Wszystko w rodzinie.

Post ciekawostkowy, niedawno dołączyła do nas mała czarna kulka, o której głośniej tutaj będzie, jak trochę się lepiej poznamy. Tak czy inaczej, czy wiedzieliście, że między wszystkimi naszymi psami są powiązania rodzinne? :) Większe lub mniejsze, ale jednak Ru i Gaszka są ze sobą spokrewnieni w pewnym stopniu, tak samo jak i Gem z nimi. Chociaż ona bardziej z Gaszką. ;) Na temat kto to Gem i skąd się wzięła zapraszam do podstrony 'wartowniki'.
Gaszka, rodowodowo Kiralytanyai Garshii, urodzona 23.12.09, pochodzi z skojarzenia Teglashegyi Fatyol z samcem Kiralytanyai Monda. Skupiamy się na jej ojcu, Mondzie. Monda pochodzi ze skojarzenia Pasztoralom Gabika z Kiralytanyai Dongo. Pogmatwane? Już rozjaśniam: Rodówód. Matka Gaszki była suką merle, naturalnie bez ogona, a ojciec czarny z ogonem.
Ru, czyli Kiralytanyai Merau data narodzin 21.06.11, z rodziców Pasztoralom Gabika oraz Pasztor-Virtus Kormos Kazar. Już złapaliście? Nie? Klik! (Rodowód akurat jego siostry.) I do porównania, Ru jest właściwie pół-wujkiem Gaszki. Zdziwieni? Faktycznie, mało są podobni. ;) Jest dużo bardziej pobudliwy, ma drobniejszy kościec, mniej myśli (o ile myśli :D) i nawet wyglądem jakoś im tak daleko od siebie... Jego mama również jest merle, tak jak u Gaszki, tyle, że Csopet (czyli Gabika) ma długi ogon, tata Ru jest czarny z ogonem.
Kiralytanyai Invincible, domowo Gem, przyszła na świat 05.01.17, czarna z białymi znaczeniami. Jej rodzice to Kiralytanyai Zuzmo i Doriental Feher. Rodowodu nie pokażę, bo jeszcze nie ma jej w bazie, ale można poszukać jej rodziców. W tym przypadku, skupimy się na Zuzmo, jej tacie. Zuzmo to samiec merle, bez ogona, z krycia Beszedes a Mudim Lelkes Legeny oraz... Teglashegyi Fatyol. :D Czyli tata Gem jest półbratem Gaszki. (Akurat nie polecam sprawdzania go w bazie, bo są jakieś zawirowania i jego rodowód jest błędny. :P) Tak czy inaczej, to kim jest mama szczeniaczka? Biała panienka z ogonem i przepiękną głową (oraz drobiną nadwagi po miocie, heh), pochodząca z linii dla mnie dosyć świeżych. Znam jej ojca (dziadka Gemie) i zawsze obserwowałam go z zachwytem, oraz żalem, że jednak nie jest najmłodszy. Los sprawił mi prezent i trafiła mi się Gem. Czy wygląda na podobną do "cioci" Gaszki? Nie mam pojęcia, jedyne co mogę połączyć w nich dwóch, to świetny "on-off" i wrodzony aport.
Na koniec trochę fotek. Pan powyżej to tata Gem, Kiralytanyai Zuzmo.

Mama Gem, Doriental Feher, domowo Julcsi. Mówiłam, że ma piękną głowę, prawda? :D

Teglashegyi Fatyol, będąca jednocześnie babcią Gem i mamą Gaszki. Moja wielka mudikowa miłość, piękna i z cudownym charakterem, po prostu musiałam mieć z jej linii psa. ;)

Kiralytanyai Monda, półbrat Ru ( w sumie podobnie głupia twarz... ) i tata Gaszki. Według hodowców, to w niego bardziej wdała się Gaszka. Moim zdaniem, jest czymś pomiędzy nim, a Fatyol

(Troszkę paskudne zdjęcie, ale cóż.) Pasztoralom Gabika "Csopet", babcia Gaszki i mama Ru. Była drugą moją wielką miłością wśród psów z Kiralytanyai, w czasach gdy brałam Gaszkę. Stąd, połączenie jej syna z Fatyol... Wow. No i w sumie Gaszka jest wcale fajna. ;D Wiem po kim Ru ma ten pompon zamiast ogona. ;P

(Kolejne słabe zdjęcie.) Pasztor-Virtus Kormos Kazar, domowo Bogi, chyba w nim najwięcej widzę tego jego szalonego synka. :) Słyszałam, że równie inteligentny co Ru, heh. Kazar jest synem powalająco pięknej Pasztor-Virtus Eszes, oraz naprawdę świetnego Terulj-Fordulj Aprod.

