście border collie, ale mam osobistą alergię na ich skradanie (koszmarnie mi się ono nie podoba), plus bordery są takie "ładne", aż na mój gust za bardzo. Miał być groenendael, zrezygnowałam po tym jak dotarłam do informacji jak bardzo padaczka jest częsta w tej rasie, aż natknęłam się na mudi. Wybrałam się na wrocławską jesienną wystawę w roku 2009 i tam poznałam Skye i... Wszystko mi się w mudi spodobało. Ruch, lekki, giętki, wpatrzenie w przewodnika, długie łapy, trójkątna głowa i ogon zawadiacko zarzucony na grzbiet. I właściwie nie wiem co jeszcze, ale wiedziałam od razu, że to właśnie rasa której szukałam. Mudi.


2. Co mają w sobie takiego, że Cię do nich ciągnie?

Energię. Optymizm. Szaleństwo. Mudi są głośne, niesamowicie aktywne, ekspresyjne i wymagające uwagi. Uwielbiam z nimi trenować, patrzeć jak z łatwością rozwiązują problemy, jakie są pełne życia i szczęścia pracując, jak się starają, jak podekscytowane są tym, że jesteśmy razem i robimy coś razem. Mnóstwo razy dziennie doprowadzają mnie do śmiechu, zmuszają do codziennego wychodzenia z domu, razem dążymy do celów i pokonujemy problemy. Karol mówi, że jestem jak jedna z nich. Głośna, pozytywna, nie umiem usiedzieć w miejscu, ciężko mi nad sobą panować i najspokojniejsza jestem zmęczona. I coś w tym jest. Ciągnie swój do swego. ;)

3. Jakie widzisz największe różnice i podobieństwa w cechach u swoich czterech?
Wow, ciekawe pytanie. Zacznijmy po kolei.

Gaszka: Z jednej strony, najspokojniejsza z sfory. Mogę jej ufać, jest doświadczona, zna każde moje skinienie, każdego z reszty psów potrafi opanować, zawsze wszystko robi tak, jak sobie tego życzę. Na torze znamy się już jak dwie dłonie, mogę się skupić na tym, żeby robić swoje i wiem, że ona zrobi swoje jak najlepiej. Ma swoje czasy schizów za sobą, chociaż wiem, że w lesie muszę mieć na nią szczególną uwagę. ;) Nie lubi innych psów, trzyma je na dystans i nie stroni od strzelenia zębami. Żartobliwie nazywamy ją "słodką szmatką", co oznacza, że jest równie słodka, kochana i spokojna, jak i wredna, bezwzględna i twarda. Nie da sobie w kaszę dmuchać i nie boi się żreć z większymi od siebie psami, jeśli te nie zrozumieją wcześniejszych sygnałów "odwal się". Bardzo dobrze panuje nad emocjami i nie wymagała pracy nad tą kwestią. Beze mnie traci pewność siebie i bywa delikatna, ze mną jest gotowa stawiać czoło potworom, pokonywać góry i lecieć w kosmos. :D
Stopień pokrewieństwa: Jedna linia z Gem. Ciotka dla Tigrisa, dwie linie z Ru.

Ru: Na spacerach gdziekolwiek jesteśmy, jest na każde zawołanie, za to, jest nerwusem i jego relacje z Tigim i Gem są przez nas delikatnie kontrolowane. Również nie lubi innych psów, chociaż są wyjątki i zwykle bez smyczy toleruje wszystkich, jednak bez pozwolenia na poufałości. Nie umie się bić na serio, jest panikarzem i czasami sierotą, ma swoje własne dziwaczne powody do imaginowania problemów. Ale. Karol uwielbia go na torze, a ja muszę przyznać, że to dobry, inteligentny i szybki pies, z o wiele większym drivem niż Gaszka. Gaszkę przed startem trzeba "włączyć", pobawić się, posztuczkować, skupić na sobie. Jego wystarczy rozgrzać i postawić na starcie, da z siebie sto procent. ;) Bardzo polega na przewodniku, myślę, że sam w sobie nie jest bardzo pewny siebie, choć obecność Karola sprawia, że Lucjan nie boi się już niczego. 
Stopień pokrewieństwa: Dwie linie z Gaszką, niskie z Tigrisem i Gem. (Jedna linia daleko.)