Na koniec cukierki na fanów czekomudi, wiem, wiem, że tu tacy są, to posycę wam oczy. Tak po podręczeniu węgierskimi przydomkami. :D Pani po lewej to wspomniana, przepiękna Eszes. w sumie poza kolorem to nie wiem, czy Ru cokolwiek ma z nią wspólnego...  ;) Tak z ciekawostek, czekoladowe mudi mają zwykle oczy raczej jasne, np złote. Wg wzorca mudi powinien mieć oczy jak najciemniejsze, także pewnie domyśliliście się, że takie cudo jak Eszes jest naprawdę wyjątkiem nie tylko ze względu na fajny odcień brązu. Brązowy dziedziczy się bardzo prosto, nic dziwnego, że z rodziców merle i czarnego, wyskoczył nam brązowy pies Lucjan. Pies brązowy to bb, więc jeśli rodzice są Bb i Bb to mamy 1/4 szans na taki kolor i sporo na nosicieli. W miocie Ru miał jeszcze brązowego brata. Skąd takie dygresje? Ot tak, sobie. Ja osobiście poza znajomością genetyki na poziomie "basic", raczej nie przejmuję się kolorami w hodowli. Zwracam uwagę na charakter i zdrowie, a kolory to tylko tyle, żeby zapobiec kryciom merle x merle. Tak czy inaczej, pewnie niejeden jest ciekaw, skąd się takie ładne pieski biorą. ;D
Bardzo stara, brzydka fotka. Czy to Ru?! Nie, to przykład jak genetyka płata figle. Ten pan to Csodabogar Erdos, wołany Bingo, jego prapradziadek. Nawet ma takie głupie, jaśniejsze portki! ;) Co w rodzinie, to nie zginie, hm?

Oooch co to za piękne zwierzątko, brązowy merlaczek? :D Kolejna ciekawostka. Ta legendarna wręcz dama, Mazli, łączy rodowody wszystkich moich psów. Jest babcią Ru, prababcią Gaszki i praprababcią Gem. Osobiście, jeden z moich faworytów i to nie ze względu na kolor. Była wyjątkowym psem pracującym i mimo braku ogona, jej budowa jest przepiękna!

A ją znacie? Kiralytanyai Egy Boci mieszka w Polsce, u mojej przyjaciółki i domowo nazywa się Wichura. Jej kolor to dowód na to, że genetyka pamięta lepiej, niż wzorce. Kiedyś, u początku istnienia rasy, trzy maści mudi były wzorcowe: czarny, biały i... black and white. Owszem! Do tego doszła czekolada, ale w 2000 roku wzorzec się zmienił i białe znaczenia mogą być tylko ograniczone do plamki na klatce piersiowej i palcach łap. Tak czy inaczej, geny się ułożyły i stąd Wichura. ;) Jej dziadkiem jest brat Gaszki, a dziadkiem z drugiej półbrat Csopet (mamy Ru i babci Gaszki) Pasztoralom Pocok, który jest jednocześnie synem Mazli, którą widzicie tam wyżej.
Białe znaczenia przenoszą się dosyć zagadkowo. Ten szczylek wyżej, to jeden z synów Grandy, Gwiaździsty Wartownik Wiatru "Szello", mieszkający w Portugalii. Spokrewniony bardzo daleko z Wi, prawda? A jednak, Szello ma znaczenia na końcówce ogona, łapach, całej klatce piersiowej i dużą białą łatę na karku. Jedyne, co łączy Wi i Szello, to Gaszka i jej brat, która dla Szello jest babcią, a Bator (jej brat) dla Wichury jest dziadkiem.
Poplątane? Wszystko zostaje w rodzinie. :D Uprzedzając pytania o inbred, u mudi jest to dosyć spotykane, ale jego procent kontrolowany jest przez obliczenia COI i utrzymywany na bezpiecznym poziomie. Choroby występujące w rasie nie wynikają z niego, lecz z nieprzemyślanych kryć nosicieli.. ale o tym innym razem. ;)

Podsumowanie 2016!

W tym roku mało miałam czasu na pisanie na blogu, zaraz się dowiecie wszyscy dlaczego i co tam się działo w poszczególnych miesiącach. :)
W styczniu dowiadywałam się, jak to jest mieć trzy mudiki, odpowiedź jest taka... Tak samo jak i dwa. Dołączyła do nas córka Gaszki, Granda, niestety tymczasowo, na okres krycia i miotu, ale tak czy inaczej świetnie było ją u siebie mieć. Nowością wciąż był mój nowy obiektyw, tamron f2.8 70-200, otrzymany od lubego na rocznicę. Korzystając z cudnych scenerii, śniegu i czasu wolnego, między nauką do pierwszej sesji, rozpoczynałam swoją bardzo "poważną" fotografię. :)
W lutym przechodziłam załamania nerwowe pod hasłem "nie zdam" oraz "idę do pracy, wywalą mnie z tych studiów" i wściekle wchłaniałam wiedzę. Sesję udało się zdać, gdzieś pomiędzy spacerami, zdjęciami i godzinami nauki. Gdzieś w okolicy lutego Gaszka pechowo nadepnęła na szkło i paskudnie rozcięła opuszkę. Wyłączyło to nas na ponad miesiąc z treningów i startów, co w moim przypadku robi sporą różnicę. Boliłapka zagoiła się bez większych kłopotów, na szczęście.
W marcu wróciliśmy do treningów i startów, widać było jak bardzo problematyczna była dla nas przerwa, strefki kulały, mój handling to samo. Granda tymczasem powoli wyglądała na taką, co będzie miała cieczkę. Bez większych sukcesów z Gaszką, bodajże z trzecim miejscem w kwalifikacji łącznej na Wielkiej Patrynickiej (kwalifikacje do MŚ), po Silesian Open zakończyłam sezon startów, właśnie ze względu na młodszą czarną. Musieliśmy być gotowi w każdej chwili na ekspresową podróż do Budapesztu, na spotkanie z wybrankiem. ;)