Gem: Najmocniejszy drive z całej sfory, jednocześnie najmniej konfliktowy charakter. Jak? Nadal nie wiem. Kocha wszystko. Wszystkich. Dogada się z każdym, z każdym się pobawi i dla każdego ma uśmiech. Wszędzie potrafi się na mnie skupić, wszystko dla mnie porzuci (zabawę z innymi pieskami, smaczne znalezisko, gonitwę), mimo młodego wieku, mogę jej ufać na spacerach w stu procentach. Pracuje jak mały demon, jest szybka i jeszcze się siebie uczymy, muszę ją pilnować i być wszędzie w czasie, nie jest taka wyrozumiała jak Gaszka w tej kwestii. ;) Podobnie jak Ru, Gem wymagała mocnej pracy nad samokontrolą i emocjami, podejrzewam, że bez tego mogłoby być ciężko, za to nie ma dla niej rzeczy strasznych. W życiu również muszę myśleć za nią, Gemie uważa, że potrafi latać i ma stalowe kości. ;D W razie konfliktu jest bardzo uległa, ustępuje, chyba, że chodzi o żarcie, żarcia będzie bronić zaciekle. :P Ma coś, czego bardzo szukałam u następnego psa sportowego dla mnie, tj nie trzeba jej "włączać" czy motywować. Sama z siebie zasuwa jak torpeda, niezależnie od miejsca i warunków.
Stopień pokrewieństwa: Jedna linia z Gaszką, niskie z Ru, pół-siostra dla Tigrisa.

Tigris: Jak to pół-rodzeństwo, jest mocno podobny do Gem. Oboje mają mocny drive i są bardzo pewni siebie, niczego się nie boją i pracują niezależnie od warunków. Do ludzi odnosi się z łagodnym dystansem, nie cieszy się, ani nie odsuwa, za to lubi inne psy i chętnie się wita. Na spacerach jego jedyną słabością, tak jak w przypadku Gaszki jest zwierzyna, stąd, na tę dwójkę mam na specjalnej uwadze w lesie. ;) Nie powoduje konfliktów, ale też nie da sobie w kaszę dmuchać jak jego ciotka, wyraźnie stawia granice dla reszty psów i sygnalizuje ładnie swój dyskomfort. Bardzo podoba mi się jego drive, jak wspomniałam, jest równie szalony jak Gemie i zapowiada się na szybkiego psa agilitowego. Jest dużo mniej nerwowy niż Ru, nie ma schiz i bardzo szybko łapie nowe rzeczy. Dołączył do nas w wieku dwóch lat, ze wsi na Węgrzech do wielkiego Wrocławia, mimo to, nie mamy problemu z lękami czy pracą, od razu w każdym nowym miejscu był wesoły i pewny siebie. W dwa tygodnie przekonał się do nas całkowicie i pokazał pełnię swojego charakteru i myślę, że on i Karol będą dotrzymywać kroku w agility mi z Gem. :D
Stopień pokrewieństwa: Dwie bliskie linie z Gaszką (1. pokolenie), niskie z Ru, pół-brat Gem.

Budową, Gem i Ru mają bardzo podobne kątowania, lekką kość, drobną głowę i długie łapki, Tigris ma kątowania podobne do Gaszki, szerszą głowę, ale równie lekką kość i długie łapy co Gem i Ru. Gaszka z wszystkich ma najmocniejszą kość, jest trochę dłuższa, kątowania ma podobne do Tigrisa. Podsumowując, Gaszka ma chyba najsłabszy drive, ale mogę jej ufać, chociaż jest wredną suką, Ru jest synkiem tatusia z niewielkim rozumkiem i szybkimi łapkami, Gem to ciężki wariat, a Tigi to dojrzały mężczyzna, który jak to facet, lubi zapierniczać szybko. :D

4. Jak zrobić taką dobrą zupę z grzybami jaką Ty umiesz?
Śpieszę z przepisem!

Składniki:
- Boczek. Duży, tłusty kawałek wędzonego boczku.
- Grzyby, w opcji: suszone oraz świeże lub mrożone. Jeśli świeżych lub mrożonych braknie, więcej suszonych.
- Ziemniaki. 
- Ziele angielskie, majeranek, kminek mielony, liść laurowy, sól.
- Cebula.
- Opcjonalnie: kasza jaglana.