Kwiecień mijał nerwowo, cieczka Grandy przesuwała się, hormony uważały co chciały i już miałam porzucić marzenie o miocie, gdy nareszcie, około 21 kwietnia pojawiły się wyczekiwane wyniki progesteronu! 30 kwietnia bylismy już w Budapeszcie, a maj rozpoczął się pod znakiem kochanków... ;) Majówkę spędziliśmy więc na Węgrzech, w hodowli Irhaberki. Poznałam całą ich ekipę oraz dwa mioty, które aktualnie przebywały w hodowli, R oraz P. Szczególnie zauroczyła mnie panna z miotu R, niestety albo i dobrze, już zarezerwowana.
Czerwiec i reszta maja minęły mi na kolejnej sesji i oczekiwaniu na miot G. Nasza hodowla ma tradycję, iż mioty nazywane są literą imienia ich patrona. Tak, jak patronem miotu V był Brave'n'Passionate Victory Szelhamos "Victor", tak patronem miotu G została Kiralytanyai Garshii, moja Gaszka. :) Mocno planowałam, że zostanie z nami dama z tego miotu. Jednakże, stało się inaczej.
Na świat trzeciego lipca przyszła czwórka... chłopców. Pierwszy urodził się Grom, największy z szczeniąt, następnie Gawron, jednolicie czarny, najbardziej podobny do babci Gasiu, trzeci Gwiaździsty, a ostatni Gwardzista. Tęsknie wypatrywałam, czy Granda nie powtórzy historii Gaszki i czegoś na usg nie ukryła, ale nie. Same chłopaki. Szczerze? Byłam odrobinę smutna, przede wszystkim jednak szczęśliwa, że wszyscy są zdrowi i nie potrzebowaliśmy pomocy weterynarza.
Lipiec minął mi na praktykach i rozmyślaniach, byłam ewidentnie zakochana w dwóch z chłopców. niesamowicie do siebie podobnych. Gwardzista i Gwiaździsty, z czasem okazało się, że ten pierwszy to charakterowa kopia Gaszki (jak nie kochać?), a drugi to istne cudo, zdecydowanie wybitne zwierzątko. Myślałam. Obserwowałam szczenięta i kandydatów na właścicieli, korzystałam z naszego wspólnego, jedynego takiego czasu hodowcy z miotem. W wieku pięciu tygodni wszyscy z miotu G mieli już opłacone zaliczki. Moi faworyci również.
Sierpień był pod znakiem ostatnich tygodni razem, a potem pożegnań i nowych początków. Na początku tego miesiąca, Karol klasycznie wybrał się na festiwal Brutal Assault, niestety sam, ja miałam "macierzyński". Jak się domyślacie, żaden z szczylków z miotu G nie został z nami. Grom otrzymał imię Carbon i zamieszkał w okolicach Warszawy, Gawron został Brujo i mieszka w dalekiej Kolumbii, Gwiaździsty vel Szello, choć długo chciałam go zatrzymać, żyje w Portugalii, najszybciej jednak, bo w wieku ośmiu tygodni wyjechał Gwardzista. Niedaleko, na szczęście, ma na imię Set i mieszka w Czechach. Zobaczymy się za dwa tygodnie na zawodach w Brnie, oczywiście, młody w charakterze obserwatora. ;) Dwa dni przed Setem wyjechała Granda, wróciła do swojej właścicielki w Poznaniu. Dobrze było ją poznać i naprawdę świetnie się z nią żyło, aż trochę zazdroszczę Elizie.
Wrzesień... Znowu praktyki, jeszcze kilka z szczeniąt było z nami, a ja zaczynałam sezon startów w agility. W ten sposób pojechałam na treningowe zawody u Flow (same DISy), oraz na Top Agility Dog and Team (DISy poza jednym biegiem, drużynowy, niestety reszcie drużyny nie wyszło, indywidualnie byłyśmy z czarne drugie) z trzema szczylkami mudi. Da się. Przeżyliśmy. Chłopcy obskoczyli sporą dawkę socjalizacji, na Flow Cup obserwowali wszystko z kojca, trochę się bawili i zapoznawali z obcymi pieskami, ludźmi etc, na TADT pozwoliłam sobie zostawić je pod opieką Jagody, właścicielki Stefka. Jeździliśmy trasy po 350km, z dwoma dorosłymi mudi i trójką małych piranii, z całym miotem jeździliśmy około 80km. Takie tam, przygotowanie do podróży do domków. Z TADT wróciliśmy już z dwoma chłopcami, Carbona odebrała właścicielka. :)
Ostatnie dziesięć dni września były najpiękniejszymi dniami ubiegłego roku. Umęczeni wychowywaniem miotu, socjalizacją, nauką zabaw, mądrości okołodomowych i innych takich ważnych dla szczylków spraw, zabraliśmy swoje dwa szczekacze i wyjechaliśmy w Bory Dolnośląskie. Przez dziesięć dni po sześć, siedem godzin ja i Karol wędrowaliśmy przez lasy i wrzosowiska, nie spotykając nikogo, zbierając grzyby i dyskutując o całym świecie, wpatrzeni w Gaszkę i Ru drepczące tym swoim giętkim, pełnym zadowolenia krokiem, na ich szalone zabawy i gonitwy. Oczywiście, przywiozłam caaaałą masę zdjęć. :D
W październiku kontynuowałam treningi i starty, rozpoczęliśmy czeskim OPSION, wcale szczęśliwie, zbierając w openach dwa trzecie miejsca z kwalifikacją do finału. Niestety, w finale byłam sierotą i popsułam Gaszce wejście do slalomu, a szkoda, bo cały bieg wyglądał naprawdę nieźle. W Zdobinie tydzień później pozbierałyśmy DISy, bywa. Niestety, około 15 października Gaszka wybiła sobie palec, w przedniej łapie. Na rtg nie pokazało się nic poważniejszego, po nastawieniu palec trochę jednak bolał, wyłączyło to nas na miesiąc z aktywności. Czarne mogła chodzić na smyczy, także zdecydowałam się na towarzyską wizytę w Częstochowie. Z szczęśliwszych spraw, na końcu września oficjalnie Ru otrzymał zgodę weterynarza prowadzącego na treningi agility, które rozpoczął w październiku!
Dzięki pomocy fizjoterapeuty i sporej dawce cierpliwości, udało się nam wykurować boliłapkę Gaszki do Mistrzostw Polski w listopadzie. Poza DISami, byłyśmy drugie w egzaminie MA2, co dało nam awans do MA3! :D Dwa i pół roku od pierwszego startu w kategorii MA0, także jak na pierwszego agilitowego psa, wcale nieźle. Planuję jednak wykorzystać dwa pozostałe "miejsca" na czyste egzaminy w A2 i dopiero przejść klasę wyżej. Dla pewności. Tydzień później pojechaliśmy na seminarium do Liberca, był to pierwszy aktywny wyjazd na którym biegałam z dwoma psami. Ru był zaskakująco grzeczny i myślący. :)

W grudniu wystartowaliśmy w jednodniowych zawodach egzaminowych OPSION 051, z dwóch biegów jeden z pierwszym miejscem, drugi DIS. Ru pojechał z nami zobaczyć jak to jest na hali agilitowej, robił wesołe ciki i nikogo nie obszczekał. Sukces. :) Tydzień później wystartowaliśmy w zawodach jumpingowych w Ratenicach, mimo, iż byłam koszmarnie chora. Wynik? Dwa DISy i jeden czysty bieg z trzecim miejscem, niestety z mocno średnim czasem. Ósmego grudnia w hodowli Take One urodziła się piątka wnuków Gaszki, trzy dziewczyny i dwóch chłopców, mamą została czekoladowa torpeda Mustantassun April "Skitso", a tatą nasz Stefan. :)
Resztę miesiąca spędziliśmy intensywnie trenując i jak to my, dużo pałętając się po lasach i polach. Święta spędziliśmy klasycznie z rodziną, a sylwestra świętowaliśmy z najbliższymi, czyli ja, Karol, burki i koty w mieszkaniu we Wrocławiu. ;) Na kolejny rok planuję pewną znaczną zmianę, poza tym, życzę sobie niezmiennie dążyć do wyznaczonych celów, śmiało marzyć, bardziej siebie słuchać, mniej negatywnych osób w otoczeniu i dużo zdrowia, dla bliskich i burków.
Czego życzę i Wam! :)

Mudikowe problemy.