Przygotowanie:
Część grzybów suszonych zalewamy wodą w dużym kubku i zostawiamy na minimum godzinę. Kroimy cebulę i boczek w drobno, smażymy na maśle, jak cebula się zeszkli, dorzucamy świeże grzyby. Jak nie mamy świeżych, to trudno. ;D To wszystko do gara, dorzucamy pokrojone w kawałki ziemniaki i grzyby oraz suszone grzyby, zalewamy wodą i odpalamy. Dodajemy przyprawy, soli ile kto życzy. Dodajemy te suszone grzyby z wodą, które przygotowaliśmy wcześniej. Gotujemy. Długo, na niskim ogniu. Opcjonalnie, gotujemy kaszę i dorzucamy do zupy. Serwujemy ze śmietaną, a jak kto nie lubi, to bez.

Smacznego. :D

5. Mam wrażenie, że piszesz ciągle tylko o wadach twoich psów i ogólnie rasy. Więc czemu wybrałaś rasę która tak ci nie odpowiada?

To pytanie dostałam po komentarzu, że podobno piszę zbyt pozytywnie i sam tu brokat, więc w sumie zdania mamy podzielone... Do rzeczy jednak. ;) Mudiki odpowiadają mi we wszystkim, łącznie z darciem japy na treningach, swoją nadaktywnością i tak dalej. Gdy brałam mudika, większość źródeł o rasie było po angielsku. Dla mnie to żaden problem, posługuję się językiem bez kłopotów, chciałabym jednak być pomocna dla przyszłych pasjonatów rasy, którzy w google wpiszą "problemy mudi" i będą wiedzieć, czego się spodziewać. Ot, tyle. Lubię dzielić się wiedzą i pomagać osobom podobnie zakręconym, jednocześnie trochę staram się "chronić" mudiki przed osobami, do których pasować całkowicie nie będą. Osobiście, kocham te diablęta i nie widzę siebie z inną rasą.


6. Co gdyby nie mudik?

W temacie! :D Pewnie owczarek chorwacki, wystarczająco zbliżona rasa, sentymentem darzę także linie pracujące aussie, trochę cichsze, ale też trochę nienormalne. Innej rasy nie planuję raczej, zajmowałaby mi miejsce na kolejnego mudi. ;)

7. Gaszka była twoim pierwszym psem, prawda? Skąd dowiedziałaś się te kilka lat temu o mudikach, teraz nie wiadomo o nich dużo, więc wtedy tym bardziej? Jak namówiłaś rodziców na pojechanie po psa do Węgier? Opowiedz trochę o pojawieniu się u ciebie pierwszego mudika. :)

Kolejne mocne pytanie! Dowiedziałam się więcej poznając Skye na wystawie i rozmawiając z właścicielami, dużo informacji dostałam od hodowców, nie tylko moich psów, ale ogólnie hodowców mudi, rok mi zajęło zbieranie informacji przed decyzją o zakupie szczeniaka. Trochę jednak przyznam, że kierowałam się sercem i nie do końca wiedziałam na co się piszę. Moi rodzice mieli zdania podzielone na temat mudika, ojciec był zdecydowanie na nie, z czego na pewno nie chciał po psa jechać, mama była na tak, jechać chciała, ale to były czasy w których to mój biologiczny ojciec miał "ważniejsze" zdanie. Hodowcy Gaszki zgodzili się przetrzymać ją do czasu wystawy w Miszkolcu, na którą jechał mój znajomy i zgodził się zabrać małą do Polski. Tak Gaszka dotarła do Rzeszowa, skąd ją odebrałam z mamą. Miała cztery i pół miesiąca gdy trafiła do mnie. Ot, cała historia. 

Jak widać, wyszło trochę więcej pytań niż pięć, muszę też zrobić więcej fotek do wpisów, bo zaczyna mi się arsenał kończyć. :D Pytania wyszły bardzo ciekawe i jestem nimi pozytywnie zaskoczona, pytajcie dalej, wrzucę odpowiedzi w kolejnej części, tutaj link do profilu.
https://lecipuszek.sarahah.com/
Wypowiedzi są całkowicie anonimowe, także, jak chcecie coś jeszcze mi przekazać to proszę bardzo. ;D Dziękuję za pytania!