Będzie kolejny post o mudi jako rasie, z tego względu że zaobserwowałam rosnące zainteresowanie tymi psami. Osobiście, po ośmiu latach obserwacji mudików i siedmiu prawie już posiadania własnego przedstawiciela tej rasy, uważam że to nie są psy łatwe z którymi poradzi sobie każdy kto psa miał. Dlatego po poście 'dlaczego nie chcesz mieć mudika' chcę wam przedstawić najpopularniejsze problemy z którymi borykają się właściciele mudi i z częścią których walczyłam sama. :)
1. Słyszeliście że mudi są głośne? Bo są. Ich frustracja, zadowolenie, podekscytowanie, złość i strach, wszystko wylewa się z paszczy w postaci wariackiego jazgotu. Mnie osobiście najbardziej szlag trafiał przy nauce pływania, bo jeśli wody się boimy, a bardzo chcemy do mami która z zabawką w niej jest, to słuszne będzie drzeć japę. Sensowne jest też wydzieranie się na innego psa na spacerze kiedy mamy ochotę się z nim pobawić, albo też jeśli nie mamy ochoty na kontakt z nim. Długo walczyłam z głośnym wychodzeniem z domu, bo przecież całe osiedle musi słyszeć że pieski wychodzą na spacer, nawet jeśli to tylko siku po nocy.
2. Ale tak wspaniale pracują! Pewnie, tyle że to wcale nie bardziej "oryginalny" czy inny border collie jak to się wielu osobom które spotykam wydaje. Mudi mają całkiem inny styl i system pracy, potrzebują innego przewodnika i bardzo dużo konsekwencji. Te psy muszą mieć czarno na białym co jest dobre, a co złe i jeśli tak nie będzie, szybko wykorzystają to do swoich celów i zaufajcie mi, nie będziecie zadowoleni. Potrzebują również osoby silnej, która będzie ich wsparciem i muszą być pewne zasad. Dopiero wtedy stają się takimi świetnymi pracusiami, które widujecie na zawodach czy filmikach. Za tym sukcesem stoi pewny siebie przewodnik którego pies wie, co robić i wie że ta osoba obok będzie go wspierać.
3. Mudi miały być psami wielofunkcyjnymi, pasły bydło, brały udział w polowaniach i stróżowały. Stąd mają imponującą gamę instynktów jak na owczarki, które w aktualnym życiu potrafią sprawiać problemy. Jednym z takich problemów jest właśnie stróżowanie. Mi osobiście nie przeszkadza to, że moje psy buczeniem oświadczają światu że te rzeczy należą do mami, ta klateczka jest ich, a przybysze przed drzwiami zostają zapowiadani szczekaniem. Jednakże znam osobnika który potrafił w nieobecność swojego przewodnika pilnować nawet wejścia do pokoju. Nie uważam, że to nie do przepracowania, lecz takie są mudikowe predyspozycje.
4. W pasieniu owczarki węgierskie używają przede wszystkim głosu i mają całkowicie inny styl niż border collie. Nie zobaczymy przyczajek, ich praca jest dużo bardziej dynamiczna. Dlatego jakkolwiek borderowe pasienie obiektów wydaje mi się nie tak przerażające, tak mudikowe już potrafi podnieść ciśnienie. Nikt nie zrozumie, że twój piesek wcale nie jest agresorem, a chce przekonać "obiekt" do podążenia w kierunku przewodnika. Osobiście sama zmagałam się z tym problemem, a że nie mam w zwyczaju czegokolwiek ukrywać, mogę powiedzieć że na szczęście przepracowanie tego nie było bardzo problematyczne. Z odpowiednim prowadzeniem żadne z szczeniaków suczysi takich pomysłów nie ma i nie miało, także podejrzewam że to kwestia właśnie nieumiejętnego przewodnika. Co poradzić, wszyscy popełniamy błędy. ;)
5. W temacie tego brania udziału w polowaniach, następnym problemem z jakim walczyłam i nadal świętuję jego pokonanie jest ganianie zwierzyny. Mudiki w prawdzie nie mają zapędów morderczych, co nie zmienia faktu że lubią uciekające obiekty i nie boją się dzików czy saren. To małe, pewne siebie i zwinne diabły i chociaż ufam ich zręczności to zdecydowanie bezpieczniej jest mieć psa pod kontrolą. Co nie zawsze jest łatwe jeżeli sarny są leniwe i czekają sobie na bycie zauważonymi zanim uciekną. ;) Mimo to, uznałam że każdy problem jest wart wspomnienia, ten także.
6. Wszędzie jest o nieufności mudi, u mnie też będzie. Mudiki nie lubią obcych i dopiero z odpowiednim wsparciem robią się otwarte i sympatyczne. Prosta demonstracja, ze mną Gaszka chętnie się wita z obcymi ludźmi, Ru także, za to wystarczy że zostawię któreś pod płotem i odejdę. Wtedy już nie ma wsparcia = nie ma dotykania. Ja to akceptuję, jednakże znam mudiki które nawet z przewodnikiem są niedotykalskie i nie boją się używać zębów. Czy to kwestia wychowania czy wsparcia ze strony przewodnika, większość przedstawicieli tej rasy ma skłonności do takich problemów.
7. Inne psy? Inne mudiki. Moje psy ogólnie nie lubią obcych psów, z czego Gaszka świetnie to komunikuje i to ona ratuje tyłek histerycznego Ru. :P Tutaj występuje spore zróżnicowanie, znam mudi które w pewnym stopniu lubią inne psy, znam takie które wcale. Jedyna prawidłowość to to, że swój zawsze pozna swego. ;) Prawdopodobnie tutaj też baaardzo dużą rolę odgrywa wczesna socjalizacja, której u mudika za nic nie możemy zaniedbać. Wiem, bo ze względów na problemy zdrowotne Ru, jego socjalizacja pozostawia wiele do życzenia i znam tego konsekwencje.
8. Mudi MUSZĄ się ruszać. Okej, jeden dzień pieska nie zamorduje, ale regularne spacery i praca są bardzo ważne dla psychiki tych psów. Były stworzone do pracy, dlatego szybko wpadają w schizy i problemy jeśli nie zapewni im się odpowiedniej dawki ruchu. To nie pies na kanapę, ani taki który obejdzie się dwoma spacerkami w tygodniu. Codziennie, niezależnie od pogody i mojego samopoczucia moim psom należy się minimum godzina spaceru, a trzy razy w tygodniu lub więcej trening. Braki w aktywności generują rozmaite problemy, nadpobudliwość i często także nadwrażliwość. Zawsze będę powtarzać, to psy pracujące i tylko osoby które mogą zapewnić im regularny ruch powinny mieć mudi.
Tak na koniec i "pocieszenie" filmik z spaceru nakręcony jakiś czas temu dla zainteresowanych jak to się żyje z mudikiem w mieście. Czy da się żyć w harmonii z takim psycholem? Owszem. Czy mudi może biegać luzem przy biegaczach, rowerach, dziwnych obiektach i innych psach? Tak. Czy to pies który może żyć w mieście? Tak. Co nie znaczy że to taki łatwy piesek z którym każdy sobie poradzi. Mudi powinno się brać nie dlatego, że chcemy mieć psa jak border collie, ale mniejszego i mniej "popularnej rasy" tylko dlatego, że nie wyobrażamy sobie siebie z innym psem. Dlatego przed pytaniem do hodowcy o szczeniaczka, zastanówcie się, czy to na pewno to? Czy dam radę przepracować problemy, znosić szczekanie i dbać o tego psa przez następne kilkanaście lat?

ZeroDC Grizzly pas do biegania. - Test i recenzja.

Kolejną rzeczą testowaną przez nas z oferty ZeroDC jest pas do biegania Grizzly. Pierwsze wrażenie takie jak przy szelkach, porządne wykonanie, cudowne kolory, bezpieczne, trwałe odblaski i wiele drobnych dodatków które okazały się być strzałem w dziesiątkę. Ten pas sporo zmienił moje mniemania na temat biegania z psami. Wcześniej sądziłam że zwykła opięta wokół przewodnika smycz wystarczy. Właśnie, że nie wystarczy. ;) Dlaczego? Myślałam że Gaszka to pies, który woli biegać obok przewodnika, albo drepcze i nie ma mowy o ciągnięciu. Czy rzeczywiście?
Niekoniecznie. Budowa pasa mocno ogranicza wstrząsy odczuwane przez psa, co rozwinęło skrzydła mojej "nieśmiałej" suczki i sprawiło że ciągnie na równi z Ru. Byłam wyjątkowo zaskoczona. :D Już zdążyłam się pogodzić że zaprzęgu z nich nie zrobię, a tu taka niespodzianka. Ponadto pas jest bardzo wygodny, nie zsuwa się, nie przekręca, nie uciska i nie ogranicza ruchów. Robiłam w nim dystansy ponad dwadzieścia kilometrów i obeszło się bez otarć i śladów, robiłam także szalone biegi prędkościowe i również nie napotkałam problemów. Przeciwnie do smyczy która zostawiała piekące ślady na skórze...
Pas z tyłu ma dużą kieszeń, która dla psiarza jest po prostu niezbędna, mieszczę tam gaz pieprzowy, zapas woreczków, telefon i klucze. Budowa kieszeni zapobiega wypadaniu czegokolwiek ale i też jest bardzo łatwa w otwieraniu podczas biegu. Na bokach mamy dwa duże wyraziste odblaski i kółeczko. Moje służyło do dopinania kagańców kiedy podjeżdżaliśmy do szutrowych ścieżek tramwajem. :) Kolory są jaskrawe jak widać na fotce, dla mnie jako fanki pięknych akcesoriów po prostu cudo. Dwa paski z gąbką zabezpieczają pas przed przesuwaniem w górę, przebiegając od tyłu do przodu pasa między nogami przewodnika. Sądziłam, że będą niewygodne, ale jak zwykle myliłam się. ;) Miejsce podpięcia psa to mocna linka zamocowana z dwóch boków pasa z przodu. W ten sposób siła ciągnięcia czworonoga jest bardzo bezpiecznie rozkładana.

Skonsultowałam budowę pasa na swojej uczelni z profesorem anatomii, z ciekawości jak szarpnięcia i ciągnięcie w taki sposób działają na biegnącego człowieka. Odpowiedź... Bardzo pozytywnie. Bez narażania układu ruchu, zmuszamy się do stabilizacji korpusu podczas biegu, co jest świetnym ćwiczeniem mięśni tułowia. Tak od siebie dodam, że warto wymierzyć się porządnie przed zakupem, bo nie spodziewałabym się że taka jestem kobieca.... Albo puszysta, cóż. ;) Powyżej filmik jak to wygląda w ruchu oraz ogólny wygląd pasa w szczegółach. :D

PODSUMOWANIE:
  • Budowa pasa sprawia że ciągnięcie jest bardzo komfortowe dla czworonoga i przewodnika.
  • Jest całkowicie bezpieczny dla układu ruchu oraz skóry.
  • Piękny! Nie widziałam nigdzie w ofercie sklepów równie jaskrawych kolorów. 
  • Wyposażony w kieszeń oraz odblaski.
  • Świetny system stabilizacji pasa, nie przesuwa się i nie przekręca.
  • Doskonale dopasowany do ciała.
  • Równie łatwo go czyścić co szelki Short. :D
  • Bardzo wygodny, nie powoduje otarć, nie krępuje ruchów.
  • Przystępna cena, 119 zł na ZeroDC
Pssst, kod wartowniki nadal działa i zapewnia 10% zniżki! :D
Nasze testy trwały od 26 października, na chwilę pisania postu pas był używany trzy miesiące i na koncie ma około ponad trzy i pół setki wybieganych kilometrów. :) Recenzja zostanie uaktualniona po pół roku używania i z każdym nowym rokiem.

Wrocław z psem: Cafe Macondo.

We Wrocławiu jest gdzie iść na spacer, pobiegać czy też zrobić trening z psem, mamy sporo parków, jest Odra i całe tereny nad ową rzeką, kluby agility, flyball, lasy i inne. Nie jednak na tym chciałabym się skupić w tej serii, a na tym gdzie można z psem iść towarzysko, na ciastko, obiad, złapać klimat i po treningu, spacerze czy bieganiu usiąść razem w jakimś miłym miejscu. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od swojej aktualnej okolicy, czyli Nadodrza. Pierwszy raz poszłam sama, zobaczyć co takiego znajdę tutaj, gdzie są jakie sklepy i czy znajdę miejsce do którego chce się wracać. Już mijałam żółty szyld kiedy na witrynie ujrzałam wielki napis. Jarmark Cudów. Nie mogłam nie wejść i pooglądać, w końcu jestem kobietą. Cudami okazały się przedmioty różne, wszystkie tworzone przez indywidualnych twórców ręcznie. Przepadłam, rzecz jasna, lecz w luźnej rozmowie z miłą panią wyszło, że mają tutaj też kawiarnię i że lubią pieski. Wspaniale. Pierwszy raz na herbatę wybrałam się sama z Kasią, Wichurą i Gaszką. Ru nie należy do amatorów wychodzenia żeby łazić po mieście, więc to był typowo kobiecy wypad. :D Osobiście uznaję, że ceny są słuszne, a poza klimatem magią tego miejsca jest fakt, że ciasta są zawsze inne i zawsze świetne. To nie wypieki które można spotkać w każdej piekarni, lecz ciasta których mimo że piec lubię, często nie znałam i nie widziałam nigdzie indziej. Kawy nie pijam, aczkolwiek herbata jest bajeczna, oczywiście niezwykła, pierwszy raz tam piłam herbatę cynamonową i marcepanową, z miodem kasztanowym. Brzmi dobrze? Doskonale!
W temacie sklepu, to świetne miejsce aby kupić oryginalny prezent. Drobiazgi są różne, od toreb przez biżuterię, pluszaki i świeczniki. Burka zostawiać nie trzeba, może się spokojnie kiziać z paniami podczas gdy właściciel podejmuje ważne, życiowe decyzje takie jak wybór prezentu dla przyjaciółki. Znajdzie się tam, jak należy sporo przedmiotów z motywem zwierzątkowym, dla psiarza czy kociarza.
Klimat jest bardzo nietypowy, może nie często bywam w kawiarniach, ale nie widziałam niczego podobnego do Macondo. Jest bardzo artystycznie, kolorowo, ale też w pewien sposób tajemniczo. Motywem przewodnim są podróże i często organizowane są także wieczory tematyczne. Na każdy miesiąc na stronie fb Macondo znaleźć można terminarz. Mi osobiście nie zdarzyło się jeszcze mieć czasu na taki wieczorek, ale może w końcu coś wybiorę.
W temacie psim, muzyka w środku jest spokojna i o odpowiedniej głośności, co zarówno nie męczy ludzi jak i czworonogów. Wszelkie sprawy jadalne są porządnie przykryte, a w razie potrzeby zostałam poinformowana że może zostać podana woda dla psów. Przestrzeni jest dosyć sporo, a krzesła niskie co sprawia że nawet z trzema psami wszyscy czuli się komfortowo.
Macondo dzieli się na sklep i  kawiarnię która ma część dolną, oraz górną. Góra jest bardzo mała, mieści stoliczek i kanapę, a prowadzą do niej magiczne błękitne schody. Wyjątkowo tam romantycznie i spokojnie, można się wygodnie rozsiąść na kanapie i mówić o czym się chce, sam na sam z drugą osobą. Łatwo się domyślić, to zwykle "loża" moja i Karola, na wspólne wyjścia na herbatę całą rodziną.
Mnie oczarowało to miejsce, nie tylko dlatego że "można z psem", ale i klimatem, swoją unikalnością, sympatyczną obsługą i niesamowitym sklepem. Za każdym razem kiedy mam gości zwykłam już ich tam wyciągać, szczególnie kiedy są psiarzami. Warto. Jak wspominałam, herbata jest cudowna, podejrzewam że kawa także, ciasta są zarówno zaskakujące jak i pyszne. Każdy szczegół, włączając w to kolory kubków i kształt talerzyków jest dopracowany i każdy życzliwie wita czworonogi, nawet kiedy łażą po lokalu bez smyczy. Układ sklepu zapobiega stłuczeniu czegoś przez burki, czy też przewróceniu krzeseł w kawiarni. To jedno z tych "moich" miejsc we Wrocławiu, tych dla których to wielkie miasto ma swoje uroki. Nie będę się więcej rozpisywać, po prostu zachęcam, poszukajcie żółtego szyldu na ulicy Pomorskiej. :) Więcej fotek tutaj.